Co to jest TERF? – polemika z Magdaleną Grzyb

Zdjęcie przedstawia 6 postaci. Każda z nich ma koszulkę innego koloru oraz napisy: 1. she/her. 2. he/him. 3. they/them. 4. he/him. 5. they/them. 6. she/her. Sylwetki postaci uosabiają męskie lub żeńskie cechy zewnętrzne, nie są jednak powiażane jednoznacznie z zaimkami na koszulkach co ma symbolizować niebinarność ludzi.
https://www.moms.com/non-binary-gender-talk-kids/

Tekst jest szczegółową odpowiedzią na felieton Magdaleny Grzyb, który ukazał się na łamach Kultury Liberalnej 16 września 2020.

Uznanie niebinarności jest dużo łatwiejsze niż walka ze stereotypami płciowymi, próba negocjacji ról, krytyczne poszerzanie kulturowych definicji męskości i kobiecości i mozolna nauka mężczyzn, że podłogi same się nie myją, a ubrania nie prasują.

Postawienie tego typu dychotomicznego porównania pomiędzy czymś, co zakładamy, że czytelnik uznaje za dobre i wartościowe (walka ze stereotypami płciowymi, czyli postulaty feministyczne lub równościowe), a czymś, co od razu stawia niebinarność jako coś złego: sprzecznego z feminizmem – coś, co przeszkadza w działaniach feministycznych. Utrwala tę tezę następne zdanie wstępu, czyli: Ten koncept i teoria queer to nic innego jak utrwalanie seksistowskiego myślenia o płci, a nie walka o równość.

Można więc śmiało stwierdzić, że, razem z tytułem, artykuł ma być o tym, że niebinarność i teoria queer są tak naprawdę przeciwnikami feminizmu i utrudniają walkę o równouprawnienie, a zatem powinny być wrogami tak samo jak patriarchat. Współczesne ruchy równościowe i odłamy feminizmu, na przykład feminizm Intersekcjonalny zakładają coś dokładnie odwrotnego – że nie może być mowy o równouprawnieniu, jeśli jakąś mniejszość (osoby niebinarne, osoby queer etc.) wykluczamy.

Na tej różnicy poglądowej polega clou felietonu.


Środowiska LGBT lubią odpowiadać na krytykę ze strony ich „sojuszników”, czyli publicznych osób hetero deklarujących wsparcie, że nikt im nie będzie wybierał symboli i bohaterów.

Nie czytuję gazet i nie śledzę wiadomości, ale mogę sobie wyobrazić, że to prawda; nikt nie lubi, żeby mu przydzielać idoli, co nie? Natomiast ton tego zdania jasno wskazuje, że jest to oskarżenie; że jest coś nie tak, z tym że nie wybrano bohaterów, albo że oskarża się ‚sojuszników’. ‚Funkcja’ sojusznika to w ogóle bardzo śliski temat, bo tacy ludzie lubią przyznawać swoje wsparcie bardzo warunkowo: będziemy was wspierać, ale musicie być grzeczni, mili, nie za głośni, czasem najlepiej niewidzialni itp. itd. Intersekcjonalny feminizm i społeczności LGBT+ walczą o prawa wszystkich, także tych ‚niewygodnych’ dla sojuszników ludzi, wierząc, że prawa człowieka należą się bezwarunkowo wszystkim ludziom. W związku z tym pozostają w sporze z sojusznikami, którzy pragną ugrzecznić te środowiska i sprawić, aby były ‚zjadliwe publicznie’.


I to prawda, nikt z ich sojuszników i pseudosojuszników im ich nie wybrał. Ale sami też sobie ich nie wybrali. Wyboru tego dokonał za nich Zbigniew Ziobro.

Symbol nie jest symbolem pochodzącym ‚od naszych’; Zbigniew Ziobro występuje tutaj jako symbol opresyjnej władzy. Jeśli zatem wybrał on wybrał LGBT+ symbol, to jest to symbol podstępny/skażony, tj. jak koń trojański niejako. Myśl ta jest rozwinięta w następnym akapicie felietonu, który sugeruje, że postawienie Margot w świetle jupiterów jest celowym działaniem władzy, które ma być na szkodę środowisk LGBT+

Poza tym trudno się nie zgodzić z Magdaleną, która opisuje Margot jako osobę, która swoją postawą wywołuje skrajne emocje, ale trudno też oczekiwać czego innego od anarchistki o wyjątkowo nienormatywnej identyfikacji i sposobie życia, obcym i dziwnym dla wielu ludzi w Polsce


Margot nie jest ani „L”, ani „G”, ani „B”, ani „T”. Określa się jako osoba „queer” i „niebinarna”.

Tutaj pojawia się pierwszy błąd merytoryczny. „T” czyli osoby Transpłciowe, to pojęcie zbiorcze, obejmujące osoby, które nie identyfikują się z płcią przypisaną przy narodzinach; nie ma tutaj obowiązku identyfikacji z płcią przeciwną lub żadną inną, a więc nie tylko trans mężczyźni i trans kobiety należą pod literkę T, ale także osoby agender, niebinarne, genderqueer, genderfluid, bigender itp. itd.

Więcej na ten temat mówi, chociażby Wikipedia:

Generalnie więc cały ten kawałek jest całościowo błędny – tak, Margot identyfikuje się jako queer i niebinarna. To nie zmienia faktu, że należy do społeczności LGBT+ i to nawet w dwóch odsłonach: pod literką T, oraz pod literką Q (LGBTQIA+ bądź LGBTQ+ to inne z używanych skrótów), czyli właśnie queer/questioning.


Jest biologicznym mężczyzną, używa żeńskich form i zaimków, a jego „osobami partnerskimi”, z którymi ma intymne relacje, są biologiczne kobiety.

Używanie pojęcia „płeć biologiczna” jest raczej średnio widziane w grupach intersekcjonalnych i postępowych, ponieważ przywiązuje wagę do esencjalizmu płciowego, tj. poglądu, że biologiczna płeć jest ważna, niezmienna i wpływowa, z którym teoria queer się nie zgadza. Jest to też pierwszy sygnał, że mimo częściowej próby nie misgenderowania Margot, autorka całkowicie uważa ją za w gruncie rzeczy faceta ze względu na właśnie płeć przypisaną przy narodzinach (AGAB – Assigned Gender At Birth). W przeciwieństwie do zasugerowanej ‚prawdziwej męskiej natury Margot’ postawione są pozostałe fakty z nią związane – że osoby partnerskie Margot zostały przy narodzinach opisane jako kobiety, więc, według autorki, są w gruncie rzeczy kobietami (tak jak Margot jest ‚w gruncie rzeczy’ mężczyzną), a więc utrzymywane przez Margot relacje są w gruncie rzeczy heteroseksualne, tj. jeśli zignorujemy identyfikację płciową zainteresowanych i skupimy się na tym kto co ma w majtkach i co z tym robi to, wg. tych zdań, Margot i jej osoby partnerskie to heteroseksualiści, czyli nie należą do społeczności LGBT+.

