Kapitalizm już nas zabił, ale jeszcze o tym nie wiemy

Obrazek przedstawia napis na czarnym tle: "Koniec jebanych nas" z czego słowo "jebanych" jest ocenzurowane.

Co? Mówicie, że czujecie się żywi? Cóż, z odpowiedniej perspektywy wszyscy jesteśmy już martwi, ale tym razem ta perspektywa jest wyjątkowo bliska i swym zakresem obejmuje całą naszą cywilizację. Jeśli się temu uczciwie przyjrzeć, to właściwie nie ma ratunku i moje ostatnie felietony o szybkim działaniu przed katastrofą klimatyczną można potraktować jak chwytanie się brzytwy, tonąc w magmie. Szans już właściwie nie ma, ale szarpać się będziemy. Jeśli uważacie, że jakoś się to ułoży, to zapraszam do lektury!


Zaraza

Na samym początku przyjrzyjmy się poniższemu wykresowi przedstawiającemu przyrost zarażonych koronawirusem:

Zdjęcie przedstawia przyrost ludności na świecie na przestrzeni lat. Wykres zaczyna się w roku 1800, kończy na 2040. Rośnie wykładniczo: 1927 - 2 miliardy, 1959 - 3 miliardy, 1974 - 4 miliardy, 1987 - 5 miliardów, 1999 - 6 miliardów, 2012 - 7 miliardów, 2025 szacuje się na 8 miliardów, a 2040 rok na 9 miliardów ludzi.

Coś za duże liczby? Nie ta skala czasowa? Macie rację, to nie jest wykres dotyczący koronawirusa. Powyższy wykres przedstawia przyrost ludności na świecie na przestrzeni lat. Ale przypomina Wam inne wykresy z koronawirusem? Oczywiście, że tak, bo my również przyrastamy wykładniczo. Długo, długo nic. I nagle bum – jest nas już ponad 7 miliardów. A będzie nas jeszcze więcej. Dzięki edukacji seksualnej i antykoncepcji, w niektórych krajach, liczba ludności zacznie maleć, ale marne to pocieszenie, bo zanim do tego dojdzie, my już dawno przekroczymy cienką czerwoną linię.  Prognoza mówi, że do 2040 będzie nas już 9 miliardów, a to będzie wzrost zapotrzebowań o ponad 1/4. Problem nie będzie dotyczył tylko żywności. To też produkcja ubrań, środków higieny i mieszkań. Do tego dochodzi zużycie surowców na transport i wytworzenie energii, a mówimy tylko o zapewnieniu podstawowych potrzeb. Do tego dochodzi cała kapitalistyczna otoczka z kreowaniem potrzeb na produkty, których nie potrzebujemy takie, jak coraz nowsze telefony, zabawki, kosmetyki, ozdoby i masę innych gadżetów. Na domiar złego występuje ogromna nadprodukcja dóbr, żeby zapewnić konsumentom wiele możliwości, aby nikomu nie zabrakło. Do tego dochodzi kwestia nierówności ekonomicznych, więc trzeba też zapewnić ofertę zróżnicowaną cenowo. Od drogich, ekologicznych produktów (których cena niekoniecznie wynika z większych kosztów produkcji) do zupełnie najtańszych, ale niosących ze sobą duży koszt środowiskowy. No ale co ja będę Wam tłumaczył. Sami bywacie w tych wszystkich superhiperduperultramegamarketach, więc żeby wyobrazić sobie skalę, weźcie jeden taki market i pomnóżcie przez cały świat. Potem przypomnijcie sobie, że są jeszcze małe sklepy, centra handlowe i sprzedaż internetowa. Na końcu dodajcie do tego wszystkiego infrastrukturę, która jest potrzebna do wyprodukowania i dostarczenia tych towarów.


