Porażka Roberta Biedronia to część większego problemu – ale są rozwiązania

Obraz prezentujący ponurą grafikę, sugerującą fałszowanie wyborów, poprzez wrzucenie swojego głosu do niszczarki

Potwierdziły się czarne scenariusze i niedzielny wieczór okazał się prawdziwą stypą lewicy. Robert Biedroń odnotował najgorszy wynik wśród głównych kandydatów. Można zauważyć dwa rodzaje komentarzy. Jedni krytykują działania sztabu, obwiniając go o brak klarownej wizji kampanii, niedostateczną mobilizację ochotników i zamknięcie na pomysły z zewnątrz. Reszta twierdzi, że nic się nie stało, a winę ponoszą „inni”. Trudno zrzucać całą winę na organizatorów kampanii i samego Roberta Biedronia, niemniej fakt uzyskania najsłabszego wyniku wśród lewicowych kandydatów w historii wyborów prezydenckich jest nie do podważenia. To oczywiste, że kampania Roberta Biedronia pozostawiała wiele do życzenia i należy mieć nadzieję, że wszystko to zostanie dokładnie przeanalizowane. Niemniej jednak problemy polskiej lewicy są natury strukturalnej i nie zaczęły się wczoraj, ale zasadniczo, w czym tkwi problem?


Na początku maja odbyłem ciekawą rozmowę na antenie podcastu Trójdzielnia. Moim gościem był Przemysławem Kmieciak, znawca dziejów polskiej lewicy i twórca strony Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych, promującej lewicową politykę historyczną. Pojawił się wątek przedwojennej PPS. O ile polscy socjaliści w ogóle występują w polskiej świadomości, to postrzegani są jako silne ugrupowanie okresu międzywojnia. W rzeczywistości Polska Partia Socjalistyczna rzadko kiedy przekraczała pułap kilkunastu procent poparcia. Równocześnie jednak nie spadała poniżej swojego twardego minimum. Natomiast już w wyborach samorządowych w 1938 roku, dokonała przełomu w dużych miastach, uzyskując grubo ponad 20 proc poparcia w wielu z nich. Piszę o tym dlatego, że w niedzielnych wyborach koalicja Lewicy utraciła przeszło 4/5 poparcia (2.3 mln głosów w 2019 roku do 425 tysięcy w roku 2020).

Naturalnie, powyższe wspominki nie służą wcale pognębieniu lewicy współczesnej – to zarzut wobec wszystkich. Jeszcze dwa miesiące temu za sprawą nietrafionej kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, głównej polskiej partii opozycyjnej groziła totalna anihilacja. Lojalność bazy Koalicji Obywatelskiej okazała się całkowicie iluzoryczna, ukazując w pełni kompletny brak społecznego zakorzenienia ugrupowania Rafała Trzaskowskiego. Owszem, duopol sięga swego apogeum, ale na poziomie politycznym serca wyborców opozycji wygrywa ten, kto ma zdolność pokonania rządzącej prawicy.

Oczywiście lewica (w tej czy innej formie) przechodziła podobną traumę wielokrotnie. I nadal żyje. Niestety jednak, bez większych szans na rozwój i prawdziwą władzę. Lewica bardzo lubi powtarzać te same błędy. Kandydatura Biedronia nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem, co potwierdzają badania elektoratu SLD. Przeszło 3/4 bazy wyborczej Sojuszu oddała głos na innych kandydatów. Kierownictwo Lewicy (i sam Biedroń, który zdecydował się na start) błędnie zdiagnozowali potrzeby swoich wyborców Zresztą, taki rozwój wydarzeń antycypowały różne badania opinii publicznej. Wskazywały one na Adriana Zandberga, jako osobę bardziej wiarygodną – w niemal wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Wygląda na to, że uśmiechnięty i fikuśny Robert Biedroń nie wpasował się w czas kryzysu i niepewności.

