Lewacy nie gęsi

Fragment strony tytułowej gazety "Robotnik" PPS Nr 50 z 1903 r. J.Kozłowski, Proletariacka Młoda Polska, Warszawa 1986

Co czujesz, gdy słyszysz wzmożenie patriotyczne u prawicowej młodzieży? Co przychodzi ci na myśl, gdy słyszysz ludzi mówiących wzniośle o narodzie, ojczyźnie i walce? Czy uważasz to za śmieszne? Trochę krindżowe, gościu? Zostawmy jednak na chwilę postmodernistyczne podejście do kultury liberałom i spójrzmy na to jak prawdziwy lewak.

Co, gdy odwołasz się do swojego zmysłu wrażliwości społecznej? Czujesz się urażony? Boli cię manipulowanie historią i odmawianie patriotyzmu rzeszy działaczy lewicowych, którzy budowali twój kraj? Nagle kotwica na gaciach nie wydaje się taka zabawna, kiedy przypomnisz sobie jak bardzo socjalistyczne były poglądy AK? Wiesz co ja czuję, gdy o tym myślę?

Testament Polski Walczącej z 1 lipca 1945.

Czuję zazdrość

Dlaczego lewica nie przypomina na każdym kroku o swojej przeszłości? Wiem, że jest z tym coraz lepiej – odważniej mówi się o historii myśli lewicowej. Zazwyczaj ogranicza się to jednak do wspominania o wybitnych działaczach. Czemu nie spinamy tego w spójną opowieść? Czemu odwołujemy się do wybitnych postaci, a zapominamy o masach? Czemu nie ma pościeli z logiem PPSu? To ostatnie pytanie to naturalnie żart, ale jak w każdym żarcie, kryje się w nim ziarno prawdy. Użyjmy więc tego przykładu: Logo PPSu to symbol z potężnym ładunkiem historii. Oczywiście jest używany przez współczesną wersję tej partii, ale dwie ręce wspólnie trzymające młot trafiają znacznie głębiej. Wprost w kryjące się w nas serce i duszę robotnika. Jego staroświeckość tylko dodaje mu uroku – pokazuje, że jest częścią dłuższej historii. Do tego powinniśmy się odwoływać. Każdy chcę być częścią czegoś większego, jakiejś idei obejmującej nie tylko nas samych. To jest „sekret”, który odkryli narodowcy i to właśnie oferują członkom swoich organizacji. Tożsamość. Identyfikację. Dlaczego my nie mielibyśmy oferować tego samego członkom naszych? Bo to głupawe, śmieszne, żenujące? To bzdura. Jeśli otworzyć się na romantyzm historii lewicy, okazuje się, że wcale tak nie jest. Oparcie w przeszłości daje siłę.

Romantyzm

Mnie łatwo jest romantyzować ruchy robotnicze – jestem robotnikiem. Czy jednak powoli kurczący się proletariat powinien być głównym celem lewicy? To pytanie już samo w sobie jest błędne. Po pierwsze – powinniśmy zacząć częściej używać tak rewelacyjnego słowa, jak „proletariat”. Po drugie – to nie klasa robotnicza się zmniejsza, tylko ilość osób podpadających pod definicję „robotnika”. Czyż każda osoba pracująca fizycznie nie powinna być uważana za robotnika? Kierowczynie, ekspedientki, kelnerki? Naturalnie pojawia się problem, że lata liberalnej dominacji zrobiły z „robola” obelgę (przy okazji – teraz to już nasze słowo, jeśli nie jesteś robotnikiem, nie używaj go). To poważny problem, który należy rozwiązać, odrzucając wszelkie negatywne stereotypy i przywracając dumę z przynależności do tej grupy. Przechodząc jednak do sedna pierwotnego pytania – naturalnym jest, że lewica chce pomóc wciąż rosnącemu prekariatowi. To najnowsza wyzyskiwana klasa i należy się pochylić nad jej problemami. Najnowsza nie znaczy jednak, że nie są częścią historii. Trzeba uzmysłowić prekariuszom, że nie są jakimiś tam samotnymi, przepraszam za określenie, „korpoludkami”. O nie! Nie jesteście pierwszymi wyzyskiwanymi przez kapitał!

Jesteście duchowymi potomkami pracujących w nieludzkich warunkach robotników, a wcześniej chłopów pańszczyźnianych! Jesteście spadkobiercami Ignacego Daszyńskiego, Róży Luksemburg i Karola Marksa, jak również naszego wspólnego z ludowcami przodka – Jakuba Szeli! Jesteście częścią długiej historii walki z wyzyskiem! Nadszedł wasz czas, by powstać! Do stracenia nie macie nic prócz swych kajdan. Do zdobycia – cały świat!

Z wierzchu może wydawać się to trochę śmieszne, ale czy jednak w środku nie poczuliście się trochę „cool”? Jesteście częścią odwiecznej walki klas i stoicie po tej właściwej stronie. To działa na wyobraźnię, prawda? Można zobaczyć jak bardzo, obserwując Jarosława Kaczyńskiego, opierającego całą swoją władzę na opowiadaniu o wielkiej walce dobra ze złem, w której on jest tym dobrym. Oczywiście w jego przypadku to manipulacja, ale w naszym nie – odwołujemy się do prawdziwej tradycji. A cóż bardziej oddaje lewicową tradycję niż język? W tym momencie dochodzimy do mojej największej bolączki: Tradycyjny lewicowy język jest tak bogaty i obrazowy, a został prawie całkowicie odrzucony. Głównie przez to, że był powszechnie używany w państwach totalitarnych. Czemu jednak mamy oddać ten język Stalinowi, skoro jest od niego starszy? Odzyskanie go jest banalnie proste – wystarczy go używać. Jeśli odrzucić pamiątkę po naszych radzieckich braciach, jaką jest mówienie w drugiej osobie liczby mnogiej, nagle nazywając kogoś „towarzyszem” brzmimy, jakbyśmy sobie dyskutowali z naszym kolegą z PPSu – tow. Piłsudskim. W polskiej polityce jest tylu reakcjonistów – odważnie ich tak określajmy. Słowa „robotnik” używajmy zamiennie z dumnym „proletariuszem”. I ostatecznie:

Co nas powstrzymuje od śpiewania „Międzynarodówki”?

Wzruszająca pieśń z piękną historią. Śpiewali ją w ZSRR? Nacjonalistom nie przeszkadza śpiewać piosenki napisanej przez lesbijkę, więc czemu my mamy się wstydzić hymnu komunardów, który czasem śpiewali ludzie, z którymi się nie zgadzamy.

O ile nie jesteś antropologiem, to każda tradycja jest niewiele warta, jeśli nie jest żywa. Tradycja socjalistyczna, zarówno międzynarodowa, jak i Polska, jest piękna i poruszająca. Zamiast tylko czasem ją wspominać, powinniśmy się w nią wpisać. Nie znaczy to, że mamy nie patrzeć w przyszłość. Po prostu łatwiej jest o tę przyszłość walczyć jeśli za plecami mamy wielkie idee, które nas wiążą. Zabrzmię jak jakiś konserwatysta, ale wspólna tradycja jest bardzo ważna, by mieć poczucie przynależności do społeczności.

Czemu więc oddawać to pole prawicy, kiedy tradycję mamy tak wspaniałą – własną?