Aneks do raportu o rządzie PiSLewu

Połączone loga PiSu i Razem na karminowoalizarynowym tle przykryte ukośnym, czerwonym napisem "ANEKS"

Jest już po wyborach, u większości emocje opadły i trochę reakcji zebrało się po publikacji felietonu o koalicji Lewicy z PiS. Teraz jest dobra pora, żebym w tym krótkim aneksie ustosunkował się do tych słusznych zarzutów (i tych trochę mniej słusznych też), naprostował kilka spraw i jeszcze trochę powróżył z popiołów Kuźni Wieczności.

Na początku był chaos
Okazało się, że gdy wyjeżdżacie z tak niepopularną opinią w swoim środowisku, to musicie się liczyć nie tylko ze sprzeciwem, ale i przekręcaniem Waszych własnych słów czy przypisywaniem Wam intencji których nigdy nie mieliście. Żeby sobie z tym poradzić, nie ma co się boczyć na dyskutantów, którym właśnie staracie się podważyć fundamenty ich poglądów. Jedyne, co możecie zrobić, to tłumaczyć wszystko krok po kroku i przede wszystkim pisać rzeczy dla Was najbardziej oczywiste, bo – choć dla Was są oczywiste  inni niekoniecznie mogą tak je odbierać, i albo niechcący dojdzie do nieporozumienia, albo ktoś będzie po prostu złośliwy. Ja sam nie mam gwarancji, że nie popełnię tych samych błędów ponownie, a nawet jak się uda, to dalej mogę nikogo nie przekonać. Po wszystkim przynajmniej będziemy mogli sobie podać ręce i uczciwie przyznać, że się nie zgadzamy, a potem pójść na piwo.

Zatem powiedzmy sobie na początku raz, a stanowczo. PiS nie jest partią lewicową ani prospołeczną. Nie zaryzykuję nawet terminu socjalprawicy, bo widziałem sprzeciw w tym względzie od jednego socjalkonserwatysty, którego darzę szacunkiem. Bardzo dobrze PiS podsumował ostatnio w swoim felietonie Jędrzej Włodarczyk, ale osobiście się z nim trochę nie zgadzam. PiS sam w sobie nie jest stricte neoliberalny, to dość zróżnicowana formacja. To co można o nich z pewnością powiedzieć, to że są partią władzy, która liczy na zysk, a ten mogą sobie zapewnić przez politykę neoliberalną. Decydują o tym dwie rzeczy – neoliberałowie w ich własnej partii i ich koalicjant, który znany jest z giętkiego kręgosłupa, ale jak przychodzi do bronienia interesów możnych, to sztywnieje tak, że prędzej go złamiesz niż zegniesz. W PiS jednak, wbrew życzeniom licznych opozycjonistow, nie brakuje ludzi inteligentnych, którzy zdają sobie sprawę, że na czystym neoliberalizmie daleko nie pociągną, stąd pojawiły się prospołeczne reformy (korekta z mojej strony względem zmiany, która pozwalała unikać spłacania NFZ – owszem, nie trzeba płacić, gdy się nie ma ubezpieczenia, ale nie zwalnia to z odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń, więc dalej jest do dupy i można to wykreślić z listy prospołecznych reform PiSu). Fakty, że PiS najbardziej zależy na władzy i jest zdolny do naruszania panującego ładu, czynią go potencjalnie użytecznym narzędziem, które może pomóc, ale jest też niebezpieczne. Przede wszystkim należy pamiętać, że PiS jest partią prawicową i ma zasadniczo w dupie prawa kobiet czy mniejszości. W tym byłaby rola Lewicy na początku, aby ich prostować pod tym względem.

Nie jest tak, że ja uważam pomysł koalicji Lewicy z PiS za wspaniały, idealny i w ogóle best friends forever. To co czyni w mojej opinii ten pomysł najlepszym, jest brak realnych alternatyw, o których już wcześniej pisałem. Na samodzielne rządy Lewicy nie możemy liczyć, a Platforma prędzej wejdzie w koalicję z Konfederacją niż z Lewicą, a nawet gdyby do tego doszło, to zdławi wszelkie prospołeczne odruchy. Ktoś wspominał, że Platforma pod koniec swoich rządów też ruszyła prosocjalną ścieżką, m. in. uruchamiając program ze żłobkami, więc to też mogłaby być opcja. Tak, to prawda, że pojawiły się takie ruchy, ale po pierwsze nie nazwałbym ich uderzającymi w panujący porządek, a po drugie to była Platforma z 2015 i od tego czasu mocno osunęła się w wolnorynkowy fundamentalizm z otarciem o szuryzm i obecnie nie posiada żadnej wiarygodności względem prowadzenia polityki prospołecznej. Drogą selekcji negatywnej zostaje zatem PiS choć nie daje nam to gwarancji powodzenia. Nie udać się może kilka rzeczy – stronnictwo neoliberalne wygra i wybiorą na koalicjanta Konfederację, Jarosław Kaczyński może wykiwać Włodzimierza Czarzastego w politycznej grze, przez co ten drugi skończy, jak poprzedni koalicjanci PiSu, partie lewicowe się rozpadną z powodu kontrowersyjnej dezycji albo w następnych wyborach w ogóle się nie dostaną do Sejmu. Tak, samo podjęcie rozmów koalicyjnych z PiS przez Lewicę jest ryzykowne i jestem tego świadomy. W moim mniemaniu w kontekście katastrofy klimatycznej i rosnącej w siłę Konfederacji, Lewica tak naprawdę nie ma nic do stracenia. Jeśli nie uda się czegoś zmienić w najbliższym czasie, to obawiam się, że na serio pozostanie nam emigracja (polecam Norwegię, mają dużo wody pitnej). Ja jako anarchista nie jestem też tak czuły na życie partii i uważam, że świat byłby lepszy bez nich, więc jedna partia w tę czy w tamtą nie ma znaczenia, bo i tak już przegraliśmy.