Odpad nasz powszedni

Ale hej! Czy my produkujemy więcej niż ludzkość jest w stanie wykorzystać?
Być może, nie mam informacji na ten temat, ale zdecydowanie produkujemy więcej niż potrzeba dla tej części ludzkości, która jest w stanie owe dobra nabywać. Smutne jest to, tym bardziej że firmy wolą owy nadmiar wywalić albo zniszczyć niż oddać komuś za darmo, przy okazji nie mając efektywnego systemu utylizacji. Jako przykład polecam sprawdzić, ile ton plastiku wyrzuca Amazon w postaci niesprzedanych zabawek. Łatwo znajdziecie, bo Nowy Obywatel miał kiedyś o tym artykuł. A skoro przy utylizacji jesteśmy, to przypominam, że końcowym produktem naszej konsumpcji są właśnie śmieci. Cholernie dużo śmieci. Znowu, nie mamy efektywnego systemu utylizacji w skali globalnej. Śmieszne ilości są poddawane recyklingowi, a reszta jest albo spalana, albo wywożona do innych krajów. Albo wywala się je, gdzie akurat wygodniej. Najwspanialszym chyba przykładem tego ostatniego jest gigantyczna wyspa śmieci pływająca po oceanie. Brawo ludzkość! Tworzymy już nowe lądy! Trwają oczywiście prace nad sposobami walki z tą plagą. Najbardziej spektakularne są chyba bakterie zjadające plastik. Świetne, prawda? Biorąc pod uwagę dotychczasowe sukcesy człowieka w gmatwaniu się z naturą, nie byłbym takim optymistą. Wiecie np. co się stanie, gdy wypuścicie na wolność 24 króliki w Australii, w której wcześniej nie było tego gatunku? Otóż rozrosną się do populacji przekraczającej miliard, stając się najbardziej inwazyjnym szkodnikiem na kontynencie. Ostatnio wyjątkowo obiecujące jest działanie króliczej gorączki krwotocznej stworzonej przez ludzi. Problem w tym, że wydostała się ona na wolność przypadkiem przed ukończeniem prac. Rzecz w tym, że nawet jakby je ukończono, to i tak nie moglibyśmy być pewni, jak to się skończy, a teraz nie wiemy jeszcze bardziej. Jak zatem może się skończyć wprowadzenie do środowiska bakterii zjadających plastik? Mój ulubiony scenariusz to ten, w którym po zjedzeniu plastikowych śmieci biorą się za przedmioty użyteczne, a na koniec za organizmy żywe, bo tak już wszystko skaziliśmy „mikro plastikiem”.


Wody!

Wspominałem już o problemach z wodą? Nie chce mi się sprawdzać, co pisałem wyżej, więc możecie to zrobić sami, ale tu i tak powiem więcej. Woda to wspaniała rzecz! Dość unikalna w skali wszechświata, a u nas do tego występuje w trzech stanach skupienia i bez niej nie byłoby życia na tym kawałku skały zwanym Ziemią. Mamy jej całkiem sporo, bo aż 3/4 planety jest nią pokryte, ale większość bez odpowiedniej obróbki nie nadaje się do picia. Raz jest dostępna bardziej, raz mniej, a my chyba robimy wszystko, żeby to jeszcze utrudnić. Nawet sramy do tych wód i to sramy tak dużo, że rzeki czasem płoną. Tak, rzeki, te z wodą. Woda w naszym życiu ma wiele zastosowań, jak np. w hodowli zwierząt, które lubimy jeść między innymi bydło. Taką krowę trzeba nie tylko napoić, ale też nakarmić paszą, którą się wytwarza, podlewając wcześniej dużo roślinek, bo taka krowa dużo je. Jak mamy jedną krowę, to jest spoko. Jak mamy miliard ludzi (14% świata) zjadających kilo wołowiny na miesiąc na głowę, to wychodzi miesięczne zapotrzebowanie milion ton mięsa, co oznacza przy naiwnym założeniu, że krowa waży tonę i 100% masy idzie na jedzenie, to miesięcznie musimy zabijać milion krów. Jeszcze raz – milion krów dla czterech obiadów z wołowiną dla 14% ludzkości. Potrzeba oczywiście znacznie większej liczby, żeby utrzymać taki napływ. Zanim to urośnie do uboju, to żre, pije, sra i pierdzi. Ten ostatni aspekt jest szczególnie ważny, bo bydło pierdzi metanem, który walnie przyczynia się do efektu cieplarnianego. Jakby było Wam mało smutnych informacji, to przypominam, że oprócz bydła, to hodujemy dla mięsa (i nie tylko) jeszcze drób, świnie i owce, które też żrą, piją i srają. No i potrzebne są tereny do hodowli i uprawy żywności dla nich. W domach mamy też psy i koty, które też jedzą mięso. Mówiłem też, że jest nas co raz więcej, więc i potrzebujemy jeszcze więcej zwierząt, terenów i wody, a żeby było zabawniej, to wzrasta też spożycie mięsa na głowę! Wspaniale, prawda? Nic tylko nie żyć i umierać!

Jeszcze tu jesteście? Mało Wam? No to wiedzcie, że w większości typów elektrowni wykorzystuje się duże ilości wody, bo przeważnie to para wodna napędza turbiny. Znowu. Produkujemy coraz więcej elektroniki, bo jest w naszym życiu obecna, a i nas jest nas coraz więcej, więc zwiększamy zapotrzebowanie energetyczne. Potrzebujemy zatem jeszcze więcej wody, wzmacniamy efekt cieplarniany i skutkuje to jeszcze mniejszą ilością wody. Szczyt skretynienia osiągnęliśmy chyba w momencie, w którym banda niedojebanych skurwysynów (przepraszam za określenie, ale inaczej nie da) ponownie otworzyła elektrownię węglową, żeby zasilić kopalnię Bitcoinów.


