Andrzeju, w Krakowie usłyszałeś nasz gniew

Zdjęcie z protestu w Krakowie. Widok na kamienice na Rynku Głównym oraz na kościół mariacki - z cegły, z licznymi okienkami na dwoch wieżach. Widać głowy ludzi; protestujących jest mrowie. Na pierwszy plan wybija się tęczowa flaga powiewająca na wietrze, trzymana przez jedną z demonstrujących osób.
Fot. Karolina Kowalska

Są granice w wymianie zdań, których się nie przekracza, bo jeśli się to robi, to wyzwala się w społeczeństwach zło. A jeśli te granice przekracza głowa państwa, to biada państwu, które na to przyzwala. I nie mają znaczenia okoliczności. Nie ma znaczenia trwająca kampania i ryzyko, że media publiczne wykorzystają nasz gniew do swojej propagandy. My nie możemy być bierni, bo „Auschwitz nie spadło z nieba”.

W książce „To jest wojna” Klementyna Suchanow nie tylko ujawnia powiązania polskich fundamentalistów katolickich z międzynarodowymi sektami, ale relacjonuje również życie osób aktywnych społecznie. Opisuje, jak trudno zebrać się na odwagę i wyjść z domu na ulicę, by wziąć udział w proteście. Wbrew pozorom – nie jest to taka łatwa sprawa. Musisz liczyć się z tym, że nie każdemu twoja postawa się spodoba, że usłyszysz wiele obraźliwych słów pod swoim adresem albo sprowokujesz burzliwe dyskusje ze znajomymi, które mogą mieć różne zakończenie. Jeszcze trudniej podczas tego ulicznego protestu jest krzyczeć. Głośno. Precyzyjnie. Godnie.

Suchanow twierdzi, że człowiek, który krzyczy na ulicy, musi być naprawdę „wku*wiony”. Bo tylko w takim stanie może złamać utarty schemat postępowania – tylko wtedy, gdy jego złość na tyle duża, by nie móc jej opanować rozmową, spacerem czy zmianą myślenia; tylko wtedy człowiek, na co dzień spokojny, może krzyczeć.

I my dziś krzyczeliśmy. W Krakowie. 21 czerwca 2020. Gdy na Rynku Głównym do swoich zwolenników przemawiał ten, który skompromitował urząd Prezydenta RP, mówiąc o różnych mniejszościach językiem, którego nie powstydziliby się faszystowscy dyktatorzy – ja, mój partner, nasi znajomi i setki innych ludzi wykrzyczeliśmy cały swój gniew na ten język pogardy płynący prosto z Pałacu Prezydenckiego. Daliśmy świadectwo, bo mocno wierzymy w to, że nie możemy pozostawać obojętni, gdy władze naszego kraju odbierają człowieczeństwo – komukolwiek.

Bo są granice w wymianie zdań, których się nie przekracza, bo jeśli się to robi, to wyzwala się w społeczeństwach zło. A jeśli te granice przekracza głowa państwa, to biada państwu, które na to przyzwala. I nie mają znaczenia okoliczności. Nie ma znaczenia trwająca kampania i ryzyko, że media publiczne wykorzystają nasz gniew do swojej propagandy. My nie możemy być bierni, bo „Auschwitz nie spadło z nieba”. I choćbyś nas ignorował Andrzeju, bo zwracając się bezpośrednio do ciebie, nie mogę zatytułować cię prezydentem, to właśnie my stanęliśmy dziś po stronie przyzwoitości i po stronie Polski otwartej i prawdziwie wolnej. Po stronie Polski wolnych ludzi.

I fakt, że było nas tak wielu, że każda i każdy z nas zobaczył, że nie jest sam, a także to, że nas usłyszałeś – zadziałał na nas kojąco. Ten krzyk gniewu stał się lekarstwem dla wszystkich tych, których obraziłeś, i których nie masz odwagi przeprosić. Dziś. W Krakowie, 21 czerwca 2020 roku poczuliśmy się dobrze. W końcu. Bo zobaczyliśmy naszą siłę, której ty prędzej czy później będziesz musiał się obawiać.

Bo uwierzyliśmy, że twój czas minął. I zrobiło nam się z tego powodu – miło – po prostu…