Magdalena, pisząc, że Margot w żadnym z wywiadów nie powiedziała, że czuje się kobietą ani że jest gejem, bo nie jest – podobnie jak w poprzednim zdaniu, skupia się tutaj na wykazaniu, że Margot nie ma prawa twierdzić, że przynależy do LGBT+, ponieważ: zakładamy, że posiada penisa (płeć biologiczna wykazana powyżej), ale nie jest wg autorki Trans (tj. nie czuje się kobietą), zatem nie może być lesbijką, ani też nie jest gejem (bo jest w związku z osobami, które autorka uważa za kobiety). W związku z tym nie ma żadnej opcji bycia LGBT. (O tym, że zapomniano o osobach Biseksualnych i o całym tym PLUS na końcu, to już nie wspomnę)


W wywiadzie dla Radia Zet powiedział(a) tylko, że nie odnajduje się w roli męskiej. Z kolei partnerka Margot(a), Łania Madej w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” tuż po zatrzymaniu, powiedziała, że Margot(a) nie obraża nazywanie jego męskim imieniem i używanie męskich zaimków oraz że nie identyfikuje się ani jako mężczyzna, ani jako kobieta.

Po pierwsze pragnę zauważyć, że od tego akapitu zaczyna się subtelny, ale postępujący misgendering Margot w postaci dodawania w nawiasie (a) tj. formy męskiej odmiany imienia ‘Margot’ (kogo? Czego? Margota). To bardzo nieuprzejmie ze strony autorki. Po drugie odniosę się do słów Łani z wywiadu: no okej, Margot nie przeszkadza używanie męskich zaimków czy jej ‘oficjalnego’ imienia (tj. deadname, wybaczcie mi nie wiem jak to się tłumaczy w Polsce), zdarza się Margot wymiennie stosować zaimki, aczkolwiek wiemy też, że był apel, aby w prasie i od osób postronnych stosować zaimki żeńskie oraz imię Margot. (Co ma do tego wszystkiego to, że nie identyfikuje się jako żadna z binarnych płci, ja też nie rozumiem)


Mówienie o Margot w formie żeńskiej stało się wręcz barwą wojenną moralnej i politycznej strony sporu. Żeńską formą posługuje się Rzecznik Praw Obywatelskich oraz wszyscy prawnicy i politycy, którzy stanęli w obronie Margot, o dziennikarzach nie wspominając. Kto mówił o Margot w formie męskiej był jednoznacznie i natychmiast uznawany za wroga środowisk i walki osób LGBT, homofoba czy poplecznika PiS-u. Jeśli nie podoba ci się to, co zrobiono z Margot, musisz mówić o nim/niej jak o kobiecie – i nie ma miejsca na żadne niuanse i nawet jeśli wewnętrznie się z tym nie zgadzasz.

No. Tutaj nie mam nic do zarzucenia faktom – tak jest. Jeśli ktoś cię prosi, aby nazywać ją tak i tak, to nie upierasz się, że nie, będziesz ją nazywał inaczej, chyba że chcesz być uznany za nieuprzejmego lub idiotę. Więc ludzie, którzy upierają się, żeby mówić o Margot, wbrew prośbom, inaczej niż TA Margot, są uznawani za przeciwnika, bo sami się w tej roli stawiają. A że jest to przeciwność wobec LGBT, to oczywiście, że misgenderowanie będzie widziane jako świadomy akt agresji, ponieważ wymierzony wobec osób, które to specjalnie dotknie, tj. osób trans (zatem spodziewałabym się bardziej oskarżeń o transfobię niż homofobię, ale tutaj już linka do źródła nie ma więc nie wiem skąd się tamten homofob wziął; ten poplecznik PiS to zagrywka demagogiczna oczywista, pytanie, czy ze strony autorki, czy osoby nazywającej – ponownie, brak źródeł, żebym mogła potwierdzić). Jedyne co jest dziwnego w tym akapicie to to, że ten oczywisty fakt – że jak będziesz nieuprzejmy to ludzie nie będą cię lubić, więc nie rozumiem tego świętego oburzenia na takową reakcję prześwitującego z tych zdań. Na niuanse też nie ma miejsca, tak jak nie ma miejsca na niuanse w sprawie ‘czy homoseksualizm to choroba albo zbrodnia’ – no nie jest, koniec dyskusji. Czy o Margot mówimy ona/jej – no tak, koniec dyskusji?


W Polsce w ciągu zaledwie jednego miesiąca cała liberalna, demokratyczna i progresywna opinia publiczna bez najmniejszej refleksji zaakceptowała koncept niebinarności i wszystko, co on implikuje.

Z tym, czy Polska ‘zaakceptowała pojęcie niebinarności’ to bym się kłóciła – jak zresztą widać po tym artykule, niektórym pojęcie ten staje w gardle. Że ‘bez najmniejszej refleksji’ to też bym się kłóciła – mamy za sobą mnóstwo źródeł i badań na temat nienormatywności płciowej, a każda osoba niebinarna pewnie i miesiąca albo lata przemyśleń na swój temat. Pytanie teraz – co implikuje pojęcie niebinarności? Użyta forma sugeruje, że coś złego, bo implikuje się oskarżania albo pomówienia, coś niedobrego. Ponownie, formą stylistyczną (jak na początku) sugeruje się (implikuje wręcz!), że niebinarność to coś zagrażającego i złego.


Mimo że Margot w żadnym momencie nie powiedział(-a), że czuje się kobietą, gdy został zatrzymany(-a), cała opinia publiczna krytyczna wobec poczynań władzy, podniosła larum, że Margot ma być osadzony(-a) w męskim areszcie.

Kontynuuje i nasila się misgendering w tekście, i tak do końca niemal, więc nie będę tego już wytykać, ale zauważmy, że coraz silniej wychyla z tekstu przekonanie, że używanie żeńskich form wobec Margot jest złe i niepoprawne. Margot nie powiedziała, że czuje się kobietą, bo tak nie jest (jest niebinarna, a nie kobietą). To, gdzie osadzić osobę niebinarną jeśli chodzi o więzienie, jest zajebiście trudnym pytaniem, ale jest zajebiście trudnym pytaniem w ogóle w kwestii kwestionowania ról płciowych. W ‘pokojowych’ kontekstach możemy zasugerować koedukację/neutralność płciową; toalety ani zabawki nie potrzebują być genderowane w ogóle. Czy to samo rozwiązanie da się zastosować w kontekście aresztu karnego? Kurde, nie wiem. Ale nie niebinarność jest tu problemem, tylko to jak bardzo Polska (i pewnie większość krajów świata) nie jest przygotowana na wyłaniające się koncepty niezgodne z binarnością płci. W Ameryce dzieciak został zostawiony na korytarzu podczas próbnego alarmu w razie strzelaniny, bo był trans i nauczyciele nie wiedzieli, czy ma się nim zaopiekować grupa dziewczynek, czy grupa chłopców. W Polsce trzeba pozywać rodziców, żeby móc zmienić płeć w dowodzie. Czy podział na grupy płciowe, który miał chronić przed napastowaniem seksualnym, w ogóle ma sens, kiedy jesteśmy świadomi homoseksualizmu? W ogóle nie jesteśmy przygotowani kulturowo i prawnie na wszystko związane z LGBT+. Ani Margot, ani niebinarność nie są clou problemu.


