Brzydkie słowo

Co jakiś czas wyborcy pokazują, że potrzebują nowości. Lubią ją. Pragną politycznej świeżości. Niestety owej świeżości elektorat upatruje w ruchach odwołujących się do antypartyjnego populizmu, podkreślając kompromitację partii i odmieniając przez wszystkie przypadki niezależność.

Można odwołać się do wielu badań i raportów, choćby CBOS-u, które wskazywały na chęć powierzenia sterów państwa osobom spoza politycznego mainstreamu. Każdy wspomniany przypadek kończył się identycznie – Ruch Palikota, Kukiz’15 czy Wiosna straciły polityczną niezależność na scenie partyjnej lub po prostu zniknęły z niej po jednej kadencji. Każdy wspomniany przykład odwoływał się do idei ruchu społecznego, inicjatywy, czy apartyjności przypisując całe współczesne zło istniejącym partiom, mimo faktu, że to właśnie ugrupowania polityczne kształtują rzeczywistość, tworzą rząd, mają wpływ na codzienność milionów ludzi. Pomimo wysypu organizacji ekologicznych, patriotycznych, feministycznych czy lokalnych organizacje pozarządowe stanowią jedynie tło do działań politycznych. Z całym szacunkiem dla ogromu pracy, którą wykonują, to właśnie partie przegłosowały ustawę dot. izolacji sprawcy przemocy od ofiary, mimo że ruchy kobiecie walczyły o to prawie 20 lat. Podobne przykłady można mnożyć.

Brytyjska, opozycyjna (!) Partia Pracy liczy ok. 550 tys. działaczy i działaczek. Śmiem twierdzić, że wszystkie polskie ugrupowania łącznie nie mają tylu członków. Wynika to choćby z faktu zatarcia podstawowych funkcji, dotychczas ważnych w życiu organizmów politycznych – procesu szerokiej rekrutacji, socjalizacji, wymiany pokoleniowej i kształtowania nowych elit. Współczesnym trendem (nad czym ubolewam) jest traktowanie partii jak korporacji z dosyć szybką, chociaż niepewną ścieżką awansu społecznego. Coraz mniejszą rolę odgrywają poglądy – doskonale widać to na przykładzie PO i PiS, które znalazły się na skrajnych biegunach. Pierwsza z nich regularnie traci aktywnych działaczy po oddaniu władzy w 2015 r., z kolei druga poszerza bazę członkowską od kiedy wróciła na Aleje Ujazdowskie. Znaczącym problemem jest idea wodzowska, ciągle silna w polskiej polityce, a fetysz partii sygnowanych nazwiskiem lidera nie gaśnie. Gasną jednak takie ugrupowania, ponieważ członkowie tracą poczucie przynależności do organizacji kiedy decyzje zapadają w wąskim gronie wodza oraz jego wierchuszki, bez szerszych, ogólnopartyjnych konsultacji. Ciekawym wydaje się też perspektywa partii jako związku zawodowego lidera, dążącego do władzy, bez większego fermentu intelektualnego – kiedyś słusznie podniesiono tę argumentację podczas debaty Fundacji Batorego.

Czasy się zmieniają, a dyskusja na ten temat nadal nie wnosi nic do polityki. Cieszę się, że również mogłem nic nie wnieść powyższym tekstem. Głosów wiele, słuchających mało, mesjaszy polityki jeszcze więcej. Będą pojawiać się w każdym sezonie politycznym, budować swoją pozycję na opozycji względem brzydkiego słowa na „p” i znikać ze swoim ruchem oddając po raz kolejny władzę partiom właśnie.

Historia lubi się powtarzać, szkoda jednak, że tkwimy w błędnym kole od kilkunastu lat.