Przyczyny obecnego kryzysu są o wiele głębsze i poniekąd pokrywają się z wyzwaniami stojącymi przed podobnymi partiami w innych krajach. W 2020 roku, partie socjaldemokratyczne i ich koalicjanci sprawują władzę w zaledwie kilku miejscach w Europie i tylko w jednym o liczbie ludności przekraczającej 30 mln. Przyczyny systematycznego odpływu wyborców były opisywane wielokrotnie. To zmiany w strukturze elektoratu (zanik klasy robotniczej), efekt globalizacji (uniemożliwiający prowadzenie keynesowskiej polityki gospodarczej w jednym kraju), kolonizacja programów lewicy przez wątki kulturowe, alienacja i „zburżuazyjnienie” liderów, nieudane skręty w prawo, ale również te w lewo (Brytyjska Partia Pracy zanotowała najgorszy wynik wyborczy od 1935 roku, pomimo wybitnie ambitnego programu), a nadto narodziny nowego podziału na tradycyjnych, prosocjalnych lokalsów i liberalnych kosmopolitów, który to przedział przebiega w poprzek partii lewicowych. Na szczęście, jest też cała gama problemów, które rozwiązać można i trzeba – w tym część wyżej wymienionych.


Lewicy wolno mniej?

Nie, nie chodzi o słynne słowa Ewy Milewicz. Po prostu, wartości lewicowe, progresywne czy socjalistyczne to ambitny projekt zmiany, którego zwycięstwo (częściowe) wymaga ziszczenia szeregu czynników. W historii politycznej Europy partie socjaldemokratyczne tworzyły rządy zdecydowanie rzadziej niż prawica: Niemiecka SPD tylko przez 20 lat w ostatnich 50 (nie licząc koalicji), brytyjska Partia Pracy 18 na 50, a francuska Partii Socialiste 20 (po czym spadła do poziomu kilku procent i dziś praktycznie pozostaje na politycznym marginesie). Oczywiście obserwujemy wyjątki (Skandynawia), ale w ogromnej większości, ambitne programy i samodzielne rządy to już raczej pieśń przeszłości. W rzeczywistości wpływy lewicy maleją, gdzieniegdzie tkwi ona w kryzysie (Europa Wschodnia) lub ulega całkowitej dezintegracji (Francja). Wtedy gdy wygrywa, wynika to z wyjścia poza swoją twardą bazę. Fakty są takie, że twarda baza lewicy jest dziś (i niemal zawsze była) zbyt słaba, by wygrywać wybory. Dopiero sojusz osób bardziej wykluczonych i klasy średniej oferował drogę do stabilnego rządzenia (w Szwecji wręcz na dziesięciolecia). Naturalnie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze zadanie – apelują do naszej pragmatycznej strony, niczego nie obiecują i z niewielu rzeczy muszą się wywiązywać. Chcą utrzymania kapitalizmu w jego obecnej formule i utrzymania status quo. Uciekają od jakiejkolwiek dyskusji o klasach społecznych, łudząc ludzi nadzieją na dołączenie do tej najważniejszej – ekstraklasy. Paradoksalnie, to niezwykle kusząca idea, zwłaszcza w ciężkich czasach. Konkluzja dla lewicy: słuchać głosu swoich wyborców, nie obiecywać gruszek nie wierzbie, nie apelować do rewolucyjnej strony i pamiętać, że w dzisiejszych cynicznych czasach, nawet najlepszy program może trafić na betonową ścianę braku wiary w jego realizację. Zdolność skutecznego rządzenia trafia zawsze.