Uznano to, obok jego/jej „misgenderowania” przez funkcjonariuszy policji, tj. zwracania się do niego/niej jak do mężczyzny, za najgorszą torturę, jaka może go/ją spotkać. Aktywiści LGBT i politycy mówili, że to „niszczenie ludzi”.

Bo to prawda. Nigdy wprawdzie nie zaserwowano mi faktycznych tortur, ale w codziennym kontekście zwykłego cywila, misgendering jest jednym z najgorszych cierpień psychicznych, jakie można zadać człowiekowi bez faktycznego przypierdolenia mu fizycznie; a może nawet boli bardziej niż fizycznie. Myślicie, że od czego są te wysokie statystyki samobójstw wśród ludzi LGBT+? Od przemocy psychicznej, przykładem, której jest chroniczny misgendering.


Tym samym cała demokratyczna i liberalna część opinii publicznej milcząco zaakceptowała założenie, że o czyjejś przynależności płciowej nie decydują żadne obiektywne kryteria, ale autoidentyfikacja, tj. jak się ktoś czuje w danym momencie jego życia.

No tak, takie jest założenie teorii gender i teorii queer, które nie zgadzają się z esencjalizmem płciowym, tj. przekonaniem, że czyjaś płeć jest określona przez konkretny zestaw cech, najczęściej fizycznych. W skrócie, że jak masz waginę i macicę, to jesteś kobietą i kropka, a jak penisa i jądra to facetem i kropka. Pogląd ten jest nazywany przez osoby queer transfobią, bo dokładnie to sugeruje – że rodzimy się z predefiniowanymi cechami płciowymi kulturowo, tj równa płeć biologiczną i płeć kulturową, co sprawia, że cały koncept transpłciowości nie ma prawa zaistnieć. Dlatego też ludzie wyznający intersekcjonalny feminizm bądź queer theory (które jak rozumiem według autorki wyznaje demokratyczna i liberalna część opinii publicznej) gorąco nie zgadzają się z tym artykułem. Patrz: Gender – esencjalizm oraz TERF (Trans-Exclusionary Radical Feminist – Radykalny feminizm wykluczający osoby trans).


Margot, pomimo, że trafił(-a) na męski oddział, przeżył(a). Wyszedł(-szła) jako bohaterka, mimo że przebywał(-a) cały czas w osobnej celi i cieszył(-a) się uwagą i troską ze strony personelu i obrońców praw człowieka, o jakiej każdy inny aresztant nie może nawet marzyć. Ba, udało mu/jej się w końcu napisać pracę licencjacką, na co nie mógł znaleźć czasu od kilku lat.

Ale wiecie, że jak sarkazm wkrada się w docelowo opiniotwórczy i kulturalny artykuł, to zaczyna się robić emocjonalnie a przestaje być merytorycznie? Tylko to tutaj jest. Sarkazm i ból dupki. No tak, Margot przeżyła areszt. No tak, jest mianowana (wbrew własnej woli zresztą) bohaterką. Ma chwilkę sławy. Czyli wydarza się dokładnie to, co z każdą inną osobą wyciągniętą na piedestał na siłę, mieloną przez media, bo jest temat. Czy to wina Margot? Czy to wina jej niebinarności? Czy może jednak nagonki medialnej? Ja tam się cieszę, że zrobiliśmy dość burdy o szemrane aresztowanie Margot, żeby miała się w celi na tyle bezpiecznie i nudno, że w końcu napisała licencjat. Żeby tak kończyli wszyscy aktywiści osobiście prześladowani przez aparaty państwowe, to byłoby fajnie.


Co jednak zdumiewa najbardziej, to coś innego. Przez cały czas pobytu w areszcie Margot, ani już po jego/jej wyjściu, w mediach oraz mediach społecznościowych nie pojawił się ani jeden głos rozsądku po stronie liberalnej i lewicowej. Nikt nie zadał sobie prostego pytania. Jeśli należy się Margot, to czy również każdy inny mężczyzna, który powie, że „czuje się kobietą”, ma prawo domagać się osadzenia w żeńskiej celi? I jakie to ma konsekwencje dla bezpieczeństwa i samopoczucia tych kobiet, do których celi trafia taka osoba? Czy w takim razie każdy mężczyzna, nawet seryjny gwałciciel, czy domowy kat, jeśli powie, że czuje się kobietą, to też ma prawo domagać się osadzenia w celi z kobietami, często ofiarami właśnie takich panów?

I tutaj właśnie przechodzimy do meritum problemu, jaki autorka ma do Margot i do tego, jak zareagowała nań opinia publiczna. Nareszcie!

To jest argument dobrze znany wszystkim osobom trans, mający grac na emocjach i strachu. Inny jego wariant brzmi mniej-więcej: “Ale jeśli wpuścimy trans kobiety do toalet i przebieralni dla kobiet, to faceci będą udawać, że są trans tylko po to, żeby napastować kobiety.” Pojawia się to na ustach transfobów od lat – ostatnio nawet Rowling napisała całą książkę, która ocieka transfobią. Na oko brzmi bardzo sensownie – ubrany w troskę o bezpieczeństwo (ciekawe, że nigdy w drugą stronę, nikt nie martwi się o napastowanie facetów przez kobiety udające trans facetów, ani o napastowanie ze stron osób homoseksualnych, ani- łapiecie, o co mi chodzi?). Ale istnieją już toalety neutralne płciowo i nikt od tego nie umarł, a nagonką na ‘niewpuszczanie mężczyzn do damskich toalet’ osiągnięto tylko tyle, że niektórzy ochroniarze próbują legitymować przed kiblami jeśli ktoś wygląda zbyt nienormatywnie płciowo, zdarza im się nawet wyrzucać cis osoby z toalet, bo nie wierzą, że są tym, kim mówią, że są. No, ale dobra, co z tym bezpieczeństwem? Nie znam rozwiązania dla więzień, jak już mówiłam wyżej, ale to nie problem niebinarności ani Margot, tylko problem z niedostosowaniem więzień. Znam za to odpowiedź na pytanie ‘, czy każdy, kto powie, że czuje się kobietą ma zostać uznany za kobietę?’ (pomijając fakt, że Margot nie jest i nigdy nie mówiła, że jest kobietą) Nie, tak samo jak nie każdemu, kto przyjdzie do MOPSu dajemy zasiłek, ani nie każdemu, kto powie, że go boli gardło dajemy antybiotyk, ani nie każdemu, kto powie, że był w pracy dajemy z biegu wypłatę. Niektórym ufamy bardziej, niektórzy są bardziej przekonujący, niektóre te rzeczy są bardziej subiektywne. Ciężej sprawdzić, czy ktoś ma depresję niż zapalenie gardła, nie? A jednak nikt nie mówi, że należy znieść opiekę psychiatryczną, bo na pewno wszyscy udają, żeby dostać substancje psychoaktywne. Nikt nie mówi, że okazjonalny narkoman próbujący wyłudzić Cirrus od aptekarki albo osoba, która sprytnie żyjąca wyłącznie z zasiłków, bo potrafi manipulować przepisami są powodem, aby obalić systemy wsparcia tego typu (mam nadzieję, że nikt nie mówi. Inaczej znowu zwyczajnie nie możemy się zgodzić). Nikt też nie powinien mówić, że ponieważ zakładamy istnienie osób, które naszą uprzejmość i wiarę w innych wykorzystają niecnie, przestaniemy zatem być uprzejmi i życzliwi. A tym właśnie jest akceptacja identyfikacji płciowej drugiej osoby – uprzejmością i życzliwością.


