Gozdyrzenie – choroba polskich mediów

Janusz Korwin Mikke w programie telewizji Polsat, w tle na ścianie wiele szabel oraz fragment godła
Zdjęcie: Kanał YouTube Korwin TV

Gozdyrzenie: bieda-dziennikarstwo, charakteryzujące się oddawaniem platformy szurom, symetryzmem, parciem na klikalność, jednocześnie narzekając na protestującą drugą stronę, upadek dziennikarstwa i ludzkich obyczajów.

Media, jeśli w ogóle kiedykolwiek tak było, nie spełniają swojej roli informacyjnej. Policzcie sobie, ilu polityków zaprasza się do komentowania i ilu jakichkolwiek ekspertów. Kiedy ostatnio zaproszono aktywistę LGBTQ do programu i aktywistkę do komentowania? Barbara Nowacka i polityk Nowoczesnej, którzy komentują tzw. strefy wolne od LGBTQ, drogi TVN, się nie liczą.

Za to wolą dawać platformę propedofilskiemu szurowi Korwinowi i faszyście Międlarowi. Ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ to przecież stała praktyka telewizyjnych mediów, żeby do rozmowy o edukacji seksualnej zaprosić polityka, o katastrofie klimatycznej publicystę, który napisał coś głupiego, a o aborcji prawicowych facetów. Jeśli już zdarzy się, że działacz(ka) społeczności nieheteronormatywnej łaskawie dostanie zaproszenie do programu, to jednak stara praktyka stawiania po dwóch stronach „dwie skrajności” nadal dobrze się trzyma, jak w przypadku Barta Staszewskiego i kolesia z Ordo Iuris w Polsacie.

Narzekanie polskich „gozdyr” w postaci M. Jaruzelskiej czy J. Nizinkiewicza (i nie tylko) na brak działań edukacyjnych i niezmiernie pokojowych, niczym piknik rodzinny, kończy się w momencie, kiedy wypadałoby dać nam głos i pokazać te działania i systemowe problemy, z którymi się mierzymy. Czy Agnieszkę Gozdyrę zainteresowała, opisana przez Miłość Nie Wyklucza sprawa rodziny, która została rozbita w majestacie prawa, ponieważ polskie państwo ma je gdzieś?

Istnieją media, które nie piszą o nas bez nas i dają nam możliwość zostania wysłuchanym, ale generalnie platformę musimy sobie wydrzeć jakimiś rozpaczliwymi gestami i działaniami, albo założyć własną. Widać musi dojść do ulicznej rozróby, choć i to nie daje gwarancji, że dostaniemy głos w przestrzeni publicznej, jak to się działo po sierpniowej Tęczowej Nocy. A przecież taka Kampania Przeciw Homofobii bardzo aktywnie działała w sprawie Margot i organizowała pomoc prawną dla protestujących. 

Dlaczego osoby „gozdyrujące” i ich medialne firmy są ślepe i głuche? Pewnie dla wygody i dlatego, że już tak mają, że według nich wiedzą lepiej i tego się nie zmieni. Bo kto by się tam pytał, o co chodzi z tym tęczowym Jezusem i dlaczego on? Dlaczego one przeniosły ten znicz na most i kto to jest Milo? TVN chociaż próbował się rehabilitować i zrobił materiały z zajść. Reszty nie da się oglądać. Tutaj zapraszam do przeczytania świeżego tekstu Stanisława Krawczyka, który trochę od innej strony omawia problem braku naszego głosu w przestrzeni publicznej.

Nie oglądam żadnych informacyjnych stacji od kilku miesięcy, z pożytkiem dla zdrowia psychicznego, co polecam każdemu, niezależnie od stanu zdrowia. Mimo że z wielu spraw wielkie koncerny medialne zdają sobie sprawę i obierają konkretne linie programów, to chyba nie zdają sobie sprawy, jak wielki mają wpływ na człowieka, nie tylko zaciekłego homofoba, który przed TV zacznie pohukiwać o tym „jak to dobrze ktoś powiedział pedałowi”. Co ma powiedzieć i zrobić nieheteronormatywna osoba nastoletnia z lubelskiej wsi, która słyszy od gadającego pana w garniturze, że nie jest człowiekiem, a od prezentera „dobrze, przejdźmy do następnego pytania”? Nie jest to ani przyjemne, ani dostarczające wiedzy (nie tylko z tego zakresu), a oglądając to wszystko przy kimś, czuję dodatkowe upokorzenie.

Osoby LGBTQ w Polsce nie dość, że walczą o życie dzień w dzień, to muszą jeszcze błagać o wysłuchanie i godność, której nie rozpoznają media (głównie oczywiście TVP, ale i Polsat), ale też wszechwiedzący centryści, którzy potem zapraszają ks. Oko, żeby wylewał z siebie szambo.