Taktyczna rezerwa

Jednym z większych błędów tej kampanii było złe zdiagnozowanie swojego elektoratu. Historyczny elektorat partii lewicowej składał się z osób mniej majętnych, wykluczonych ekonomicznie, z mniejszych miejscowości i w jakimś stopniu wykluczonych. Wyciąganie ludzi z biedy i niedostatku i oferowanie im szansy na lepszą przyszłość to zadanie każdej lewicy. Mowa o wyborcy „wymarzonym”, dziś w większości w kręgu PiS. Elektorat realny to mieszkańcy dużych miast, lepiej wykształceni, bardziej uświadomieni, liberalni kulturowo i ekonomicznie. To właśnie te osoby tworzą główny trzon obecnej Lewicy. Kolejny rezerwuar to sympatycy Koalicji Obywatelskiej – jak pokazuje kazus MKB, głęboko niezintegrowani z partią, na którą głosują, deklarujący poglądy centrolewicowe, gotowi na przeskok. Taktyczna rezerwa Lewicy polegać powinna na nieantagonizowaniu tych wyborców i unikaniu tworzenia poczucia winy za ich polityczne wybory. Tymczasem, w toku kampanii Roberta Biedronia, mogliśmy obserwować nieustające ataki na Koalicję Obywatelską, głównie za pomocą mniejszych i większych złośliwości, niestety w większości bez polotu. Tak, Lewica musi uderzać w Platformę Obywatelską, ale za konkretne działania i wybory programowe. Inteligentnie i punktowo, z szacunkiem dla rywali i popierających ich ludzi, nawet jeśli emocje dyktują co innego. Zwłaszcza że wiele z prowokacji zwolenników PO („jesteście przybudówką PiS”, „wycofajcie się wyborów”), obliczonych było właśnie na wywołanie emocjonalnej reakcji. Atakując Platformę na poziomie emocjonalnym i roszczeniowym, Lewica nie zyskała niczego. Zamiast przyciągać wyborców konkurencji, jeszcze bardziej ich z nią skleiła. Zresztą, najlepsza forma ataku to prezentowanie własnych pomysłów i (gdy to tylko możliwe) ignorowanie drugiej strony.

Zasada taktycznej rezerwy dotyczy również programu politycznego. Żadne radykalne obietnice nie będą możliwe, dopóki nie uda się uwiarygodnić całej formacji. A przecież prawdziwe uwiarygodnienie przychodzi dopiero u władzy. Może zatem warto przedstawić kilka konkretnych propozycji programowych, najlepiej z dziedziny polityki społecznej, zdrowotnej lub pracowniczej, których realizacja będzie realna i korzystna dla wyborców lewicy (pracowników, urzędników niskiego szczebla, mikro przedsiębiorców). I to nie tylko na poziomie państwa, ale również samorządów, gdzie można korzystać z inicjatywy uchwały obywatelskiej w celu wnoszenia swoich projektów pod obrady rad gmin, miast i powiatów.


Kadry i teren

To akurat proste. Budowa skutecznego ugrupowania politycznego nie opiera się wyłącznie na wymyślaniu bon motów do zaprezentowania na Twitterze czy Facebooku. Bez wątpienia media społecznościowe są ważne, podobnie jak kąśliwe uwagi i briefingi prasowe. A jednak, pomimo nowych technologii, kampanie wyborcze wygrywa się w terenie. Pomimo niechęci do Konfederatów i ich agendy, można i należy uczyć się ich organizacji i zdolności logistycznej. Od początku tej kampanii wizerunek Bosaka był widoczny w każdej gminie i powiecie. Widać wyraźnie, że determinacja zwolenników skrajnej prawicy jest naprawdę wielka.

Oczywiście kadry obecnej Lewicy są niezłe i widać to wyraźnie w pracy parlamentarnej. Jest sporo nowych twarzy, jest dużo energii. A jednak kandydat lewicy nie skorzystał do końca z tej siły, rezygnując ze wspólnych wystąpień ze znanymi i lubianymi politykami, polityczkami i aktywistami. Pomimo znajomości badań wskazujących na niewielką mobilizację elektoratu SLD. Problem ograniczonej puli widocznych osób nie ogranicza się wyłącznie do tej kampanii. Lewica to bogaty ruch z wieloma wybitnymi, merytorycznymi i medialnymi postaciami. Wielka szkoda, że w tej kampanii nie skorzystano z popularności takich osób jak Aleksander Kwaśniewski, Joanna Senyszyn, Jolanta Banach, Piotr Ikonowicz czy choćby Jan Śpiewak. Każda z wymienionych postaci posiada bogatą bazę sympatyków, których mobilizacja przyniosłaby sporo korzyści i pokazałaby Lewicę wykraczającą poza sprawdzoną gamę kilkunastu obecnych twarzy medialnych.