Nie taki diabeł straszny
Wróćmy teraz do PiSu, który w oczach ludzi jest demonicznym żywiołem niszczącym wszystko, co naszym demokratycznym duszom bliskie. Wieszczą różni, że zaraz tu będzie dyktatura albo faszyzm, że już zaraz za momencik będzie co najmniej Budapeszt. Jakby się tak temu przyjrzeć na spokojnie, to średnio wychodzi PiS wprowadzanie tej dyktatury i można to najwyżej nazwać DYKTAturą. PiS ma w swoich rękach wojsko, policję, sądy, media, a tu takie gówno. Pięć lat już rządzą, a elektoraty okopane, władza opiera się na dziesięciu posłach więcej niż opozycja i o tym kto wygra może zdecydować błąd statystyczny. Ci domorośli dyktatorzy tak skutecznie obalają demokrację, że w ramach swojego misternego gambitu pozwolili nawet odzyskać opozycji senat. Władza prowadzi opresję przeciw obywatelom jej nieprzychylnym? Witam w świecie anarchistów i innych społeczników, którzy przez ostatnie 30 lat nie mieli swoich mediów w głównym nurcie i nikt nie chciał nagłośnić ich walki (uczciwie przyznam, że nie mojej, bo po pierwsze jestem za młody, a po drugie zradykalizowałem się za późno, żeby praktykować anarchizm  i w pierwszej kolejności jestem odpowiedzialny za swoją rodzinę). Moi mili, właśnie poznajecie zasadę „jest opresja, musi być opór” i działa ona niezależnie od tego, kto jest aktualnie u władzy.

Do faszyzmu też im sporo brakuje, a szczególnie do jego siły. Hitler nie zaczął rządów od wojny i eksterminacji Żydów, ale też nie patyczkował się od początku. Kanclerzem został w roku 1933, Noc Długich Noży przeprowadził w 1934, Ustawy Norymberskie wprowadził w 1935, a Czechosłowację zaanektował w 1939. Dorobek PiS z ostatnich 5 lat to wymęczone aresztowanie Nowaka przy współpracy z ukraińskimi służbami, niemające praktycznego przełożenia strefy wolne od LGBT (fun fact: uchwała w tej sprawie nie przeszła w Siedlcach jednym głosem dzięki radnej PiS, która stwierdziła, że zgodnie z nauką kościoła katolickiego nie może głosować za prawem, które kogokolwiek dyskryminuje), które są lokalnymi inicjatywami i znikają zaraz po odkręcęniu gotówki z zagranicy oraz przypadkowa okupacja kapliczki w Czechach (wybaczcie, ale muszę tu zastosować jedyną słuszną reakcję: xD). Chcę tu jednak stanowczo zaznaczyć, że pomimo humorystycznego ujęcia problemu nie bagatelizuję tutaj dramatu m. in. kobiet i mniejszości seksualnych, w które uderzyły pośrednio lub bezpośrednio działania polityków PiS. Jest to kolejna rzecz, która obciąża ich sumienia i jest jednym z licznych powodów, które sprawiają, że jestem przeciwny systemowi partyjnemu. Niestety rzeczywistość mamy, jaką mamy, a moim celem było pokazanie, że nie mamy tu do czynienia z niepowstrzymaną siłą, którą może zatrzymać tylko zjednoczony świat.
Nie obawiałbym się też wyjścia z Unii Europejskiej, ani że nas wywalą. To jest tylko kolejny argument dla PiS do bicia w nacjonalistyczny bęben, ale nie zamierzają tego realizować. Musieliby być skrajnymi idiotami, którymi wszak nie są, a i Wielką Brytanią nie jesteśmy, żeby sobie poradzić teraz poza UE. W wyniku parcia społecznego Polek i Polaków też do tego nie dojdzie, bo poparcie dla pozostania w Unii jest bardzo mocne. Przy okazji osobom straszącym badaniem sprzed kilku miesięcy sugerującym coś innego proponuję wrócić do niego i jeszcze raz przeczytać zadane tam pytanie, bo nie brzmiało ono „czy jest Pan/Pani za odejściem UE?”. Jak ktoś zdania nie zmieni, to niech przeczyta jeszcze kilka razy i się z tym nawet prześpi, aż zrozumie. Jeśli ktoś z kolei myśli, że to Unia nas wyrzuci, bo rząd coś nagrzebał w praworządności, to przypominam, że Orbana nie wyrzucono nawet z jego stronnictwa w Europarlamencie, a do którego należy również PO, strzelanie do Katalończyków określono wewnętrznymi sprawami Hiszpanii, a i nie zrezygnowano z dążeń dołączenia Turcji pomimo odpowiedzialności sułtana Erdogana za czystki etniczne wśród Kurdów. Tak długo, jak zgadzają się interesy, nikt nie będzie nikogo wyrzucał z Unii.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą robi PiS i powoduje to obrzydzenie wśród opozycji umownie nazwanie demokratyczną. Chodzi o złamanie świętego paktu, jakim jest trójpodział władzy, a który to dla większości stanowi symbol i podstawę demokracji we współczesnych, cywilizowanych krajach. Jak już zapewne wielu z Was się domyśla, nie bez powodu o tym piszę i z pozycji małego, szarego człowieka z internetu zamierzam podważyć ten pogląd wykuwany przez większe i światlejsze umysły od jakichś dwóch i pół tysiąca lat. Jeśli ktoś tak pomyślał, to brawo, miał rację. W zamyśle Monteskiusza układ ten jest idealny – władza jest podzielona i każdy każdego kontroluje, wyglądając jak trójka głównych bohaterów „Piratów z Karaibów”, która mierzy do siebie nawzajem pistoletami i nikt nie chce pierwszy wystrzelić, bo boi się, że dostanie od tego drugiego. Wspaniałe, prawda? Co może pójść nie tak? Otóż jak to zwykle bywa w takich przypadkach – wszystko. Jak się ma świadome, obywatelskie społeczeństwo, które podtrzymuje takie postawy, to zasadniczo działa to dobrze. Jak się ma społeczeństwo, dla którego szczytem udziału w demokracji jest wrzucenie do urny zakreślonej kartki raz na kilka lat, to władze prędzej czy później się skorumpują i trójpodział władzy będzie tylko pozorny, bo jeśli będzie trzeba, to ci na górze zawsze się ze sobą dogadają, a jak władza będzie trochę bardziej cyniczna i będzie miała wystarczającą większość, to będą mieli całkiem jawnie w dupie cały trójpodział, o czym mogliśmy się przekonać na własnej skórze w ciągu ostatnich kilku lat. Jeśli ktoś uważa, że przed PiS trójpodział działał na serio, to niech pozwoli mi jednak zostać sceptykiem, bo gdyby faktycznie działał, to znalazła by się już dawno temu cela nie tylko dla Leszka Millera, ale i każdego polityka, który wtedy poparł w sejmie wojnę w Iraku, w tym dla Tuska i Kaczyńskiego. Z kolei te liczne zastępy bliźnich, które uważają, że nie jest to dostateczny dowód na dysfunkcyjność trójpodziału władzy w Polsce, proszę stanowczo acz uprzejmie, aby mnie w dupę pocałowali. Przypominam, że trójpodział jest jedynie jednym z narzędzi do kontroli władzy i bez silnego społeczeństwa, które mówi „sprawdzam” głośno i częściej niż tylko przy wyborach, staje się on raptem wydmuszką. Co zatem w zamian? Na początku proponuję przestać płakać po trójpodziale, bo jedyne co tu zrobił PiS, to odkrył karty i jak władza będzie chciała kogoś udupić, to zrobi to tak samo jak przed PiS, ale tym razem nikt nie będzie miał wątpliwości. Tym z kolei, którym bardzo zależy na działającym trójpodziale, to proponuję pogodzić się z faktem, że jest to praca na lata u podstaw i nawet jeśli w końcu to ztobicie, to za długo się tym nie nacieszycie, bo na rok 2050 jest zaplanowany event „Wielka Zagłada Ludzkości”. Nie martwcie się jednak, będziecie mieli podstawy do funkcjonowania w najbardziej demokratycznej formie samostanowienia – anarchokomunizmie, który nie potrzebuje trójpodziału władzy.

