Dwa filmy, identyczne dyletanctwo organów ścigania [ANALIZA]

Sylwester Latkowski z wielką pompą zapowiadał swój film „Nic się nie stało”. Miał on traktować o pedofilii w środowisku celebrytów i otworzyć dyskusję na temat bezkarności tej grupy. Czy do tego doszło?

Główną „bohaterką” tego filmu jest marcu 14-letnia dziewczynka o imieniu Anaid, która w marcu 2015 r. w Gdańsku odebrała sobie życie. Wkrótce okazało się, że dzień wcześniej spotkała się z Krystianem W. z Wejherowa, ps. „Krystek”, który jak się okazało miał wabić dziewczyny do pracy w sopockich klubach, gwałcić i szantażować

Wydaje się, że jeśli ta produkcja może uderzyć w celebrytów, to będzie to zwykłe draśnięcie. Pod ich adresem nie padły żadne twarde oskarżenia, oparte na konkretnych dowodach, zaś ich „udział” ograniczył się do tego, że widzowie mogli zobaczyć zdjęcia znanych osób, jak choćby Jarosław Bieniuk, Kuba Wojewódzki, Liroy czy Natalia Siwiec, bawiących się w miejscu, które miało być centrum całego przestępczego procederu. Oczywiście, sprawia to, że wyżej wymienieni wraz z innymi celebrytami, których nazwiska przytoczono w filmie, najpewniej będą musieli się jakoś do sprawy odnieść, jednakże brak konkretnych dowodów na ich przewinienia najpewniej skończy się pozwami sądowymi, co już uczynili Wojewódzki i Radosław Majdan, były piłkarz reprezentacji Polski.

Jednak ten film chcąc nie chcąc, pokazuje w mało korzystnym świetle trójmiejskie organy ścigania oraz ich aktywność przy wyjaśnianiu tej sprawy. Zarządca Zatoki Sztuki, Marcin T. został oskarżony o pięć przestępstw seksualnych popełnionych na dzieciach – nie zastosowano wobec niego nawet aresztu. Wydaje się również możliwe, że lokalne organy ściągania są w jakiś sposób powiązane z tą sprawą. Prokuratura odmówiła zgody na podsłuchy i mogła celowo opóźniać zatrzymanie „Krystka”, dzięki czemu mógł on swobodnie kontaktować się z ofiarami.

„Nic się nie stało” podejmuje bardzo istotny temat. Środowisko celebrytów znane jest z tego, że mogą pozwalać sobie na więcej, a wizerunek sympatycznych i lubianych, jaki starają się kreować sprawia, że trudniej jest uwierzyć w ich potencjalną winę. Tak czy siak, Latkowski koncertowo zmarnował okazję do udowodnienia swojej wartości śledczej, jak i realnej pomocy w rozwiązaniu tej sprawy. Nie podał żadnych twardych dowodów na winę konkretnych celebrytów, zaś większość zdarzeń podanych filmie można było przeczytać w książce nieżyjącej już Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego z 2016 roku. Po latach bezczynności wymiaru sprawiedliwości, wokół sprawy ponownie robi się szum, Zbigniew Ziobro składa deklarację o powołaniu zespołu mającego wyjaśnić tę sprawę.
Widoczny jest tu brak konsekwencji.
Niezależnie od tego kto popełnia czyny pedofilskie, powinien być tak samo sądzony i tak samo traktowany przez organy ścigania. Mamy do czynienia z sytuacją, w której kościelni gwałciciele mogą spać spokojnie, rządzący milczą a prokuratura zezwala biskupowi na dostęp do akt niezamkniętej sprawy. Godzinę po emisji filmu Latkowskiego, po rzuceniu nazwiskami bez konkretnych dowodów, szef resortu sprawiedliwości budzi się ze snu i wznawia śledztwo nad sprawą opisywaną w „Nic się nie stało”.

Swego czasu lider rządzącej partii powiedział: „ani purpura, ani Nobel, ani Oscar nie uchronią przed odpowiedzialnością”. Opieszałość organów ścigania temu przeczy, zresztą nie pierwszy raz mamy do czynienia z sytuacją, w której władza zajmuje się sprawami, które im politycznie pasują – wiadomo, że lepiej uderzyć w postacie występujące w konkurencyjnej stacji niż we wpływowych biskupów mających układy z rządzącymi.