Dzisiaj część młodego aktywu może zżymać się na dawne, zakurzone SLD, ale w czasach gdy ta partia osiągała największe sukcesy, jej liderzy działali jak orkiestra. Poszczególni politycy mieli swoje role, cechowali się wysoką kulturą osobistą, ciętym językiem i kompetencją, a ich teczki pełne były projektów uchwał, ustaw, analiz, prognoz i dokumentów programowych. SLD z lat 90 XX wieku to była koalicja (podobnie jak teraz!), z długą i szeroką ławką kadrową. To właśnie z uwagi na technokratyczny wizerunek i polityczną sprawność, ugrupowanie uchodziło za naturalną partię władzy, (podobnie jak cała europejska socjaldemokracja – w dawno minionych czasach). Wszyscy wiemy, że skończyło się nie najlepiej, ale to już z całkowicie innych przyczyn.


Wybierzmy przyszłość

Umówmy się – zdecydowana większość programu socjaldemokracji to słuszne, acz niezbyt porywające oczywistości. Faktycznie, większość gotowa jest płacić wyższe podatki w zamian za bogate państwo dobrobytu. Bardzo wielu chce tanich mieszkań i solidnej służby zdrowia. A poza tym szacunku dla praw człowieka i czystego powietrza. Jednocześnie, znaczna część bazy lewicy nie do końca wierzy w realizację słusznych programów, ani tym bardziej podobne hasła nie pobudzają jej wyobraźni. W szczególności na poziomie surowej politycznej emocji, która ekscytuje i motywuje. Jak wiadomo, programy wyborcze są dla fanatyków tematu, reszta woli powierzchowne odczucia. I nic w tym złego, zadaniem ugrupowań politycznych jest ich dostarczenie w formie hasłowej. Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję odzyskiwania suwerenności i szacunku (w rzeczywistości robią coś całkiem innego – zwłaszcza na arenie międzynarodowej), Platforma Obywatelska obiecuje depolityzację polityki (politycy mają dać nam spokój, przy jednoczesnym poszanowaniu naszych praw), Konfederacja idzie jeszcze dalej, oferując całkowitą niemal likwidację państwa, czym budzi entuzjazm pozbawionego jakiejkolwiek wiary pokolenia Y. Wszystko to są jasno zdefiniowane opowieści o Polsce – i wszystkie równie fałszywe. Żadna z nich nie mówi o realnych wyzwaniach stojącymi przed Polską, Europą i całą ludzkością. Polska klasa polityczna udaje, że przyszłość – z zagrożeniami klimatycznymi, perspektywą kryzysu energetycznego, pogłębianiem nierówności, całkowitym rozpadem systemów emerytalnych, feudalizacją naszych stosunków społecznych, zanikaniem miejsc pracy – nie istnieje. To poziom straszenia zagrożeniami – w polityce bardzo ważny i przez lewicę wykorzystywany, ale z użyciem złych straszaków (a przecież Tony Judt już 10 lat temu opisywał skuteczną socjaldemokrację przyszłości jako „socjaldemokrację strachu”). Istnieje również bardziej pozytywna wizja inwestowania w nowe technologie, poważnej dyskusji o UBI (uniwersalny dochód gwarantowany), reformy administracji, odpartyjnienia państwa czy odbudowy polskiego potencjału przemysłowego. Każdy z wymienionych tematów niesie potencjał pobudzenia masowej wyobraźni, pod warunkiem, że ich użycie nie będzie incydentalne, a zostanie wpisane w stałą strategię komunikacji z wyborcami.


