Drogi Katoliku, piszę do Ciebie, ponieważ…

Drogi Katoliku, piszę do Ciebie, ponieważ wiele nas różni – w odmienny sposób patrzymy na świat, społeczeństwo i na pojedynczego człowieka. Mamy różne systemy moralne i inaczej pewnie tłumaczymy sobie sens ludzkiego istnienia. Z pewnością nie jest nam po drodze z motywacjami naszych działań i postaw, ale los, przypadek, czy może – jak powiesz – Bóg, chciał, żebyśmy żyli obok siebie.

Żebyśmy wspólnie zamieszkiwali ten kawałek ziemi, który razem nazywamy Polską. Może się ze mną zgodzisz, a może nie, ale myślę, że najwyższy czas trochę ze sobą porozmawiać. Nie jestem w stanie stwierdzić, dokąd ta rozmowa nas zaprowadzi, ale nie można sobie skakać do gardeł – w nieskończoność.

Pewnie się zdziwisz, ale urodziłem się w Polsce i wychowałem w katolickiej rodzinie. Dość długo, bo przez większość swojego życia, uważałem siebie za kogoś głęboko wierzącego – nie opuszczałem niedzielnych nabożeństw, odczuwałem uniesienia podczas celebracji katolickich świąt, ważne były dla mnie ustanowione sakramenty. Moja droga z Kościołem musiała się jednak rozejść. Moja wiara w Twojego Boga osłabła, a z czasem całkiem zanikła. Pozwól, że tu urwiemy ten wątek, bo nie jest on istotą przesłania, które chcę do Ciebie skierować.

Zapoznając Cię z urywkiem mojej historii, pragnąłem pokazać, że choć inaczej wyjaśniamy sobie świat, to istnieje przestrzeń do wzajemnego zrozumienia. Poznałem życie i nauczanie Twojego Kościoła, ale nie odnalazłem w nim miejsca dla siebie – i choć dziś mówię, że relacje Kościół – Państwo muszą zostać ułożone na nowo, to nie ma w tym przekazie chęci zniszczenia instytucji, która daje Ci poczucie przynależności do Wspólnoty. Po prostu – myślę, że żyjąc wspólnie na tym skrawku ziemi, możemy spokojnie współistnieć, uznając, że jeśli tylko nie krzywdzimy drugiego człowieka, to mamy prawo do wybrania takiej życiowej ścieżki, która zwiększy nasze szanse na odczucie szczęścia jeszcze tu – jeszcze za naszego życia.

Szczerze – nie sądzę, bym odbierał Ci tę szansę, postulując rozdział Państwa od Kościoła. Pragnąc przeniesienia nauczania Twojej religii do salek katechetycznych, pozostawiając szkołę neutralną – tak, by już nasze najmłodsze pokolenia, miały możliwość obierania swojej drogi. Wszak dzieci te, kiedyś będą urządzać świat na swój sposób, niech robią to swoimi narzędziami – może to im uda się uczynić go trochę lepszym. Trochę piękniejszym i trochę bezpieczniejszym.

Nie myśl, że atakuję Twoją wiarę, gdy twierdzę, że Kościół spokojnie może utrzymywać się sam, ale jednocześnie powinien być traktowany tak, jak każdy inny przedsiębiorca – jeśli tworzysz Wspólnotę, to bądź za nią odpowiedzialny. Miej udział w tej Wspólnocie i daj temu wyraz – także materialny. To zwykła przyzwoitość, a nie wyzysk i droga do męczennictwa.

Gdy wołam o sprawiedliwość i prawo równe dla wszystkich, to nie snuję wizji zburzenia Watykanu. Tam, gdzie pojawia się krzywda wyrządzona człowiekowi przez człowieka, tam Państwo musi działać z identyczną surowością. Zwłaszcza jeśli krzywda ta dotyka bezbronne dzieci – przyszłość naszą, w której pokładamy nadzieję. Choć powiedzą Ci, że jeden pedofil jest lepszy od drugiego, to zwyczajnie im nie ufaj. Bo pedofil jest pedofilem i musi spotkać go kara niezależnie od tego czy nosi koloratkę, mundur, czy uśmiecha się do nas z ekranu telewizora. I każdy, kto zbrodnie wyrządzone dzieciom, tuszuje, zamiata pod dywan i ukrywa przed światem w imię ochrony swojej instytucji – jest współwinny krzywdzie, za którą musi zapłacić.

Widzisz, istnieje przestrzeń do rozmowy, ale nie zbudujemy Polski bezpiecznej dla wszystkich, jeśli nie powiemy sobie kilku gorzkich słów. Powinieneś wiedzieć, co czuję, gdy słyszę od Ciebie wyzwiska – choć uczyli Cię o miłosierdziu i szacunku do drugiego człowieka. Gdy przedstawiciele Twojego Kościoła, a może i Ty sam, odbierasz mi prawo do życia na własnych zasadach, mimo że w żaden sposób ja nie odbieram Ci Twoich. Gdy oceniasz moje życie i mnie samego, według systemu moralnego, z którym ja się nie identyfikuję. Może i ja pewnych spraw nie rozumiem, więc powiedz – proszę – gdzie widzisz zagrożenie z mojej strony i w jaki sposób wpływa to na Twoje życie? Czy naprawdę czujesz się pokrzywdzony przeze mnie, gdy nie odwołuję się do Twoich przykazań, Twojej Świętej Księgi i nauczania Twojego Kościoła? Wiem, że ciężko Ci zrozumieć, że mogę żyć inaczej niż Ty i moje sumienie pozwala mi na inne zachowania, niż Twoje, ale nie oznacza, to, że wykluczone jest współistnienie w naszej narodowej wspólnocie.

Drogi Katoliku, piszę do Ciebie, ponieważ wiem, że i Ciebie czasem dotyka pogarda. Że nazywają się zaściankiem i ciemnogrodem, ale wiedz, że choć faktycznie Twoje zasady wydają mi się archaiczne, to w pełni rozumiem, że mierzysz się z życiem według tego, czego Cię nauczono. Mnie też uczono tych zasad, ale okazałem się uczniem, który musiał stanąć w szranki z losem i swą obecnością na ziemi – na własnych zasadach. A jedną z nich jest wiara, że jeśli nie krzywdzisz drugiego człowieka, to po prostu żyj – i daj żyć innym.

Do zobaczenia. Spotkamy się za chwilę w sklepie przy kasie, w restauracji na obiedzie, na ulicy na przejściu dla pieszych. Może nawet nie zwrócimy na siebie uwagi, ale przejdziemy koło siebie bez agresji i wzajemnej niechęci. Nie moglibyśmy tak częściej i przy większych okazjach?