Jako że co do zasady kobiety są mniej agresywne od mężczyzn, również w warunkach izolacji więziennej, niewątpliwie dla każdego mężczyzny jest to rozwiązanie bardzo korzystne i większość z nich nie zawahałaby się spróbować. Przy odpowiedniej dozie „męskości”, której co do zasady panom osadzonym nie brakuje, będzie mógł sobie robić z tymi kobietami, co chce – mały harem, worki treningowe czy pełną obsługę funkcji życiowych. Dolce vita. A jak czułyby się z tym same kobiety? A kogo to interesuje…?

I nie są to bynajmniej abstrakcyjne dywagacje, ale realne sprawy, jak na przykład Karen White w Wielkiej Brytanii.

Wskakuje tutaj przekonanie, że kobiety są słabe i niewinne i w ogóle nic złego zrobić nie mogą, bo są kobietami i to mężczyźni zawsze są ci źli. Patrz: Women are wonderful effect Tego typu przekonanie to niestety popularny i nieprawdziwy pogląd, ale w swojej bardziej radykalnej wersji zwykle wyznawany przez bardzo skrajnie pro-kobiece-anty-męskie grupy. Jest nieprawdziwy, bo kobiety to ludzie i tak samo jak mężczyźni mogą mieć skłonności przemocowe, mogą być oprawcami i złymi ludźmi. Czy w więzieniu jeden facet byłby zrobił sobie harem? Kurde, już to robi. W męskich więzieniach. Nie jest to więc problem damsko-męski, jak chciałaby zarysować autorka, ale problem różnicy siły/wpływu, niezależny od płci, zarówno biologicznej jak i kulturowej.

No i dowód anegdotyczny – to znaczy podano jeden przykład, z którego w ogóle nie wynika, że takie sytuacje są częste, a wyłącznie, że zaszły choć raz. Tak samo można podać przykład gwałtów pomiędzy cis kobietami i cis mężczyznami w więzieniach, niezwiązanych z transpłciowością.


Z pewnością, dla osoby transseksualnej, tak zwanej trans-kobiety, która jest w procesie „uzgadniania płci” – na przykład urodziła się jako mężczyzna, ma tak wpisane w dowodzie, ale przeszła już serię operacji i bierze leki hormonalne – trafienie do męskiej celi może być niebezpieczne.

Trans kobieta to nie osoba, która ‘urodziła się mężczyzną’ – patrz poniższy komentarz. Nie trzeba tez być w trakcie/po zabiegach uzgodnienia płci (po co są te cudzysłowie tam? Nie wiem. Żeby zdyskredytować pojęcie? Po co?), aby być trans – korekta płci nie jest wymagana do bycia trans (przynajmniej według teorii queer – patrz: Transmedicalism – poglądy te bardzo dobrze dogadują się z poglądami TERF/esencjalizmem płciowym). Dla każdej trans kobiety nie tylko takiej w trakcie korekty płci, trafienie do męskiego aresztu będzie niebezpieczne, bo będzie albo narażona na większą przemoc ze względu na swoją nienormatywność płciową, albo będzie się musiała zmagać z ukrywaniem swojej płci.


Ale zgódźmy się też, dla trans-mężczyzny, czyli kobiety pragnącej zostać mężczyzną, osadzenie w żeńskiej celi już tak niebezpieczne nie będzie.

I oczywiście trans-mężczyźni z przyczyn oczywistych do męskich cel trafiać nie chcą.

Trans mężczyzna to nie kobieta chcąca zostać mężczyzną, tylko mężczyzna, któremu przypisano płeć żeńską przy urodzeniu. Znów z autorki wychodzi esencjalizm płciowy (urodziłeś się z waginą = jesteś kobietą, która może chcieć ewentualnie wymienić podwozie na męskie)

Nie wiem, czy chcą. Źródła? Czy Instytut Danych z Dupy? Czy ktoś zna jakiegoś trans mężczyznę, który był w więzieniu/areszcie?? Ktoś ma, chociażby dowód anegdotyczny, bo o badaniach to nawet nie marzę.


I zachowajmy proporcje, samo „misgenderowanie” chronicznej przemocy seksualnej czy fizycznej ze strony współwięźniów ryzyku utraty życia i zdrowia się nie równa.

No nie równa. Ale czy musimy bawić się w olimpiadę bólu? Nie możemy uznać po prostu, że misgenderowanie (znowu użyto z dupy cudzysłowu swoją drogą) jest do kitu i nie powinniśmy tego robić?


Ale Margot nie jest przecież osobą transseksualną ani nie jest w trakcie korekty płci.

Powtarzanie błędu merytorycznego nie sprawi, że stanie się prawdą!


Margot mówi o sobie, że jest osobą „niebinarną”, czyli inaczej: nie wpisuje się w binarny (czyli dychotomiczny) podział płci, na męską i kobiecą. Słowem, nie identyfikuje się ani jako mężczyzna ani jako kobieta.

Jest tak wyjątkowy(-a) i niepowtarzalny(-a) jako istota ludzka, że wypisuje się z wszelkich funkcjonujących kategorii społecznych.

Ale jeśli nie czuje się też kobietą, to domaganie się osadzenia go w żeńskiej celi też chyba jest wątpliwe

  1. Powrót bezsensownego cudzysłowu, ale poza tym, no, tak, tak to mniej więcej jest.
  2. Zabieg sofistyczny – wyolbrzymienie w celu zdyskredytowania oponenta. Nikt nigdy nie powiedział, że Margot nie wpisuje się żadne kategorie społeczne. Tylko w te binarne płciowe.
  3. Wracamy do problemu ‘to gdzie idą niebinarne osoby?’. Wiecie, jakie jest moje ulubione rozwiązanie tego pytania? ‘Enbies go where enbies wanna go’ – to znaczy osoba decyduje, jeśli nie ma opcji niewybierania lub wybrania kategorii niebinarnej, która z kategorii dostępnych pasuje tej osobie bardziej. I tutaj Margot wybrała żeński areszt (zakładam, że wybrała, bo szczerze, to nie wiem, nie sprawdzałam, czy ta cała heca z ‘Margot do żeńskiego zakładu’ to nie jest wina mediów, które założyły, że żeńskie zaimki = kobieta -> kobiecy zakład karny)

Dalej, skoro Margot nie czuje się ani mężczyzną, ani kobietą, to również niemożliwym staje się określenie jego/jej orientacji seksualnej.

