Czara goryczy się przelała

Zdjęcie: PAP

25 maja doszło do zdarzenia, które zapoczątkowało wielkie protesty społeczne.  Do internetu trafiło nagranie, na którym widać, jak policjant brutalnie przyciska czarnoskóremu mężczyźnie, George’owi Floydowi, kolanem szyję do ziemi, nie reagując na jego krzyki, że nie może oddychać. Wkrótce mężczyzna umiera, zaś jego słowa „Nie mogę oddychać” stały się głównym hasłem tych protestów.

Od tego czasu przez Stany Zjednoczone codziennie przetaczają się potężne demonstracje, dochodzi też do aktów wandalizmu, niszczenia mienia. Tak, to źle, że ktoś niszczy czyjąś własność. Nie mówię, że kradzież jest w porządku, bo nie jest. Cały protest ma jednak dużo głębsze dno, wydrążone przez nierówności społeczne i agresję amerykańskiej policji. Mnie rasistowski mord oburza bardziej od kradzieży.

Jednak jeśli mam być szczery, to bardziej mnie mierzi, gdy policja nadużywa swoich uprawnień, zabija swoich obywateli, gdy strzela z gumowych pocisków do dziennikarzy i do namiotów medycznych. Jak zauważył w swoim wpisie prof. Maciej Gdula,  zabójstwo George’a Floyda, który właśnie stracił pracę w związku z epidemią było trzecim kolejnym zabójstwem policyjnym czarnej, niewinnej osoby w tym roku.

Prawicowy prezydent USA, Donald Trump obarczył winą za protesty lewicową Antifę – uznał ją za organizację terrorystyczną i sądzi, że to zaprowadzi spokój. Ku uciesze polskiej prawicy Trump nie widzi, że to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, jest przelaniem czary goryczy kiełkującej w społeczeństwie i nie jest efektem działalności Antify.
W Stanach Zjednoczonych rasizm wciąż ma się dobrze, tak samo jak wielkie nierówności społeczne, zaprzeczające i demaskujące słynny
„american dream”. Kolejnym czynnikiem podburzającym społeczeństwo jest bezradność państwa w walce z koronawirusem. Trzeba tu wspomnieć o kryzysie gospodarczym, jednym z największych w historii – 40 milionów Amerykanów jest bezrobotnych.
W Ameryce źle się dzieje, społecznie i gospodarczo. Donald Trump zamiast być strażakiem gaszącym emocje, konsekwentnie wznieca jeszcze większy ogień w społeczeństwie.

Polska prawica jest oburzona pomazaniem pomnika Tadeusza Kościuszki. Smuci fakt, że ci ludzie uznają cokół pomnika za bardziej wartościowy niż równość obywateli. Rasizm, nierówności społeczne, systemowa dyskryminacja, brutalność policji przy pomniku Kościuszki według nich nie są aż tak ważne. Do czego to doszło, że mordowanie ludzi i bandyterka policji znaczy mniej niż pomnik, który nie przemówi, nie ma funkcji życiowych? Co prawda Kościuszko był rewolucjonistą, stawał po stronie mniejszości i był przeciwnikiem rasizmu, pomazanie akurat jego pomnika może być niezrozumiałe, ale nie sądzę, by w momencie, gdy zwykli obywatele są ofiarami bandyckich działań policji, Kościuszko płakałby nad swoim pomnikiem, tylko wraz z protestującymi walczył o lepszy byt obywateli Stanów Zjednoczonych.

Czara goryczy się przelała, obserwuję tę sytuację z dużym niepokojem. Jednocześnie zdecydowanie rozumiem motywację protestujących. Państwo, traktujące swoich obywateli niższego szczebla społecznego jak odpady, musi liczyć się z tym, że bunt społeczny może w końcu wybuchnąć. Nie da się kumulować w sobie złości i ostatecznie nie wybuchnąć.