(S)prawa kobiet
Przechodzimy teraz do tego, za co mi się najbardziej oberwało, ale nie dlatego, że coś źle napisałem, ale dlatego że w ogóle o tym nie napisałem. Był to duży błąd z mojej strony z trzech powodów. Po pierwsze, kwestia ta dotyczy ponad połowy naszej populacji. Po drugie, rządy PiS szkodliwie odbiły się na kobietach czy to przez ograniczenie antykoncepcji, czy to przez napiętnowanie edukacji seksualnej, której i tak brak w naszym kraju, a najbardziej uderza to właśnie w kobiety. Trzecim powodem jest fakt, że to właśnie próba naruszenia przez PiS zgniłego kompromisu aborcyjnego spowodowała największe, ogólnopolskie protesty od dekad. Wiem dlaczego pominąłem tę kwestię w poprzednim felietonie, ale nie zamierzam się usprawiedliwiać i zostaje mi tylko przeprosić wszystkie kobiety, które to czytały, a ja im się tak odwdzięczyłem za ten trud.

Przyjrzyjmy się zatem należycie kwestii praw kobiet pod rządami PiS, zwłaszcza, że ma to kluczowe znaczenie w kontekście potencjalnej koalicji z Lewicą, która na sztandarach ma obronę tychże praw. Wbrew pozorom i oczekiwaniom (także moim) sprawa nie jest zerojedynkowa, ale zacznijmy od początku. Po wypuszczeniu felietonu zebrałem trochę opinii i te najbardziej pozytywne oraz wyrażające zgodę otrzymałem wyłącznie od… kobiet. Nie powiem, zdziwiło mnie to i nawet wspomniałem o tym w rozmowie z Remigiuszem Okraską, któremu wysłałem swój felieton. On z kolei powiedział mi o artykule, który mieli u siebie na temat, dlaczego kobiety w Europie Środkowowschodniej głosują na socjalprawicę. Nie wydaje mi się, żeby odpowiadał on na pytanie, dlaczego to własnie moje koleżanki wyraziły się tak entuzjastycznie, ale i tak dostałem bardzo pomocny materiał.

