Daleko i dalej

people gathered in front of train entrance
Zdjęcie: José Gasparian / Unsplash

Z formalnego punktu widzenia od miesiąca nie jestem już uczniem. W czerwcu zdaję maturę i zamknę tym egzaminem symbolicznie 12 lat nauki szkolnej. W związku z tym nachodzą mnie różne przemyślenia, związane z tym co minęło. Ot, nostalgia, inspirująca do przemyśleń. Jedną z bardzo ważnych części mojego życia jest transport – to właśnie od niego zresztą zaczęło się moje zainteresowanie polityką. O nim będzie ten felieton, a konkretnie o wykluczeniu transportowym z perspektywy młodego człowieka.

Już nie pamiętam, jak to było mieć szkołę blisko domu. Mieszkam w małym mieście, w którym skończyłem tylko podstawówkę „rejonową”. Już do gimnazjum pojechałem do Łodzi, bo udało mi się dostać do klasy językowej – to niesamowita szansa, dzięki nauce w „moim” gimnazjum angielski przychodzi mi dziś bez wysiłku, a nawet zdarza mi się go tłumaczyć innym. W moim mieście nie było takiej szansy, wymagałoby to dodatkowych zajęć. Decyzja o nauce w Łodzi nie była dla nas problemem – stamtąd pochodzimy, a rodzice dalej tam pracują, więc zdecydowaliśmy się na to. Następne 5 lat upłynęło według dość powtarzalnego schematu – rano, jeśli mogłem, jechałem z rodzicami, po południu wracałem busem lub (po otwarciu połączenia) pociągiem.

Do Łodzi mam około 30 kilometrów, powrót zajmował mi zwykle prawie 2 godziny. Czasem zdarzało się, że jechałem sam też rano – wtedy rodzice pozwalali mi (o ile nie miałem akurat sprawdzianu) nie iść na pierwsze zajęcia, bo pierwszy pociąg i tak dojeżdżał za późno, żebym zdążył punktualnie na lekcje, a bus często nie przyjeżdżał wcale.

Dzięki temu, że uczyłem się w dobrych szkołach w Łodzi, dobrze znam języki obce i czuję się pewniej w obliczu matury – miałem dobre i kompetentne grono pedagogiczne oraz więcej rozwijających zajęć pozalekcyjnych prowadzonych przez nauczycieli niż moi znajomi w szkole na miejscu. Oczywiście nauczyć można się wszędzie, ale ja po prostu miałem to dodatkowo ułatwione. Tylko że było to okupione dużo większym zmęczeniem – kiedy miałem 13 lat i zaczynałem dojeżdżać, padałem na twarz zaraz po powrocie do domu. Przez te kilka lat nie miałem zbyt dużo czasu na odpoczynek, czasem brakowało mi go na prace domowe i naukę. Brakowało mi właśnie tego czasu, który uciekał, kiedy stałem w busie, pocąc się, mając nadzieję, że to już mój przystanek.

Wiecie, co w tym wszystkim jest dla mnie najgorsze ? Świadomość, że inni mają gorzej. Do mojego miasteczka przyjeżdża pociąg, choć w marnych godzinach (nie da się nim dojechać do Łodzi punktualnie na zmianę w fabryce lub na pierwszą lekcję), ale jest alternatywą dla zardzewiałych i przepełnionych busów, które jeżdżą de facto bez grafiku. A do niektórych miejsc w moim powiecie nie dojeżdża nawet taki zardzewiały bus. Do dworca mam 2 kilometry, są ludzie, których od przystanku dzieli znacznie więcej. Wreszcie to, że jedną stronę mogłem jechać z rodzicami, jest bardzo dużym udogodnieniem, choć czasem kosztem siedzenia w szkole godzinę przed zajęciami albo zmieniania swoich planów. Ile też razy czekałem po zajęciach, żeby zgarnęli mnie tata lub mama, żebym nie musiał tłuc się na dworzec albo polować na busa. Oczywiście, mieliśmy na te codzienne dojazdy patenty, ale ile można być zależnym od czyjegoś grafiku ? Każdy dojazd do kina w weekend i powrót z imprezy planować jak wyjazd za granicę ?

W gimnazjum i w liceum byłem „tym, co daleko mieszka”, ale mało kto w klasie zdawał sobie sprawę dokładnie jak daleko. Kiedy dowiadywali się o tym, jak wygląda mój powrót, zwykle pytali, czemu nie mieszkam w bursie. Dla nich to dystans nie do wyobrażenia przy codziennych dojazdach. Mój dom był dalej niż ich działki, na które „nie opłacało im się” wyjechać na mniej niż weekend. A ja przecież nie będę wynosił się z rodzinnego domu dlatego, że pociąg się spóźnia albo nie przyjeżdża, to obłęd! Pociąg jest dla mnie czy ja dla pociągu?
Tylko że taki obłęd meblował życie wielu moim znajomym. Koleżanka mieszkała w podobnej odległości od szkoły co ja, ale jej rodzice nie jeździli do Łodzi – bursa. Kolega mieszkał połowę bliżej, ale na wsi bez autobusu – pokój u rodziny. Gdyby nie było ich stać na bursę lub nie mieliby pomocnych krewnych, to moi znajomi straciliby szansę na lepszą edukację – wszystko dlatego, że pociągi i autobusy jeżdżą jak chcą, albo nie jeżdżą wcale. Ilu ludzi przez to nie było w stanie robić tego i uczyć się tam, gdzie chcieli? Wolę nie myśleć.

