Idee to wielka rzecz

Fragment plakatu z napisem "utopia", naklejony na trudnym do zidentyfikowania zniszczonym przedmiocie.


Apatia

Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność przeczytać kolejny z serii komentarzy odnośnie rzekomej apatii polskiego społeczeństwa. Podejrzewam, że znacie ten schemat, niezależnie od tego, z której strony wychodzi. Jakaś grupa społeczna nie wychodzi na ulicę, bo jest niezainteresowana dobrem państwa, bądź leniwa, bądź nie ma dość mądrości, by widzieć co dzieje się w kraju, bądź błędnie myśli, że wystarczy internetowy aktywizm, bądź jakikolwiek inny powód, który wymyśli sobie oświecona osoba głosząca tę krytykę. Jakby poszukać to zapewne znaleźliby się ludzie, do tej opinii pasujący. Jednak obawiam się, że w większości wypadków jest to po prostu trudne i to z powodów bardzo przyziemnych. Każda/y ma swoje obowiązki i odpowiedzialność, które często dominują życie na tyle, że wyjście na protest jest wyzwaniem, a organizowanie go, wręcz niewyobrażalnym wyczynem. Tak, tak… Wiem… Organizujący i chodzący na protesty, też mają swoje obowiązki, dla ważnych spraw potrzeba siły i zaparcia, jak się chce, to się da.

Dziękuję, drodzy coache, za te rady.

Cieszę się i podziwiam was, że macie tyle energii. Jesteście solą tej ziemi. Życie jest jednak dla wielu z nas do d**y i nie dajemy rady. Z mnóstwa powodów, ale przede wszystkim dlatego, że nasze społeczeństwo jest tak skonstruowane, że dla większości z nas ominięcie niektórych obowiązków prowadzi do poważnych konsekwencji. Są jednak takie wydarzenia, przy których wszyscy mówią: „J***ć to!”…



Akcja

Co czyni je wyjątkowymi? Przyjrzyjmy się najbardziej jaskrawemu przykładowi, czyli „czarnemu protestowi”. Co skłoniło tak wiele kobiet, nawet takich o konserwatywnych poglądach, do uczestnictwa w tej serii wydarzeń? Czy chodzi tylko o aborcję? Oczywiście jest to ważny temat, ale wiele z protestujących nigdy nie miała i nie będzie mieć aborcji. Empatia? Po części tak, ale, jak pokazały wszelkie protesty niepełnosprawnych, sama empatia nie wystarczy do masowego wyjścia na ulicę. Co więc? Odpowiedź jest prosta – była to sprawa większa od każdej kobiety z osobna i wszystkie o tym wiedziały. Nawet jeśli niektóre nieświadomie, to czuły jak wielka to sprawa. Nie chodziło tylko o same kobiety potrzebujące terminować ciążę, ale o wszystkie kobiety w całym kraju, którym chciano odebrać część ich podmiotowości. Walka z podporządkowaniem patriarchalnemu systemowi łączyła je z wszystkimi ruchami kobiecymi z przeszłości i chciały tego samego co one – równego traktowania. Widmo feminizmu zawisło nad Polską i na szczęście tę bitwę wygrało.

Jednym ze zdradzieckich prezentów danym nam przez postmodernizm jest dekonstrukcja. Nie chodzi o to, że ten nurt dał nam zarówno tak świetną komedię jak „Czy leci z nami pilot?”, jak i doprowadził do powstania całej serii „Straszny film”, choć tu rzeczywiście ocena bilansu zysków i strat jest bardzo trudna. Dekonstrukcjonizm pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego pewne pomysły trafiają do ludzi, ale w trakcie tej analizy odziera je z wszelkich pozorów wielkości i wybitności. Gdy okazuje się, że wielkie idee nie istnieją, a raczej istnieją jedynie w naszych wierzeniach, cóż innego pozostaje niż nihilizm i apatia?

Któż bardziej kocha postmodernizm niż liberałowie? Liberalna polska od 30 lat śmieje się z wielkich idei. Kto ma wizje, powinien iść do lekarza, czyż nie? Zaprzepaścili szansę na kult, jakim są przemiany ustrojowe, który wręcz leżał na ulicy. Świętowanie nawet własnych świąt, było dla nich zbyt żenujące. Teraz cały czas mówią o „narracji”, której nie potrafią zbudować i nawet nie zdają sobie sprawy, że to dlatego, że swoją tożsamość zbudowali na wyśmiewaniu ich, stając się przez to kompletnie niewiarygodnymi w swych opowieściach. Wydają się również nieświadomi, że liberalizm osiągał największe sukcesy, wtedy gdy właśnie sprzedawano go, jako wielką ideę. Zarówno w latach 90, kiedy był ogłaszany jako jedyna właściwa droga na „końcu historii”, a wszyscy, którzy się z tym nie zgadzali powinni się wstydzić, jacy to są niezaradni, nienowocześni jak i zaściankowi (Pomińmy fakt, jaką czkawką odbiła się liberałom ta polityka zarządzania przez wstyd). Później PO została pierwszą partią rządzącą przez dwie kadencję dlatego, że Donald Tusk opowiadał o „ciepłej wodzie w kranie”. Ta niepozorna nazwa skrywała kolejną liberalną wielką ideę – dzięki nam będziecie mieli święty spokój i dobrobyt. Jeśli ktoś nie wierzy w moją analizę, wystarczy posłuchać co mówią najwierniejsi wyborcy liberałów. Nie mają żadnych nowych pomysłów, tylko te same hasła sprzed 10 i 20 lat. Mówią tak dlatego, bo stali się cyniczni i pozbawieni wszelkich poglądów, więc nie są w stanie tak zawładnąć wyobraźnią wyborców, jak wtedy gdy stały za nimi wielkie idee.