Wiktoria Grzebalczyk przeprowadziła niezwykle ciekawą analizę wyników wyborów w Polsce oraz na Węgrzech i wyszło jej, że kobiety wolą konkret nawet pomimo szkodliwej dla nich ideologii niż liberałów z pięknymi frazesami na ustach, ale nie dającymi nic w praktyce na teraz. Jak to zatem wygląda w rzeczywistości? Wszak na PiS zagłosowało w 2015 38% kobiet (więcej niż mężczyzn), a w 2019 43% kobiet (tym razem z nieznaczną przewagą mężczyzn) przy wygranych w każdej grupie wiekowej. Moglibyśmy przepytać je wszystkie, ale dzięki statystyce możemy sami wywnioskować, że nie skupiły się tam same przeciwniczki aborcji, mizoginki ani konserwatystki. O co zatem chodzi, że PiSowi wzrosło poparcie wśród kobiet i to pomimo pokazania przez tę partię swej antykobiecej twarzy? Trzeba się przyjrzeć w jakie konkretne aspekty uderza polityka PiS. Dostęp do aborcji albo tabletek „dzień po”? Jeśli mnie przeczucie nie myli, to najliczniejszą grupą społeczną zainteresowaną dostępem do tych praw są nastolatki z powodu braku doświadczenia, a drugą młodzi ludzie z dużych miast, którym najpierw zależy na karierze. Ci pierwsi nie mają praw wyborczych, a ci drudzy i tak raczej nie zagłosują na PiS. Natomiast nastolatki, którym trafiło się dziecko w tym wieku, mają raczej inne priorytety po osiągnięciu pełnoletniości niż pomoc młodszym w uniknięciu ich losu. Edukacja seksualna? To też nic na teraz i znowu tyczy się nastolatków, a jeśli samemu się jej nie otrzymało, to nie wie się, co tracą inni. Walka z przemocą domową? PiS może sobie podpisać i zerwać jeszcze tysiąc papierów znad Bosforu, a nic to nie zmieni, że policjant, sędzia i prokurator, jak mieli w dupie bitą kobietę, tak będą ją mieli w dupie cały czas. Bez kompleksowych zmian w prawie, szkoleniach służb mundurowych, kampanii edukacyjnych i silnych instytucji pomocowych żadna konwencja nie ochroni kobiet przed przemocą. PiS w ten sposób rzuca ochłap części wyborców, a w praktyce nie zmienia nic. In vitro to też kwestia dotycząca mniejszości i mało kto o tym myśli.

Tylko jeśli nawet dla wyborczyń PiS to nie jest wielka sprawa, to musi być coś jeszcze, co je przyciąga. Moja hipoteza nie będzie zbyt odkrywcza, ale powiem, że w przypadku wielu wyborczyń chodzi o transfery socjalne, ale sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż chcieliby to narzucić liberałowie. Żeby dać pełniejszy obraz opisywanego zjawiska, najpierw pokażę skalę zarobków w Polsce. W 2016 roku podjąłem swoją drugą pracę w IT, gdzie dostałem na umowie o pracę 6000 złotych, co dawało jakieś 4200 netto. Kwota ta pozwalała mi, studiującej wtedy mojej obecnej żonie i trzem naszym kotom wieść w miarę komfortowe życie w Warszawie, ale szału to nie robiło. W tym samym czasie kalkulator Razem lokował mnie w  bodajze 6% najlepiej zarabiających w kraju. Nie wiem jak Wy, ale słysząc, że ktoś ma zarobki w górnych sześciu procentach, to wyobrażam sobie, że żyje w luksusach, nawet jeśli dzielimy to na dwie osoby. W pierwszej pracy zarabiałem z kolei jakieś 3200, a i tak to było top 10%. Przypominam – Warszawa, branża IT. Proszę, wyobraźcie sobie teraz, jak mogły wyglądać zarobki w innych częściach kraju, w innych branżach dla pozostałych 90% mieszkańców. O dolne 50% nawet Was nie proszę, bo jeszcze jakiemuś wolnorynkowcowi styki popali. Dodajmy do tego wszystkiego wiecznie złą w tym kraju sytuację kobiet na rynku pracy i mamy to. Kochani, jeśli usłyszycie od jakiegoś libka, że ludzie, a szczególnie kobiety sprzedały się za 500+, to z czystym sumieniem możecie napluć mu do mordy, pierdolnąć albo jedno i drugie. Co tu było do sprzedaży? Godność? Już dawno im ją odebrano. Prawa? Szkoda, że wszystkie poprzednie rządy miały je w dupie ze szczególnym uwzględnieniem prawa pracy. Uff… Ulało mi się, ale to nie szkodzi, bo jeśli chcę Was przekonać do mojego szaleństwa, to muszę podsycać w Was gniew do liberalizmu i rządów w ogóle. Na koniec tego akapitu wspomnę jeszcze o dwóch grupach – emerytach i kobietach bezdzietnych w wieku produktywnym. W przypadku tych pierwszych sprawa ma się podobnie. Nie wiem czy kobiety i emeryci zyskali godność dzięki PiS, bo o to by trzeba pytać ich osobiście ale, wiele z nich mogło po prostu złapać oddech. A co PiS dał bezdzietnym kobietom? Nic, bo… nie musiał.