Kolejny błąd merytoryczny. Orientacja seksualna odnosi się czasem do identyfikacji płciowej, ale nie zawsze i są terminy omijające tę zależność. Przykłady: osoba aseksualna, czyli nieodczuwająca pociągu do nikogo, niezależnie od płci; osoba panseksualna, odczuwająca pociąg do dowolnej osoby atrakcyjnej dla niej, niezależnie od płci; osoba biseksualna, odczuwająca pociąg do dwóch lub więcej płci (zwróćmy uwagę, że ‘dwóch i więcej’ nie oznacza ‘swojej i przeciwnej’ – ta definicja jest przestarzała i wychodzi z użycia z większości środowisk biseksualistów); związki wlw – gdzie kochają się dwie osoby o żeńskich skłonnościach płciowych (niekoniecznie kobiety), niekoniecznie będące lesbijkami. I tak dalej.


Co prawda jest biologicznym mężczyzną, który utrzymuje relacje intymne z Łanią i Lu, członkiniami jego kolektywu, biologicznymi kobietami, jednakże nazwanie ich heteroseksualistami też zapewne by im się nie spodobało. Ale przecież gejami i lesbijkami też nie są. Nie jest też biseksualny. Bo żeby określić swoją orientację, wpierw trzeba określić swoją płeć.

Patrz wyżej à propos czemu ‘biologicznie jest mężczyzną’/’biologiczne kobiety’ jest bardzo TERFowym sformułowaniem. Patrz wyżej czemu ‘nie jest też biseksualny’ jest błędem (bo może akurat jest, a płcie, do których odczuwa pociąg zawierają osoby niebinarne takie jak Łania i Lu). Patrz wyżej czemu ‘orientacja wymaga płci’ jest błędem merytorycznym.


A w teorii queer „gender”, czyli płeć społeczno-kulturowa, czyli to, kim się czujemy, jest czystym konstruktem społecznym, nie ma związku z naszą płcią biologiczną.

Tak. To prawda. Tutaj jednak tej fakt jest nacechowany negatywnie, to znaczy podany tak, żeby jasne było, że autorka uważa to za niezgodne z faktycznym stanem rzeczy, po raz kolejny wskazując nam, że wyznaje esencjalizm płciowy.


Jednak Margot, pomimo że określa się jako osoba niebinarna i każe zwracać się do siebie zaimkami żeńskimi, jest przecież społecznie-kulturowo typowym i klasycznym facetem. Więcej – jest samcem alfa. I tak jest przecież przez wszystkich traktowany. Bo wygląda jak mężczyzna, mówi jak mężczyzna i zachowuje się jak mężczyzna. I tworzy relacje intymne jak mężczyzna. Nazywanie go „aktywistką”, „bohaterką” i „liderką” niczego nie zmienia.

Autorka przestaje już nawet udawać, że nie misgenderuje Margot – nazywa ją zwyczajnie mężczyzną. Wychodzi znów esencjalizm płciowy, trochę stereotypów (bo po czym innym autorka, mniemam nieznająca Margot osobiście, poznaje, że to totalnie jest Samiec Alfa?). Bo jeśli nie jesteś płciowo normatywną osobą, to się mylisz.


Po pierwsze, jego poczynania, w postaci zaatakowania homofobusa i wolontariusza fundacji Pro czy wywieszania tęczowych flag, pod względem brawury i stopnia agresji należą do repertuaru zachowań typowo męskich, a nie kobiecych. Abstrahując od słuszności gniewu Margot(a) i innych aktywistów, każda osoba, która widziała nagranie, widziała, że stroną atakującą był Margot. To Łania go tonowała i odciągała od dalszych ataków

Zachowania są ludzkie, albo zależne od temperamentu czy historii życiowej, a nie męskie lub kobiece.


Zresztą, postrzeganie i ocena tego zachowania wśród lewicowych publicystów były wyjątkowo seksistowskie. Jeśli uczynił to Margot, to był to słuszny gniew, natomiast gdyby takiego zachowania dopuściła się na przykład Łania, nie ma wątpliwości, że te same osoby, które stoją murem za Margot, mówiłyby, że to agresywna wariatka i nie ma usprawiedliwienia dla przemocy. I to jest właśnie „gender”.

Nie ma wątpliwości to znaczy autorka nie ma wątpliwości, a jak byłoby naprawdę pozostaje w sferze domysłów. Autorka pragnie jednak, używając do tego bardzo demagogicznej stylistyki, żeby czytelnik popłynął z nią na emocjach i słusznym gniewie na seksizm, który niewątpliwie wystąpiłby ze strony tych złych ludzi, którzy wierzą w identyfikację płciową Margot, a zatem ponieważ byliby w tej hipotetycznej sytuacji seksistami, identyfikacja płciowa Margot jest nieprawdziwa, bo wierzą w nią seksiści.


Po drugie, gdy Margot został(a) zatrzymany(a), Łania jak masło weszła w rolę oddanej partnerki, która poświęca każdą chwilę życia na ratowanie „żony”. Stała się jego rzeczniczką i Penolopą niczym każda porządna i dobrze zsocjalizowana w polskiej tradycji kobieta. To męska rzecz walczyć i siedzieć w więzieniach, a kobieca wiernie czekać. To również jest „gender”.

To chyba normalne w zdrowym związku, zwłaszcza osób zamieszanych w anarchistyczny aktywizm, że jak jedną zgarną to druga robi wszystko, żeby tej zgarniętej stronie pomóc, bo ma takie możliwości i bo chce swoją osobę partnerską widzieć wolną, całą i zdrową, jak najszybciej? A nawet jeśli nie, jeśli Łania przyjęła typowo kobiecą rolę pomagającej uciśnionemu wojownikowi, to, cholera, ma do tego prawo? Bo może tak czuje? Co to ma jednak do tego, jak dalece gender jest poprawnym światopoglądem i w jakim stopniu niebinarność Margot jest prawdziwa? Chyba tylko to, że wciąż autorka próbuje udowodnić, że gender = seksizm = zło.


Po trzecie, mam poważne wątpliwości, czy gdyby biologiczna kobieta, aktywistka LGBT, została aresztowana w podobnych okolicznościach, wywołałoby to podobne protesty, medialną burzę i akcje obrońców praw człowieka i demokracji oraz listy poparcia światowych autorytetów.

To dziwne, ja nie mam. Ostatnimi czasy nie mam takich wątpliwości. Ale, ponownie, obie strony pozostają tutaj w sferze domysłów i ‘argument’ ten jest czystym graniem na emocjach odbiorcy.


Czy gdyby kobieta została wypuszczona z aresztu po 3 tygodniach za swój aktywizm, również dostałaby zaproszenie do każdej komercyjnej stacji telewizyjnej i radiowej i tytułu prasowego i każdy pytałby, czy jest liderką?