Kapitalizm

Co jeszcze fajnego zrobiliśmy w ramach kapitalizmu? Dwie fajne katastrofy ekologiczne. Jedna to prawie że zniszczenie warstwy ozonowej przez użycie freonów, bo chcieliśmy taniej i sprawniej chłodzić. Potem zaczęliśmy ich używać w aerozolach. Trzeba uczciwie przyznać, że nikt wtedy nie był  w stanie przewidzieć, że będą tak szkodliwe, ale przynajmniej wspólnym trudem udało się to trochę odkręcić. Niestety ostatnio ktoś w Chinach zaczął nam to znowu psuć. Z kolei drugą fajną katastrofą ekologiczną, którą spowodowaliśmy jest pokrycie właściwie całej planety ołowiem poprzez używanie ołowiowej benzyny, żeby nam nie stukało w samochodach. Prawdopodobnie w ten sposób spowodowaliśmy wielką falę przemocy, która pojawiała się w każdym kraju jakieś 20 lat od wprowadzenia benzyny ołowiowej i malała po takim samym czasie od zakazania tego paliwa, a było to niezależne od prowadzonej polityki społecznej kraju. Wiązało się to z tym, że ołów prawdopodobnie obniża iloraz inteligencji, ale nie można tego potwierdzić, bo nikt nie będzie truł płodu ołowiem, żeby sprawdzić, czy jak dorośnie, to będzie popełniał przestępstwa. Wiecie co jest zabawne? Za obie katastrofy odpowiada ten sam wynalazca pracujący dla General Motors, Thomas Midgley. Przy czym w drugim przypadku skurwiel dobrze wiedział, co robi, bo o szkodliwości ołowiu wiemy od czasów starożytnych Rzymian. Jego jedyną motywacją była chęć zarobienia 3 centów więcej na baryłce. Kapitalizm w pełni chwały.

Co zatem mamy dzięki kapitalizmowi oprócz zaspokojenia naszych najpilniejszych i tych zupełnie sztucznych potrzeb? Kryzys klimatyczny, zatrucie środowiska, egoistyczne społeczeństwo, wojny o zasoby i jeszcze parę miłych rzeczy by się znalazło. Przy czym kapitalizm nie jest jakimś mrocznym, niezależnym bytem. To ludzie go wykreowali, kierując się chęcią zysku i ludzie go stanowią. Fragment ten nazwałem dla zmyłki „Zaraza”, żeby Was trochę nabrać na ten wykres. Niestety jako gatunek faktycznie zachowujemy się dla planety jak choroba i to nawet zakaźna, ale bardzo nieudolna, bo zabijemy zapewne naszego nosiciela, zanim zdążymy się przenieść na innego. „Późny kapitalizm” nawet brzmi jak faza terminalna złośliwego nowotworu. Dla fanów Discovery i ich „dokumentów” o kosmitach zostawiam teorię spiskową, że ludzie są właśnie taką precyzyjną bronią biologiczną, która ma wyjaławiać życie na planetach i dlatego tak się różnimy od innych zwierząt.


Moja (anty)utopia

Co zatem w zamian? Część pewnie krzyknie, że chcę wprowadzać komunizm i to taki zapewne w wydaniu  ZSRR. No cóż, pewnie ich rozczaruję, ale  nie. Fanem wujka Józka nigdy nie byłem, a z łagrami mam tyle wspólnego, że lubię nimi straszyć libków. Z resztą gdybym żył w tamtych czasach w ZSRR, to za swoje poglądy zapewne sam bym skończył w łagrze i to w najlepszym przypadku. Ja tu opiszę swoją wersję utopii, której nawet przy spełnieniu wszystkich warunków nie uda się zrealizować. Jak pisał Piotr Ikonowicz, utopie są po to, żeby wyznaczały kierunek.

Na samym początku uważam, że powinniśmy przeprowadzić masową deglomerację i rozproszyć ludzi na większym obszarze w dużo mniejszych ośrodkach niż obecne wielkie miasta. Jak duże miałyby to być ośrodki? To pytanie do kogoś, kto podjąłby się realizacji tej części planu i określił, jaki rozmiar jest docelowy, aby były one w połączeniu z okolicznymi terenami rolnymi względnie samowystarczalne pod kątem produkcji żywności i oferowania podstawowych usług.

Na wyższym poziomie ośrodki te należałoby zorganizować w okręgi tematyczne tak, aby te zapewniały trudniejsze do realizacji potrzeby. Wymagałoby to okręgów co najmniej  przemysłowych, naukowych, rolniczych i być może wojskowych. Okręgi przemysłowe znajdowałyby się najczęściej w pobliżu koniecznych zasobów, a ich zadaniem byłoby zapewnienie sobie i pozostałym mieszkań, narzędzi, środków transportu, energii elektrycznej, leków i całej masy innych rzeczy. Wszystko musiałoby być tak rozmieszczone, żeby pokrywać zapotrzebowanie jak największych terenów, ale też zorganizowane w taki sposób, aby w razie problemów jeden okręg mógł tymczasowo zastąpić inny, żeby nie doszło do sytuacji, jak z brakiem produkcji leków w Chinach w trakcie epidemii.