No dobra, ale co z tego wszystkiego wynika? Czy piszę, to żeby Was oswoić z PiS? Buahahaha… Być może. Czy może żeby PiS usprawiedliwić? W żadnym, kurwa, razie. Ograniczanie dostępu do aborcji i antykoncepcji tak czy inaczej w kogoś uderza i może zburzyć czyjeś plany życiowe . Brak rzetelnej edukacji seksualnej powoduje kontynuowanie patologii, błędów i wypaczeń. Odcięcie finansowania in vitro odbiera ludziom szanse na wychowanie własnego potomstwa. Wypowiedzenie konwencji antyprzemocowej niesie ze sobą efekty psychologiczne. Jeśli jednak nawet nie zgadzacie się ze mną w kwestii koalicji PiS z Lewicą, a chcecie jedynie odsunąć Zjedoczoną Prawicę od władzy, to i tak trzeba zrozumieć, jak działają i dlaczego ludzie  głosują właśnie na nich. Jeśli chodzi o prawa kobiet, dla PiS to jest ta sama kategoria co prawa mniejszości seksualnych – dają świetny sposób  na uprawianie retoryki konserwatywnej bez potrzeby realnych działań. Ponieważ nie są to ich działania priorytetowe, ale świetnie skłaniające opozycję do stanowczej reakcji, ochoczo wykorzystują je jako tematy zastępcze. Tak, wiem, że nie lubicie tego określenia, ale tak właśnie wykorzystuje to obóz rządzący. Im nawet specjalnie nie zależy, żeby to wprowadzić, póki będą spotykać w tej kwestii zdecydowany opór, na którym im właśnie zależy. Skąd to możemy podejrzewać? Z pewnej zabawnej sceny, jaka rozegrała się pod koniec poprzedniej kadencji sejmu, kiedy to grupa posłów i posłanek Zjednoczonej Prawicy postanowiła docisnąć sprawę zakazu aborcji i skłonić Trybunał Konstytucyjny do szybszego rozpatrzenia sprawy. Kto ich wtedy powstrzymał? Jarosław Kaczyński, który zrugał posłów za to i kazał poczytać o kulturze politycznej, bo nie wolno tak naciskać na Ttrybunał Konstytucujny. Projektu oczywiście nie ruszono, ale wygrzebano go niedawno w trakcie pandemii, czym zagłuszono informacje o niepowodzeniach rządu. Temat chyba ucichł, a aborcji nikt nie ograniczył bardziej niż jest. Sytuacja ta podpowiada nam też, że prawie cała ZP nie wie do końca w co gra i na jakich zasadach oprócz Jarosława Kaczyńskiego i zapewne jego najwierniejszych ludzi, „zakonu PC”. Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że mamy do czynienia z prawicą, która jeśli będzie miała okazję i nie napotka oporu (na którym jej zależy), to zrealizuje swoje obietnice, więc nie można tracić czujności. W przypadku rządów PiSLewu najważniejsze będzie co najmniej zmarginalizowanie, a docelowo całkowite odcięcie ziobrystów. To oni są głównym motorem mizoginicznych i homofobicznych inicjatyw i są najbliżej związani z Ordo Iuris. Pozbycie się ich to wybicie zębów szkodliwej konserwie. Być może w takiej koalicji kwestii progresywnych zmian nie uda się ruszyć do przodu, ale przynajmniej przestaniemy się cofać. Jestem też zdania, że sojusz z PO zagwarantuje dokładnie to samo. Do kwestii walki o te prawa drogą parlamentarna jeszcze wrócimy w dalszej części tekstu, ale już teraz uspokoję Was, że w żadnym wypadku nie należy składać broni (co najwyżej miecze zamienić na ukryte ostrza).

Sąd sądem, a sprawiedliwość i tak będzie po stronie władzy
Za fragment o sądach też mi się trochę dostało i zasadniczo to rozumiem, bo to dla wielu jest kwestia pryncypiów, ale też jest parę rzeczy wartych sprostowania i wyjaśnienia. Jednym jest mój pogląd, że sądy trzeba wypalić do gołej ziemi. Nie stawiam tego za cel ani obecnemu rządowi, ani przyszłemu, ani żadnym innym politykom. To powinien być długoterminowy cel dla społeczeństwa, ale to co ja bym chciał osiągnąć, nie może się odbyć pod nadzorem jakiejkolwiek władzy. Zatem skoro rozmawiamy tutaj o potencjalnym rządzie, nie rozważamy celowego usuwania sądów. Być może w zbyt przesadzony sposób wyraziłem swój brak żalu dla tego, co PiS robi z sądami. Mnie się naprawdę nie chce bronić systemu, gdzie sędzia bierze pod stołem od osadzonego tysiąc złotych za każdy miesiąc wyroku, jaki pozostał, żeby dać mu zwolnienie warunkowe, chociaż osadzony uczciwie zasłużył na nie, a potem jeszcze przychodzi prokurator i kasuje jeszcze dodatkowe dwa tysiące. Niespecjalnie też interesuje mnie bronienie sędziny Beaty Najjar, która została usunięta ze stanowiska wiceprezeski sądu w Warszawie przez Zbigniewa Ziobro. Nie wiem czy wiecie, ale Beata Najjar kiedyś zasłynęła śmiesznie niskimi wyrokami dla mafii pruszkowskiej, a ostatnio podejrzanemu przez ludzi o zlecenie spalenia Jolanty Brzeskiej, Markowi Mossakowskiemu wydała wyrok czterdziestu tysięcy złotych za lewe przejęcie kamienicy. Nie chce mi się też specjalnie bronić systemowego wręcz faworyzowania gwałcicieli i sprawców przemocy domowej. Niech płoną.

Nie bez powodu PiS od początku mówił o potrzebie zreformowania sądownictwa. Z resztą nie pierwszy raz trafnie zdiagnozował, co boli Polki i Polaków i choć nie rozwiązał realnych problemów to wiedział w jakie emocje uderzyć. Ludzie w sądach nierzadko spotykają się nie tylko z opieszałością, ale i korupcją, układami i niesprawiedliwością. Papierów co prawda na to nie mam, ale biorąc pod uwagę nastroje społeczne, mogę się założyć, że kiedy w sądach mamy sprawy władza albo kapitał kontra szary obywatel, to ten ostatni wygrywa najrzadziej. Jasne, PiS nie robi nic, żeby zmienić to na lepsze, ale  robi cokolwiek i nawet jeśli jest to tylko zemsta w wymiarze symbolicznym wobec przedstawicieli starego porządku, to skrzywdzonym tyle wystarczy.