Pewnie nie, ale czy to wina Margot, czy mediów, które chorobliwie zainteresowały się jej niebinarnością, bo to dziwne, nowe, trudne, a więc kontrowersyjne i się sprzeda?


Władza ma płeć. I to męską płeć. Wciskanie Margot w rolę przywódcy i symbolu ruchu LGBT, oburzanie się na jego niestosowne gesty już po wyjściu na wolność jako nieprzystojące jego przywództwu, nazywanie go tak, jak sobie tego życzy żeńskimi formami, medialne promowanie jest chyba najjaskrawszym przykładem, jak wszyscy odruchowo „dajemy mu” władzę.

A on oczywiście z typowo męską dezynwolturą pokazuje, że mu wcale nie zależy. On liderką nie chce być, chce tylko, by wszyscy bezwarunkowo zaakceptowali to, jaki jest i że nienawidzi Polski.

I nikt już nie zadaje sobie pytania, czy „tożsamość” Margot jest w ogóle koherentna z postulatem równości, prawami kobiet czy osób homoseksualnych. Ważne, że macha tęczową flagą i PiS go wsadziło do aresztu na 3 tygodnie.

To jest problem nas, jako społeczeństwa, a nie Margot. Jeśli społecznie postrzegamy osobę niebinarną jako mężczyznę i przez to zmieniamy nasze podejście doń, to jest to nasz problem, nie osoby niebinarnej. To, że akurat Margot jest osobą wyraźną i bardzo kontrowersyjną sprawia tylko, że mediom łatwiej o niej mówić i utrzymywać jej obecność w mediach. To jest problem z mediami, nie z gender i niebinarnością.

Czy autorce przeszło przez myśl, że może to nie jest cecha typowo męska, tylko typowo anarchistyczna, a Margot jest anarchistką, i to dlatego nienawidzi Polski (i wszystkich innych struktur krajowych), nie chce być żadnym narodowym symbolem ani liderką LGBT+ (w ogóle co za śmieszny koncept – lider LGBT+? To trochę jakby próbować ustalić lidera blondynów!)

Nikt nie zadaje sobie tego pytania z dwóch powodów: bo nie ma nic jedno do drugiego (osobista identyfikacja płciowa jednej osoby nie ma wpływu na konkretne nurty myślowe jak postulat równości, ani nie powinna mieć wpływu na państwowe podejście do praw kobiet) oraz bo nie ma w tej tożsamości (znów dziwny, protekcjonalny cudzysłów) nic nadzwyczajnego dla ludzi obeznanych z faktyczną myślą gender. Dla zwykłego człowieka zresztą też w Margot najważniejsze jest, że macha tęczą, nienawidzi PiSu i pokazuje fucka.


Teoria queer i związany z nią koncept niebinarności są tworami myśli postmodernistycznej, które być brzmią atrakcyjnie intelektualnie i może są kuszące dla młodych wykształconych z wielkich miast, ale w praktyce rodzą trudne do zaakceptowania społecznie konsekwencje i w niewielkim stopniu mogą poprawić sytuację zmarginalizowanych grup społecznych.

I w związku z tym co? Nawet jeśli uznać to za prawdę, że w niewielkim stopniu mogą poprawić sytuację grup zmarginalizowanych, to wiecie, ja biorę niewielką poprawę ponad żadną poprawę, każdego dnia. A teoria queer wcale nie ma ‘niewielkiego wpływu’ – ma spory, bo pozwala ludziom szerzej i w przystępniejszy, bezpieczniejszy sposób odkrywać siebie. Czy rodzi w związku z tym społeczny opór? Oczywiście, zwłaszcza w krajach konserwatywnych, jak Polska. Ale tak samo opór społeczny rodzi homoseksualizm, jedyną różnicą jest, że o nim społeczność wie już odrobinkę więcej i częściej o nim słyszy.


Teoria queer opiera się na trzech założeniach. Po pierwsze, że istnieje płeć społeczno-kulturowa (gender) i że nie ma ona związku z płcią biologiczną (sex) danej jednostki.

A przecież tak nie jest. Gender, czyli kulturowe definicje męskości i kobiecości są zawsze w procesie socjalizacji przypisywane osobom o określonych biologicznie cechach płciowych – pierwszorzędowych, drugorzędowych i trzeciorzędowych. Płeć społeczno-kulturowa, tak zwane cechy czwartorzędowe, są uzupełnieniem, nadbudową do bazy w postaci płci somatycznej, czyli cech biologicznych.

  1. Fakt – jedną z definicji gender jest ‚definicje płciowe przypisywane w procesie socjalizacji’.
  2. Nie fakt – gender nie jest ‚uzupełnieniem’ czy ‚nadbudową’ cech biologicznych. Po kolei: gender to zestaw norm, określających pewną płeć kulturową. Ludzie przypisują innym gender na bazie ich wyglądu i biologicznych zewnętrznych cech płciowych. W procesie socjalizacji uczy się nas oczekiwać, że ludzie będą zachowywać się zgodnie z normami, zgodnie z gender, które przypisalibyśmy na podstawie zewnętrznego wyglądu. Nigdzie w tym układzie nie jest powiedziane, że gender jest absolutnie zależny od cech biologicznych. Jak zauważa sama autorka – jest on przypisywany osobom jako niejako wymóg. Jednak to, czego wymagają od nas inni ludzie nie zmieni tego, kim jesteśmy. Na tym polega niezgodność płci – kiedy coś pomiędzy rolą społeczną, którą ci przypisano, a tym kim jesteś, coś się nie zgadza. W takim wypadku teoria gender/queer uznaje, że nie zgadza się nadany ze względu na wygląd arbitralnie zdefiniowany zestaw cech tworzący płeć społeczną z płcią społeczną, którą dana osoba przedstawia, to znaczy, że pomyliło się społeczeństwo podczas przypisywania oczekiwań. W takim wypadku teoria esencjalizmu płciowego uznaje, że myli się osoba w trakcie swojej introspekcji, definiując swoją osobistą relację z gender. Nie bez znaczenia jest też tutaj rozróżnienie na gender jako konstrukt społeczny tj. całkowicie funkcjonujący w przestrzeni zewnętrznej, oraz gender jako płeć mentalna to znaczy jako normy płciowo-kulturowe pragnęlibyśmy przypisać samym sobie. To jest jednak dywagacja na osobny esej.

Po drugie, że kluczowe dla określenia naszej płci społeczno-kulturowej nie są nasze cechy somatyczne, ale nasza autoidentyfikacja, czyli to, jak my się czujemy w danej chwili. I że nie trzeba robić korekty płci, jak czynią to osoby transseksualne, ale wystarczy powiedzieć, że „czuję się mężczyzną/kobietą” – i to powinno wystarczyć.