Reakcja?

Co z tymi, z których się śmiano? Z wszystkimi skazanymi na wstyd, przez to, że według mainstreamu nie pasowali do nowego postmodernistycznego świata? Właśnie widzimy. Dzięki temu, że nie porzucili swych wielkich idei, nie tylko przetrwali, ale stali się najgłośniejszą grupą w kraju. Nie ważne czy chcesz rozbić rządzący Polską układ, czy uważasz, że Europie najlepiej w kolorze białym, czy Kreml stwierdził, że twój fundamentalizm jest wart inwestycji, uważasz, że jest coś większego i ważniejszego od ciebie, co łączy cię z twymi towarzyszami. To właśnie pozwoliło reakcyjnej prawicy przetrwać lata chude, a w latach tłustych zapewnia determinacje, by bez cienia wątpliwości dążyć do władzy, nie zważając na konsekwencje

Jak na tym tle wypada lewica? „Dźwigi” mają to opanowane do perfekcji. Bogata symbolika, duża dawka cytatów swoich idoli i, pomimo sprzeczności, całkiem jasne przekonania. Co jednak z lewicą bliżej mainstreamu? Niestety po transformacji ustrojowej lewica została, że tak to ujmę, skażona liberalizmem. Gwoli uczciwości powiem, że nie tylko w Polsce lewicę zwiódł syreni śpiew Fukuyamy. Pierwszy z brzegu przykład to, nazywany brytyjskim Leszkiem Millerem, Tony Blair i jego New Labour. Poza tym ciężko być lewicą w kraju, w którym wszystko, co mogło mieć chociaż pobieżny związek z socjalizmem, było uważane za równie moralne co Służba Bezpieczeństwa. Niezależnie od powodów lewa strona nie podniosła się z tego odarcia z idei. Co smutniejsze, gdy przyszła nowa fala lewicy, jej początkowe sukcesy sprawiły, że skupiła się na teraźniejszości, zamiast na podstawach, czyli zaszczepianiu w obywatelach lewicowych wartości.

W radiu, telewizji, czy na łamach gazet można usłyszeć wielu mądrych ludzi opowiadających o kolejnych strategiach, taktykach, sojuszach i kryzysach politycznych. Jestem pewien, że wielu z nich wie, o czym mówi i może nawet ma rację. Chciałem tu jednak zaproponować spojrzenie, jak to widzi moje proste robotnicze serce.
Każde kolejne wybory pokazują nie zmiany, a wręcz umocnienie status quo. Może to dlatego, że te wszystkie doraźne rozwiązania nie są w stanie zmienić powodów wyborów społeczeństwa. Nie ważne na kogo zagłosują ludzie, nie zmienia się ich myślenie, światopogląd. Jeśli ktoś zgadza się z prawicą, to ma mnóstwo wierzeń do wyboru. Dla całej reszty nie ma nic, co by poruszyło masową wyobraźnię. Dokładniej niewiele osób w polityce interesuje kształtowanie światopoglądu społeczeństwa, bo jest to proces długi i przynoszący efekty dopiero w dalszej przyszłości. Ludzie zmieniają siebie i świat tylko wtedy, gdy robią to w imię czegoś, w co wierzą. Czy to będzie religia, sprawiedliwość społeczna, rynek, czy czysty egoizm nie ma znaczenia? Suche fakty i analizy nigdy nikogo do bitwy nie zagrzały.

Do boju pcha ludzi wiara. Wiara w lepszy świat.

Jeśli ktoś czytał moje dwa wcześniejsze teksty, mógł zwrócić uwagę na ich podobną tematykę. Jest tak dlatego, że chciałbym zwrócić uwagę na pewną ważną rzecz: Polska lewica to margines. Możemy chwalić sukces w ostatnich wyborach parlamentarnych, ale w ten sposób tylko się okłamujemy. Lewicowych posłów w sejmie jest garstka. Co więcej, dostali się tam tylko dlatego, że udało się zmylić centrowych i liberalnych wyborców SLD i Wiosny, aby na nich zagłosowali. Zaznaczam, że nie jestem lewicowym purystą, który mówiąc „lewica” ma na myśli jedynie nurty na lewo od anarchokomunizmu. W parlamencie mało jest nawet socjaldemokratów. Sprawne zagrywki polityczne pomogły utrzymać się na powierzchni, ale obawiam się, że ukrywają tym okrutną prawdę. Wiem, jak ważna jest nadzieja, ale przychodzi taki moment, kiedy trzeba zmierzyć się z rzeczywistością. Gdy ktoś mówi, że „już nigdy nie zagłosuje na Lewicę”, wyśmiewamy go, ale przez to pomijamy bardzo niewygodny problem. Ta osoba oddała głos na Lewicę, dlatego, że nie wiedziała, co oznacza słowo „lewica”. Ideowa lewica to w Polsce garstka ludzi. Tego nie zmienią triki i układy polityczne. Jeśli chcemy naprawdę trwale zmienić coś w kraju, musimy zacząć od zmiany w społeczeństwie. Pierwszy krok to akceptacja: Nie ma nas. Dopiero gdy w końcu się z tym pogodzimy, znajdziemy odpowiednie pomysły jak się odbudować.