Wstrzymałbym się też z straszeniem, że bez niezależnych sądów zaraz będzie tu Turkmenistan, ale bez ropy i gazu. Pomijając już to, że niezależność sądów w Polsce nigdy nie była dla mnie zbyt, przekonująca, to Turkmenistanu nikt tu po prostu nie zrobi. Nikt w stylu tego szaleńca, Turkmen Bashy nie rządzi nami i raczej rządzić nie pozwoli. Projekty takich prywatnych folwarków czasem powstają, ale to właśnie w krajach z gospodarką opartą na surowcach strategicznych, kiedy to może się opłacić komuś z zewnątrz. Nie te uwarunkowania cywilizacyjne, kulturowe i prawne, żeby robić tu takie piekiełko. Turkmenistanu nikt nie da rady tu zrobić (zbyt szybko, jeśli w ogóle). Przypominam, że czasu zostało nam co raz mniej (do 2050-tego zostało już tylko 30 lat, a ostatnio na wysokości Arktyki mieliśmy 38 stopni Celsjusza) i jeśli przejęcie sądów moze stać się zabezpieczeniem, przed kontrdziałaniami kapitalizmu, to trzeba to zrobić. Jak dla mnie utrata poprawności formy to niska cena za przetrwanie.

Rób albo chociaż próbuj, bo nierobienie to nie dla nas
Niech żyje el presidente Andre Duda! Hurra! Wielkie święto demokracji! Co? Nie podoba? Że ciemnogród go wybrał? Że wieś zniknąć? No cóż, można i tak. My tymczasem porozmawiamy o starych alternatywach i jednej nowej, ponieważ liczba scenariuszy trochę nam się ograniczyła po wyborach.

Jedną z opcji było, żeby po wyborze Andrzeja Dudy od razu spróbować dogadać się z PiS. Z mojej perspektywy byłaby to najlepsza drogą w przypadku powodzenia rozmów, bo dawałaby najwięcej czasu do działania. Niestety do jej realizacji potrzeba spełnienia dwóch z trzech warunków. Te warunki to: dobre intencje Jarosława Kaczyńskiego, zdecydowana chęć pozbycia się Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry oraz inicjatywa do takiej koalicji po którejkolwiek ze stron. Co do pierwszego, to zapewne nigdy się nie dowiemy, prezes PiS przez lata obrósł w tak grubą warstwę cynizmu, że jego intencje zostaną odgadnione być może po jego śmierci, kiedy opublikują jego najskrytsze pamiętniki. Trzydzieści lat temu może miałbym mniejsze wątpliwości, ale dziś ta zagadka jest nie do rozwiązania. Jeśli chodzi o drugi warunek, to możemy mieć tu pewne podejrzenia, biorąc pod uwagę ostatnie plotki o próbie odebrania resortów Porozumieniu i Solidarnej Polsce. Trudno stwierdzić jak bardzo zdeterminowani są członkowie PiS, więc to musiałby sprawdzić ktoś w kuluarach. Natomiast trzeci warunek jest absolutnie konieczny i bez niego nawet przy realizacji dwóch pierwszych do niczego nie dojdzie. Póki co, żadna ze stron nie uważa, że druga chciałaby w ogóle współpracować, więc nawet nikt nie bada takiej możliwości.

Powyższa ścieżka, choć najlepsza, ma nikłe szanse realizacji, więc pozostaje scenariusz drugi. PiS traci w następnych wyborach większość i zaczyna szukać koalicjanta. Niedawne plotki mówiły, że chętny do rozmów byłby PSL, a i Konfederacja zgłaszała takie chęci. Jasno nam to pokazuje, że jeśli będzie trzeba, to PiS znajdzie kogoś do pomocy, bo to nawet będzie łatwiejsze do zrobienia niż połączenie w jeden rząd PO, Lewicy, PSLu i Konfederacji. Z tego też powodu Lewica nie powinna unosić się dumą i sama podjąć rozmowy z PiS, bo może zachować moralną wyższość albo rozegrać to po swojemu. Sposobów realizacji tej drogi jest kilka. Pierwszy jest najbardziej prawdopodobny, sądząc po dotychczasowych działaniach Włodzimierza Czarzastego. Polegałby on próbie pożarcia ruchu Szymona Hołowni i odzyskania utraconego na jego rzecz elektoratu. Reszta to pasywne wyczekiwanie, aż w siłę urośnie w siłę kosztem PiS i Platformy. Drugi sposób to podjęcie walki o wyborców PO, co nie bardzo spodoba się części ideowej Lewicy, bo wymagałoby odchyłu liberalnego. Tutaj ponownie czekamy, aż Konfederacją nadgryzie konserwatywną część partii rządzącej. Jest to wariant mało realny, ale podaję go z rzetelności. Trzeci sposób to omawiany już wcześniej skok na wyborców PiS i odrzucenie legitymacji antypisu. Przedsięwzięcie trudne logistycznie, bo wymagające znacznej zmiany narracji przy jednoczesnej próbie zachowania wiarygodności. Może być ostatnią deską ratunku dla Lewicy, jeśli pozostałe warianty zawiodą. O ile póki co spotykam stanowczy opór dla tego wariantu, to ta percepcja członków Lewicy może się zmienić, jeśli Szymon Hołownia nie zniknie z gry i nie odda wyborców. Tutaj trzeba tylko odebrać tyle głosów PiSowi, żeby stracili władzę i samemu dostać się do Sejmu.