Tak, jest to postulat teorii gender/teorii queer, ponieważ w przeciwieństwie do esencjalizmu płciowego, oddzielają one płeć społeczną od cech biologicznych, to znaczy uznają jedno z drugim za korelację/koegzystencję, a nie przyczynę-skutek. Wynika to bezpośrednio z samej definicji gender jako konstruktu społecznego (zestawu cech zdefiniowanych przez społeczeństwo), którą zresztą autorka zdaje się uznawać. Jeśli coś jest konstruktem społecznym, to jest zmienne i zależne od społeczeństwa, w którym funkcjonuje. Przypisywanie tego, który zestaw cech powinna dana osoba spełniać oraz jak generalnie ten zestaw wygląda bywa zwykle skorelowanym z pewnymi rzeczami fizycznymi, jak wygląd zewnętrzny. Ale nie jest bezwzględnie od nich zależne tj. że nie ma nic inherentnego w penisie i jądrach co powoduje, że w procesie socjalizacji musi nam zostać nadana męska płeć kulturowa, a jedynie, że taka jest w danym społeczeństwie tendencja. Co więcej, sama definicja ‘męskiej płci kulturowej’ (męskości) jest zmienna i niezależna od fizycznego wyglądu fizycznych cech płciowych (inaczej płeć kulturowa nie byłaby konstruktem społecznym i byłaby identyczna we wszystkich społecznościach, a nie jest). Jeśli zatem ktoś nie czuje się dobrze z przypisaną mu przez społeczeństwo płcią, którą przypisano na bazie powierzchownego wyglądu, to tak, według queer theory samo stwierdzenie ‘wolę tę drugą rolę społeczną’ albo ‘w ogóle nasze aktualne role społeczne mi nie pasują, wolę bez’ jest warunkiem wystarczającym do uznania, że osoba jest transpłciowa, to znaczy, że jej fizyczny wygląd jest niezgodny z tym, jaką rolę społeczną będzie spełniać w społeczeństwie. Można na to zaradzić albo uzgadniając wygląd (korekta płci), albo uzgadniając rolę społeczną (zarówno w dobrym sensie – poprzez zmienienie tego, czego od danej osoby wymagamy, tj. niezakładanie ze jak ktoś ma piersi, to będzie kochaną mamą, a jak ktoś ma penisa, to będzie osobą przemocową, jak i w złym sensie – poprzez zmuszenie osoby trans do wykonywania roli społecznej, której nie czuje, tj. zmuszenie osoby ‘wyglądającej jak dziewczynka’ do ‘zachowywania się jak dziewczynka’).


Po trzecie wreszcie, że istnieje w społeczeństwie jasno określony binarny, czyli dychotomiczny podział na dwie płcie, w znaczeniu gender, czyli jasno określone cechy i role męskie i żeńskie.

Okej, pytanie, bo może mnie coś omineło – a nie jest tak? Mamy genderowane zabawki, narzędzia, posiłki, drinki, zwierzęta domowe, fryzury, hobby, obowiązki domowe, kolory, zawody, ubrania, typy muzyki…


W takiej optyce każda osoba, która choć odrobinę swoim zachowaniem czy tym, co myśli, wykracza poza te granice, już jest niebinarna. Tak więc dziewczynka, która zamiast bawić się kosmetykami mamy, woli grać z bratem w Minecrafta, jest już niebinarna. Kobieta, która naprawia w domu zmywarkę do naczyń, też jest niebinarna. Ba, kobieta, która zarabia więcej od męża, też jest już niebinarna. Mężczyzna, który prasuje sobie ubrania i myje podłogę mopem, również jest niebinarny. Że nie wspomnę o mężczyźnie, któremu zdarza się płakać, ogląda „Barwy Szczęścia” zamiast meczu piłkarskiego lub czuje pociąg do mężczyzn, a nie do kobiet. W takiej optyce 99,9 procent populacji ludzi jest niebinarna. Czy należy się im się z tego tytułu specjalne traktowanie i miejsce w celi z kobietami?

Osoby, które spełniają absolutnie wszystkie stereotypy swojej płci są raczej nieczęste. Jest jednak spora grupa osób, która przejawia co najmniej większość typowych cech płciowych, w ten czy inny sposób. Logicznie więc istnieje w związku z tym grupa osób, która tych cech nie przejawia w dużej mierze, albo w ogóle nie przejawia. W innych kulturach też powstały inne systemy podziału płciowego – patrz: Gender system. Mógłby więc istnieć hipotetycznie system, w którego ramach wszyscy bylibyśmy niebinarni, bo nie wpisywalibyśmy się w obowiązujące w nim binarne płcie. Nawet jednak w naszym, zachodnim systemie płciowym nie mamy ściśle ustalonego punktu zwrotnego, punktu granicznego za którym możemy uznać, ta osoba nie jest już społecznie uznawana za płeć A, za to jest uznawana za płeć B. Właśnie dlatego, że nie mamy jasno określonych tych granic, a jedynie ogólne zbiory cech i to dosyć płynne, bo zależne od społeczeństwa przecież. Odróżnienie płci bywa bardzo skomplikowane i czasem nawet zainteresowane osoby mają problemy, ale to – ponownie – temat na osobny esej. Stwierdzenie ‘wszyscy jesteśmy niebinarni’ jest więc w naszym kontekście kulturowym jak ‘wszyscy mamy trochę depresję’. Bo każdy czasem smuta, nie? A jednak da się odróżnić depresję od smutku, nawet nie sięgając po kryteria diagnostyczne. To, że wszyscy czasem jesteśmy agresywni nie znaczy, że wszystkie kobiety są od teraz niebinarne, bo agresja jest przecież (według naszych norm społecznych) męską cechą, a posiadanie cech męskich i damskich naraz równa się niebinarności najwyraźniej.


I wreszcie, zadajmy sobie pytanie, jaki teoria queer i koncept nie binarności, i jaki konkretnie Margot używający żeńskich zaimków, mają potencjał zmiany społecznej i równouprawnienia? Jak kobiecie mieszkającej na przykład w Jeleśnii koło Żywca, samotnie wychowującej dzieci, pracującej i opiekującej się starszymi rodzicami, to może realnie poprawić byt? Czy jak powie, że jest niebinarna, że już nie identyfikuje się z rolą kobiecą, to zacznie więcej zarabiać w pracy, jak mężczyzna? Czy rodzice przestaną od niej oczekiwać opieki nad nimi albo ona przestanie czuć się za nich odpowiedzialna? Czy brudy same w domu się posprzątają, były mąż przejmie opiekę nad dziećmi, a bóle jajnika same ustąpią i żaden mężczyzna nie nazwie już jej słowem na „k”? To przecież tak nie działa.