Ci z Was, którzy mieszkają poza miastem wojewódzkim, znają moje doświadczenia. Jeśli już coś jeździ, to zwykle prywatny bus. W 90% przypadków to stary Mercedes, który przyjechał do nas z Niemiec i w zasadzie nie powinien już przejść przeglądu, ale jeszcze jeździ i po znajomości klepnęli. Jakim cudem w całej Polsce monopol na transport mają firmy spod znaku Januszpol Ekspress ? Schemat jest prosty, opisany między innymi w książce Olgi Gitkiewicz „Nie zdążę” (swoją drogą bardzo przystępnie napisanej, polecam) – prywatny bus pojawia się na trasach PKS. Kusi niskimi cenami, czym w końcu eliminuje PKS, którego połączenie staje się nierentowne i wycina się je z rozkładu – w skali makroekonomicznej takie praktyki nazywa się dumpingiem cenowym. Kiedy PKSu już nie ma, cena idzie w górę, stopniowo, aż przekracza dawne ceny PKSu – ale ten już nie jeździ, dla pasażerów nie ma alternatywy. Dokładnie to spotkało moje miasteczko. Jedna z większych firm rzuciła na trasę wszystkie możliwe busy, zbierając wszystkich pasażerów – wiadomo, każdy chce być jak najszybciej w domu, więc pasażerowie wsiadali. PKS nie miał już dla kogo jeździć. Kiedy tylko PKS się zwinął, zmniejszyła się też liczba kursów busów prywatnych – a ja wraz z innymi pasażerami tęskniliśmy za autobusem PKS, w którym dla każdego starczało miejsc siedzących i było czym oddychać, gdzie odłożyć torbę. W górę zaczęły iść też ceny. Na szczęście, otworzyli niedługo później regionalne połączenie ŁKA, inaczej nie wiem, jak bardzo busy podniosłyby ceny.

W zeszłym roku zrobiłem wreszcie prawo jazdy – był to mój prezent świąteczno-urodzinowy, bo pierwsze jazdy odbyłem jeszcze przed osiemnastką. W przeciwieństwie do części moich kolegów i koleżanek, ja uważałem prawo jazdy za konieczność i robiłem wszystko, żeby szybko zdać egzamin. Po 5 latach użerania się ze spóźnieniami i coraz wyższymi cenami dojazdu do domu miałem już dość. Dość bolących od stania pleców, ściskania w nogach plecaka i pocenia się w tłoku, spóźniania się, bo bus nie dojechał, wychodzenia ze spotkań z przyjaciółmi, bo ucięli mi późniejsze połączenie. To było 5 lat układania życia pod rozkład jazdy pociągu lub busa, z marginesem na spóźnienie. Przed nowym rokiem szkolnym kupiliśmy małe auto z gazem – na szczęście nas na to stać. Jeżdżę nim teraz rano i po zajęciach z bratem, który też uczy się w Łodzi i też przeżywa to co ja, więc staram się mu ulżyć. Słodko-gorzką refleksją jest to, że kiedy jedziemy we dwóch to paliwo i rozłożony na przebieg koszt ubezpieczenia (tak, robiłem z ciekawości wyliczenia) kosztuje mniej niż bilety kolejowe. Czy tylko ja mam wrażenie, że cena biletów poza centrum aglomeracji jest „karą” za to, że nie jeździ się jedynie faworyzowanym przez nasze władze od kilku dekad samochodem?

Nie chcę, żeby tak wyglądała przyszłość. Przeprowadzka, która jest koniecznością tylko przez to, że nie ma czym dojechać. Rezygnacja z wymarzonej szkoły lub uczelni, bo nie można liczyć na autobus. Masowe trucie środowiska ze zwyczajnej konieczności, w którą wpędza nas zaniedbanie komunikacji zbiorowej. Dziwimy się, że średni wiek auta to kilkanaście lat (moje ma zresztą 15), kiedy przez lata podejście do transportu zbiorowego w Polsce określało podejście „Kup sobie samochód”. Tym, których na auto nie stać, nie mogą nim jeździć ze względów zdrowotnych albo – jak jeszcze niedawno ja – są po prostu za młodzi, władze plują w twarz. W końcu posła, senatora czy wojewodę stać na (zwykle całkiem dobry) samochód, a z siedzenia kierowcy nie patrzą na marznących na przystanku ludzi, których autobus – a z nim całe życie; praca, spotkania, wizyty lekarskie – przepadł.