Na początku tego fragmentu wspomniałem też o jednej nowej alternatywie, która zakłada koalicję Lewicy z… PO. Tak, tą PO, którą gardzę z całego serca. Tą PO, która wyrzucała ludzi na bruk. Tą PO, która uelastyczniała rynek pracy. Tą PO, która milczała, gdy rzucano w społeczność LGBT kamieniami i gównem, nierzadko się do tego przyłączając. Tą samą PO, o której pisałem ostatnio, że koalicja z nią to śmierć Lewicy. Uczciwie przyznam, że nie podałem tej opcji ostatnio, bo dopiero później uświadomiłem sobie albo raczej przypomniałem jedną istotną rzecz. Platforma Obywatelska jest partią umierającą, chociaż sama pozuje na liderkę opozycji. Ta partia nie jest w stanie przyciągać nowych wyborców, o czym najlepiej świadczy zapowiadana ostatnio zmiana nazwy na Nową Solidarność. Pomijając fakt, że w klasistowskim języku liberałów samo słowo „Solidarność” brzmi jak ponury żart, to po raz kolejny pokazują, że jedyne co mają do zaoferowania to LARP lat 80-tych. PO nie posiada wiarygodności ani u konserwatystów, ani u socjalnych zwłaszcza, że w pierwszym przypadku mają silniejszą konkurencję, a w drugim co najwyżej pozorują walkę. Ich elektorat to liberałowie i co, co pamiętają te lata 80-te plus trochę socjalliberałów, ale tylko część to twardy elektorat. Reszta rozejdzie się zapewne do silniejszych graczy takich jak w przyszłości Konfederacja i… Lewica. Lewica jako silniejszy gracz? No przyznam, sam trochę prychnąłem pod nosem, ale piszę to na poważnie. Trzeba tylko na poważnie wejść do gry i zacząć sprawnie zarządzać tym projektem politycznym. Ostatnio spotkałem się z opinią, że dla Lewicy realny jest elektorat, któremu zależy na dobrych usługach publicznych, ale gospodarczo jest liberalny. Przyznaję, że ma to sens, ale nie jest to moja bajka, bo nigdy nie zamierzałem walczyć o liberałów. Ja wychodzę z założenia, że z liberałami się nie dyskutuje, tylko stawia przed faktem dokonanym, a z samą obecnością liberalizmu w głowach ludzi trzeba walczyć już na etapie szkolnym. Nie bronię jednak nikomu takiej strategii, jeśli w rzeczywistości dążyłby do poprawy życia mas, ale ja bym w tym udziału nie brał, bo brak mi przekonania. Co innego z kolei proponuje Rafał Matyja. On uważa, że Lewica mogłaby się stać partią budżetówki, chociaż nie jestem pewien czy uwzględniał w tej grupie żołnierzy, ale ja bym ich nie pominął. Nie wykluczam, że to wyborcy mogący się w sporej liczbie pokrywać z tymi, o których przed chwilą mówiliśmy, ale jest to podejście, które sam bym poparł, bo nie zdradza ideałów lewicy. Problem w tym  że nawet dobrze zarządzana Lewica, świetnie grająca na emocjach może mieć problem w walce o tych ludzi. Powód jest dość prosty – część budżetówki jest kontrolowana przez rząd, a reszta przez samorządy, w których Lewica stanowi mniejszość. Gra na tym polu wcale nie będzie mniej karkołomna niż gdzie indziej. Załóżmy jednak optymistyczny scenariusz i Lewica przegoniłaby PO, stając się drugą najsilniejszą partią. W takim biegu wydarzeń dopuszczam możliwość  rządu POLewu, gdzie to PO jest przystawką, a Lewica narzuca narrację. To mógłby być punkt wyjścia do marszu po samodzielną władzę. Tylko czy napewno udałoby się stworzyć taką koalicję rządzącą? Czy jednak trzeba by uwzględnić jeszcze PSL albo i nawet Konfederację? Obawiam się, że matematyka nie będzie tak łaskawa, żeby Lewica dominowała i samodzielny POLew był możliwy. Mało tego, uważam, że taki rozbiór PO nie będzie możliwy za trzy lata, a dopiero za 7, co nie jest zbyt optymistyczne w kontekście wspominanej przeze mnie już milion pierwszy raz katastrofy klimatycznej. Plusem opisywanych tu strategii byłoby za to wzmocnienie swojej pozycji przed ewentualnymi negocjacjami z PiSem.

Zdobyliśmy Rzym! Co? Jak to dopiero przedmieścia?
Niezależnie od tego, która opisywana powyżej alternatywa by się spełniła, to Lewica byłaby zmuszona do współrządzenia, ale to zdecydowanie nie byłby koniec walki, a jedynie stadium pośrednie na drodze do samodzielnego rządu. Co zatem dalej? O co walczyć? Kogo zdradzić, a komu pomóc? O tym wszystkim  porozmawiamy sobie w kolejnych akapitach.