Iść szeroko, nie znaczy bezideowo

Czytając różne dyskusje na lewicowych grupach w social mediach widać wyraźnie, że Lewica doczekała się w końcu młodych ideowych ludzi, ale ci sympatycy niekoniecznie chcą wychodzić poza swoją strefę komfortu. Taka sytuacja nie jest problemem, w końcu każde ugrupowanie potrzebuje mniej lub bardziej radykalnych skrzydeł, wewnętrznej dyskusji, plemiennych zachowań i fermentu. Sytuacja komplikuje się wtedy, gdy takie podejście rzutuje na całą formację. Lewica nosi dziś brzemię czegoś wyjątkowo radykalnego, zwłaszcza w kwestiach kulturowych. To nieprawda, bo też nie ma niczego radykalnego w postulatach legalnej aborcji, rozdzielenia państwa od kościoła czy równości małżeńskiej. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy zaczynamy rozmawiać o tych prostych i rozsądnych sprawach za pomocą języka czystej ideologii. W dodatku wykluczając tych, którzy wyłamują się z szeregu pewnej poprawności. Jeżeli Lewica i jej kandydaci mają osiągać sukcesy wyborcze, potrzebna jest dywersyfikacja przekazu. Nie dla wszystkich kwestie LGBT będą sprawą priorytetową, nie każdy lewicowiec jest ateistą, nie wszystkich kręci weganizm, pacyfizm czy antyimperializm. Niektórzy nawet lubią używać niepoprawnego języka, co nie czyni ich od razu osobami przemocowymi czy pozbawionymi wrażliwości. Bo też tzw. klasa ludowa, którą akademicko-aktywistyczna lewica ubóstwia (formalnie) i mitologizuje (niepotrzebnie), rozmawia właśnie w taki sposób – bez cenzury.

To, co powinno nas łączyć to akceptacja i szacunek do drugiego człowieka i głęboka wiara w możliwość zmiany jego sytuacji za pośrednictwem polityki ekonomicznej, społecznej itp. Innymi słowy – łączy nas wiara w zmianę, ale już niekoniecznie musimy się zgadzać co do jej natężenia i dokładnego rozkładu. Trzeba sobie zdać sprawę, że kandydat czy kandydatka wygrywająca w liberalnej i otwartej metropolii, niekoniecznie pasuje do oczekiwań osób z małych gmin i powiatów. Nie oznacza to wcale, że osoby z małych miast i miasteczek są nietolerancyjne czy szczególnie konserwatywne. Żadne badania nie potwierdzają tez o radykalnej prawicowości Polek i Polaków, o czym uwielbiają donosić niezłomni publicyści. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawica spreparowała szereg mitów na temat lewicy. Zła wiadomość – nie wszystkie są w pełni fałszywe. Wniosek jest prosty – tylko formacje zróżnicowane wewnętrznie i gotowe przynajmniej podjąć dialog z centrum sceny politycznej, mają szansę na uzyskanie statusu masowych.


Tajna broń – związki zawodowe

Tragicznym problemem współczesnej lewicy (nie tylko w Polsce) jest niemal całkowita rezygnacja z sojuszu partii i związków zawodowych. Również w samym języku, elementy pracownicze są systematycznie wypłukiwane lub rzucane w eter zasadniczo bez głębszej treści. Tymczasem, chyba najważniejszym czynnikiem sukcesu socjaldemokracji w wieku XX były jej relacje z organizacjami pracowników. Tym bardziej że Prawo i Sprawiedliwość, pomimo propracowniczej zasłony dymnej, prowadziło i prowadzi wybitnie antypracowniczą politykę. Oczywiście w tej sugestii, nie chodzi tylko o prezentowanie słusznych rozwiązań jak likwidacja śmieciówek i zwiększenie płacy minimalnej. Nie wystarczą nawet realne i namacalne sukcesy jak sejmowa poprawka Zandberga ograniczająca zarobki prezesów firm korzystających z pomocy publicznej. Chodzi o wyjście w teren i realny udział w organizowaniu pracowników. Polska notuje jeden z gorszych poziomów uzwiązkowienia w Europie – ok 10%. Ta katastrofalna sytuacja ludzi pracy rzutuje na niskie płace, łamanie kodeksu pracy i niestabilność zatrudnienia. W Finlandii do organizacji pracowniczych należy 74% pracujących, w pozostałych krajach Skandynawii sytuacja wygląda równie nieźle. Rozbudowa systemu związków zawodowych to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. Wymaga decyzji politycznej i oddolnego zaangażowania działających związkowców, aktywistów i polityków (również parlamentarnych). To też jedna z nielicznych okazji do pozyskania socjalnego elektoratu PiS, którą głosuje na tę partię z uwagi na jej „ludowy” wizerunek i brak alternatywy. Tę alternatywę trzeba podłożyć pod nos, wraz z konkretnymi korzyściami.


Ekonomia głupcze!