Zacne pytania, ponownie jednak problemy te nie są winą ani Margot, ani niebinarności, ani teorii queer czy gender. Są winą nierówności. Feminizm intersekcjonalny i inne późnej fali ruchy feministyczne walczą o równouprawnienie wszystkich grup marginalizowanych w tym osób niebinarnych. Czy zmiana identyfikacji płciowej na niebinarną poprawi byt losowej osoby w losowym mieście? Nie, tak samo jak zmiana na identyfikację męską tez nic nie zmieni. W obecnym świecie w społeczeństwie ważna jest prezentacja płciowa, a nie to, co o sobie myślimy – jeśli ubiorę się bardziej po męsku, to będę traktowana bardziej serio, niezależnie od tego czy jestem kobietą, czy jestem niebinarną osobą. Żadna identyfikacja płciowa nie zmieni też problemów zdrowotnych, ani nie poprawi budżetu, ani nie wyczyści domu. Ale może przynieść spokój ducha, i tylko o to w tym chodzi. (Tak, budżet jest ważny, ale wiemy dobrze, ze można martwić się i pracować nad poprawą więcej niż jednej rzeczy na raz, więc pomaganie samotnej matce z Jeleśni koło Żywca nie wyklucza walki o komfort psychiczny niebinarnych dzieciaków z podwarszawskiej szkoły)


Zaskakujące, że podczas gdy w świecie anglosaskim od kilku miesięcy toczy się afera związana z J.K. Rowling, która została oskarżona o transfobię, po tym, jak skrytykowała wymazywanie z debaty publicznej kobiecości i płci poprzez używanie określeń „osoby, które menstruują”, gdy w Hiszpanii trwa gorąca dyskusja i opór ogromnej części środowisk feministycznych przeciwko ustawie o tożsamości płciowej, w Polsce w ciągu zaledwie jednego miesiąca cała liberalna, demokratyczna i progresywna opinia publiczna bez najmniejszej refleksji zaakceptowała koncept niebinarności i wszystko, co on implikuje.

Nie wiem, w jakiej Polsce żyje autorka, ale nie w tej samej co ja. Dowodem jest choćby ten artykuł, opublikowany w ‚Kulturze liberalnej‚ a jednak ciskający transfobią na prawo i lewo. Wiele jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim w Polsce można będzie mówić o zaakceptowaniu pojęcia niebinarności.


Tymczasem koncept niebinarności zamiast dekonstruować pojęcie płci i pokazywać, że będąc kobietą, możemy robić lepiej lub gorzej to samo, co mężczyźni, i to nie ujmuje nic z naszej kobiecości (i vice versa), w praktyce petryfikuje, usztywnia i legitymizuje „tradycyjne role płciowe”.

Pojęcie niebinarności wręcz odwrotnie, pokazuje, że nasze poczynania i osiągnięcia są zupełnie niezależne od płci. Nie próbuje powiedzieć, że będąc kobietą możemy to czy tamto w porównaniu do mężczyzn i odwrotnie, ale że wszystkich nas łączy zupełnie inna płaszczyzna, to znaczy człowieczeństwo. W jaki sposób usztywnia i legitymizuje to tradycyjne role płciowe? Czy być może bardziej robi to przekonanie, że jak urodziłeś się z waginą, to jesteś kobietą i kropka i teraz twoje życie będzie wyglądało tak, a nie inaczej, bo tak działają kobiety zgodnie ze swoimi kobiecymi biologiami (patrz: esencjalizm płciowy, ponownie). Wręcz odwrotnie, gender theory zachęca do transgresji i samointerpretacji co to znaczy być mężczyzną, być kobietą.


Tworzy sztywne ramy ról płciowych, oczywiście stereotypowych. I jeśli się w nich ktoś nie mieści albo w 100 procentach ich nie akceptuje, to może (musi?) się z tego wypisać i powiedzieć, że jest niebinarny.

To jest dużo łatwiejsze niż walka ze stereotypami płciowymi, próba negocjacji ról i krytyczne poszerzanie kulturowych definicji męskości i kobiecości i mozolna nauka mężczyzn, że podłogi same się nie myją, a ubrania nie prasują, a kobiety mogą czasem mieć rację. Niebinarność i teoria queer to nic innego jak utrwalanie seksistowskiego myślenia o płci, a nie walka o równość.

  1. O tym już było powyżej.
  2. Według autorki więc esencjalizm płciowy negocjuje pomiędzy rolami płciowymi (bo najwyraźniej nie da się ich obalić ani zmienić, mimo że są konstruktem społecznym) ale to teoria queer je utrwala – co mam nadzieję jest dla was jasną sprzecznością logiczną i ilustruje jakie fikołki mentalne robi ideologia TERF, aby jednocześnie utrzymać pozór feminizmu, ale i wykluczyć zeń wszystkich nieposłusznych ich konkretnej formie kobiecości i feminizmu. (dodatkowo: jejku, chciałabym, żeby bycie niebinarną osobą było łatwiejszym wyjściem, niż renegocjacja ról społecznych. A tak naprawdę to dostaję problemy obu rozwiązań, bo to jak ja się identyfikuję jest relewantne tylko wtedy, gdy jestem całkowicie wyoutowana, wśród zaufanych i rozumiejących osób, czyli bardzo nieczęsto; poza tymi okazjami muszę radzić sobie z tym, jak mnie postrzegają inni i co mi przypisują wbrew mojej identyfikacji płciowej).

Wyznawcy tego konceptu w istocie niczym się nie różnią od młodych prawniczek z Ordo Iuris (sterowanego oczywiście przez ultrakonserwatywnych panów), które w ramach kampanii o wypowiedzenie Konwencji Stambulskiej, mówiły, że chodzi im tylko o to, by kobiety były kobiece, a Konwencja to jakoby niszczy. I tak samo jak oni są głusi na dialog i krytykę. I może właśnie dlatego to Margot znalazł(-a?) się na barykadzie tej wojny kulturowej.

A tutaj to już poszła autorka demagogią po bandzie – nagle teoria gender nie jest tylko niezgodnym z jej poglądami, a zatem błędnym światopoglądem, ale wyznaniem niczym kult, co więcej występuje tu lajtowa forma Argumentum Ad Hitlerum na kanonie Polski, czyli Argumentum Ad Ordo Iuris. Na dialog i krytykę, jak widać, my ludzie queer jesteśmy głusi, więc napisałam na życzenie 20 stron elaboratu o tym, dlaczego takie artykuły godzą w moją ludzką godność. Trochę na tej samej zasadzie, co zarzut do LGBT+, że są głusi na argumenty i krytykę, kiedy argumenty i krytyka z drugiej strony brzmią ‘homoseksualizm to choroba’. Lub, tutaj, ‘niebinarność to szkodliwy koncept’.


Podsumowując: autorka propaguje poglądy esencjalizmu płciowego i filozofii nazywanej TERF (Trans-Exclusionary Radical Feminist – Radykalny feminizm wykluczający osoby trans), czyli w opinii osób z kręgów intersekcjonalnego feminizmu i społeczności queer jest transfobką, a cały artykuł leży na kanwie próby wykluczenia osób nienormatywnych płciowo, jak Margot, ze społeczności LGBT+ i zrzucenia na nie winy za to, jak państwo i opinia publiczna traktują prawa kobiet czy osoby LGBT+, które są bardziej normatywne płciowo (tj. cispłciowych gejów, cispłciowe lesbijki itp.).