Temat przewodni to oczywiście rząd PiSLewu, więc od tego scenariusza zaczniemy, ale postępowanie w POLewie nie powinno się za bardzo różnić. Jak już wcześniej wspomniałem, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie po drodze jest z obecnymi koalicjantami, więc jednym z pierwszych zadań Lewicy byłoby wsparcie prezesa PiS w tych staraniach, aby zmarginalizować wpływ Porozumienia i SP albo najlepiej pozbyć się w całości, o ile oczywiście Kaczyńskiemu jest trochę bardziej w smak Lewica. Pozbycie tych dwóch, to stłumienie neoliberałów i toksycznych konserwatystów. W przypadku POLewu należy jak najszybciej spacyfikować oczywiście Zielonych, którzy chcą nas zabić, blokując budowę elektrowni atomowej. Dalej sprawa w obu wersjach  ma się podobnie. Należy pokazać się jako przede wszystkim skuteczna siła, która walczy o poprawę życia mas, żeby zdobyć głosy socjalnych wyborców PiS i pokazać im, że ma się do zaoferowania więcej niż tylko transfery socjalne i nie oznacza to powrotu liberalizmu do władzy. Czy to oznacza schowanie praw kobiet i tęczowych flag do szafy? Bynajmniej! Należałoby to przepychać kiedy tylko będzie to możliwe, ale tak żeby nie przeważyć nad narracją socjalną. Jeśli będzie się dało, to kawałek po kawałku, jak teraz PiS ogranicza te prawa. Wymagałoby to dużo finezji i zarządzania emocjami, ale Lewica tak czy inaczej musi się tego nauczyć, jeśli chce jeszcze coś znaczyć.

Epilog
Zbliżamy się już do końca naszej podróży. Co Wam chciałem powiedzieć, to chyba powiedziałem. Jeśli do tej pory kogoś nie przekonałem, to już raczej nie przekonam. W polemikach na Twitterze raczej nie wezmę udziału, bo te skupiają się na pojedynczych wycinkach, które dyskutant uznał za stosowne podważyć (zapewne całkiem słusznie), ale nie biorąc pod uwagę całości, kontekstu ani mojej motywacji. Jeśli ktoś z Was podejmie się próby napisania polemizującego ze mną felietonu, to z chęcią przeczytam, ale odniosę się do niego zależnie od moich możliwości i tego czy uznam ze sensowne produkować się po raz kolejny.
To co mnie zmartwiło wśród różnych komentatorów po publikacji pierwszego tekstu, to oderwanie od rzeczywistości, jakby Polska była w próżni. Mamy już rok 2020 i do prognozowanego końca cywilizacji zostało jakieś 30 lat. Każdy kolejny rok zwłoki bez realnych działań to śmierć kolejnych ludzi w walce o wodę, a my tutaj dalej chcemy się bawić w politykę jak do tej pory. Nie chcecie wywracać stolika do gry? Spokojnie, planeta niedługo zrobi to za Was. Czy moje propozycje pozwolą przyspieszyć walkę z katastrofą klimatyczną? Wierzę, że dają nadzieję, iż takie działania zostaną podjęte, ale tak naprawdę nie wiem tego. Wiem tylko, że obecna bezczynność zaprowadzi nas do najgorszej wersji przegranej.

W tym miejscu chciałbym podziękować użytkownikowi Skinnyraf z Twittera, który dostarczył krótkiej, ale najlepszej krytyki mojego tekstu. Zauważył, że moje stanowisko wynika z postawy mocno idealistycznej, a w jego mniemaniu do rządy PiSLewu w ogóle nie dojdzie, a nawet jeśli, to nie przyniosą one zamierzonego przeze mnie efektu. Przyznał też, że nie widzi, aby były inne alternatywy mogące dać to czego chcę, więc zasadniczo nie ma już dla nas nadziei. Muszę stwierdzić, że jest to wersja wydarzeń, z którą liczę się najbardziej, ale jak już wspomniałem, ja chcę wierzyć dlatego powstały te dwa teksty.

Jeśli ktoś chce mnie przekonać do zmiany zdania, to musi mi przedstawić realną alternatywę rządów, które dają faktyczną nadzieję na walkę z katastrofą klimatyczną. Ewentualnie niech mi ktoś pokaże, że będziemy mieli więcej czasu niż te 30 lat, to wtedy zapraszam do tradycyjnego, politycznego pałowania się, gdzie każdy może zachować czystość swojego sumienia.

Chciałbym też przypomnieć Wam, kto jest prawdziwym wrogiem. Nie są to PiS, PO ani nawet Konfederacja. Politycy to tylko narzędzia służące do kształtowania świata. Faktycznym wrogiem jest kapitalizm uosabiany przez możnych tego świata. To oni korumpują polityków, okradają nas  jako silniejsi i niszczą środowisko, a wszystko to w imię zysku ich i akcjonariuszy. Pokonamy PiS i co dalej? Amazon kupi sobie innych polityków tym razem z PO, żeby załatwić sobie ulgi podatkowe, a Mike Pence wykona jeszcze jeden telefon do Warszawy, aby przypomnieć, że nie życzy sobie podatku cyfrowego. Kieruję do Was prośbę, abyście przestali traktować polityków jako bezpośrednich wrogów, a ujrzeli w nich środki do celu, żebyście zobaczyli, że to my, jako społeczeństwo możemy nagiąć ich wolę, aby realizowali nasze cele, a nie wąskiej, uprzywilejowanej grupy skurwysynów.

Na koniec chciałbym podziękować tym, którzy dotrwali aż tutaj, choć dla wielu nie było to łatwe. Jeśli moje poglądy na niektóre sprawy czy propozycje rozemocjonowały Was bardziej niż zbliżająca się katastrofa klimatyczna, to proponuję, żebyście usiedli i napili się herbaty, bo nie ma co się denerwować z powodu opinii kogoś nieznajomego z internetu. Zapewniam Was, że w życiu codziennym spotkają Was dużo ważniejsze sprawy niż nawet rządy PiS, jak choćby spłata raty kredytu, choroba dziecka czy rekrutacja na studia. Trzymajcie się mocno, bo będzie bardzo trzęsło, a ja tymczasem zapraszam Was w przyszłości do mojego kolejnego tekstu pt „Kapitalizm już nas zabił, ale jeszcze o tym nie wiemy”.