Nie da się nie zauważyć, że tematy kulturowe zajmują gros przekazu lewicy. Zakres praw i wolności osobistych to kwestie kluczowe. Pamiętajmy jednak, że wolność jednostki nie ogranicza się do wolności „do”, lecz również „od” – wyzysku, biedy, braku perspektyw, nierównego dostępu do ochrony zdrowia, edukacji, kultury, komunikacji, pracy itd. itp. Jeżeli lewica ma przetrwać, bezpieczeństwo ekonomiczne musi stanąć w centrum jej zainteresowania. Prawo do równego startu, do godnej pracy i pomocy w kryzysie, to fundament lewicy – nie dodatek do postulatów kulturowych. Również dlatego, że większa otwartość na zmiany kulturowe, przychodzi wraz z poprawą sytuacji materialnej. Innymi słowy, nie będę myśleć o prawach człowieka, gdy muszę nakarmić rodzinę. Lub – co bardziej współczesne – jak dorównać do wysokich standardów społecznych i nie być wyrzutkiem na tle realnej lub wyimaginowanej klasy średniej. Obietnica dołączenia do klasy średniej i recepta jak to zrobić to ten element przekazu lewicy, który bardzo ciężko jej odebrać. W przeciwieństwie do gwarancji ochrony mniejszości i rozwoju ich praw. Tutaj wystarczy umiarkowany liberał z deklaracją, że gorzej nie będzie. W tej kampanii Rafał Trzaskowski okazał się lepszym Biedroniem niż sam Robert Biedroń.


Patriotyzm jest fajny

Kiedy obserwujemy konferencje prasowe polityków lewicy, widać tam flagi partyjne, unijne, niekiedy również tęczowe. Flag narodowych jak na lekarstwo. To szerszy problem patrio-sceptycyzmu. To zrozumiały odruch w kontekście narodowych ekscesów polskiej prawicy i pewnego kosmopolityzmu bliskiemu wielu lewicowcom. W rzeczywistości jednak lewica oddaje jedno z ważniejszych pól definiujących tożsamość polityczno-społeczną większości Polek i Polaków. A przecież patriotyzm można opisywać na wiele sposobów, wpisując go w lewicową wizję świata. Chcesz umierać za Ojczyznę? Dobrze, a czy jesteś również gotów oddawać część dochodów na jej potrzeby? Czy popierasz zrównanie wszystkich swoich współobywateli w prawach, które sam posiadasz? Czy wywożenie milionowych zysków za granicę kraju to działania patriotyczne, a może zwyczajny egoizm? To ważne pytania, które należy stawiać. Nie w kontekście umiłowania świętego indywidualizmu i egoizmu a budowy prawdziwej polskiej wspólnoty narodowej dla wszystkich ludzi, bez względu na rasę, płeć, religię czy orientację seksualną. Naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć od polityków lewicy, że tolerancja, otwartość, sprawiedliwość, to cechy zarówno prawdziwie polskie, jak i lewicowe. I że jesteśmy dumni ze swojego kraju.


Dawna socjaldemokracja – to se ne vrati

Gdyby tak miało być, Jarosław Kaczyński byłby socjaldemokratą. Formacje polityczne dostosowują się do nowych realiów. To, co działało wczoraj, niekoniecznie sprawdzi się dziś. Dotyczy to zarówno perspektywy dekad (dziś już mało kto uwierzyłby w socjalistyczne programy lat 70 i 80 – żyjemy w innym świecie), jak i miesięcy. Jedną z głównych przyczyn porażki Roberta Biedronia, było jego skrajne niedostosowanie do Polski „covidowej”. Zwyczajnie, wyborcy oczekiwali twardszego kursu na rozwiązywanie konkretnych problemów, a typowe tematy z repertuaru twórcy Wiosny zeszły na dalszy plan. Trzeba odczytywać sygnały i wyciągać wnioski.

Sprawy mają się podobnie z lewicą. Jej wersja retro umarła, nowa przegrała, Trzecia Droga się nie sprawdziła, powrót do socjalistycznych korzeni również, ale te same problemy pozostają. Koalicja Lewicy nie może udawać, że nic się nie stało i pozostać przy myśleniu życzeniowym. Potrzebne są zmiany.