Do zadań okręgów rolniczych należałaby produkcja nadwyżki żywności, którą można by wykorzystać w przypadku niespodziewanych spadków produkcji w ośrodkach i zaopatrzeniem tych, które nie są w stanie być samowystarczalne. Jeśli ktoś jeszcze się nie domyślił, to byłyby one nastawione na produkcję roślinną. Chcemy czy nie, walka o przetrwanie cywilizacji dotknie każdej naszej dziedziny życia, w tym nawyków żywieniowych. Stanowcze ograniczenie spożycia mięsa, przejście na wegetarianizm bądź weganizm przez ludzkość nie tylko dobrze by zrobiło dla kondycji planety i naszej, ale też dla humanitarnej części naszych dusz. Nie oznacza to oczywiście kompletnego rozbratu z produkcją mięsa. Jest całkiem sporo zwierząt nie tylko domowych na naszym utrzymaniu, które bez zwierzęcego białka żyć nie mogą. Poza tym konserwy mięsne mogą stanowić całkiem niezły, żelazny zapas. Takie wojskowe puszki mogą przeleżeć i 50 lat, a mięso dalej będzie zdatne do spożycia. Nie jest to co prawda miód, który w sterylnych warunkach może poczekać i 3000 lat, ale i tak jest nieźle. Nie można też zapomnieć o tym, że potrzebujemy innych produktów odzwierzęcych, jak np. mleko krowie, które służy do produkcji mleka zastępczego dla niemowlaków. Chciałbym oczywiście, żebyśmy odeszli od wykorzystywania zwierząt, ale niestety jest to praca na jeszcze długie lata.
Okręgi wojskowe albo raczej obronne, bo celem całej inicjatywy nie jest prowadzenie żadnych wojen poza obronnymi. Istnienie tych okręgów byłoby podyktowane raczej zasadą „kto chce pokoju, szykuje się do wojny”. Nie chodzi tu o cyniczną interpretację, wedle której przywódcy najgłośniej krzyczący o pokoju najbardziej prą do wojny. Nie, tu chodzi o bardziej pragmatyczną wersję propagowaną m.in. przez Machiavellego, którego powszechnie oceniono bardzo niesprawiedliwie. Po prostu kraju dobrze przygotowanego do wojny nikt nie chce zaatakować. Docelowo okręgi obronne miałyby zapewnić przeszkolenie całej ludności w regionie, mieć w gotowości służby do pomocy w przypadku kataklizmów, a w najgorszym wypadku zapewniły „wewnętrzną stabilizację”. Powtarzam, że cały projekt to idealistyczna utopia, ale nie można udawać, że sprawy pójdą czasem źle. Złudzeń pozbawił mnie fakt, że nawet na takim mikropoziomie jak squoty trafi się czasem „Przychodnia” (zachęcam do poczytania na własną rękę), której przydałaby się mała pacyfikacja.

Ostatni rodzaj okręgów, o którym jeszcze nie mówiłem to naukowe. Chyba najważniejsze ze wszystkich, bo stanowiące klucz do naszego zbawienia. To tutaj na uczelniach i w ośrodkach badawczych opracowywałoby nowe GMO, które wymagałoby mniej wody i terenów, leki, odczynniki, maszyny, rodzaje broni, oprogramowania. To one wspierałyby pozostałe okręgi, aby zwiększyć efektywność ich prac i zmniejszyć koszta środowiskowe. To wreszcie tu wrócilibyśmy do snu o sięgnięciu gwiazd, ale tym razem naprawdę, abyśmy zaznali życia pod innym światłem. Niestety, nieważne jak bardzo byśmy się sami ograniczali, regulowali populację i optymalizowali produkcję, to wciąż będziemy rosnąć. Wolniej, ale będziemy. Koniec końców jedyną drogą dla przetrwania będzie ucieczka w kosmos i kolonizacją nowych planet. Celem całego projektu jest to, żeby dać nam czas i nauczyć się, jak żyć bez niszczenia wszystkiego wokół.
Na koniec tematu o okręgach wyjaśnię, po co taki podział na samowystarczalne regiony, skoro mamy już landy, województwa, stany, państwa i inne mniejsze i większe jednostki administracyjne. Powody są trzy. Pierwszy to likwidacja państw i stworzenie jednostek o równomiernie rozłożonym potencjale, aby ze sobą współpracowały zamiast konkurowania i walczenia o sprzeczne interesy. Drugi powód to pomysł zaczerpnięty z branży IT, architektura rozproszona. Jedna instancja padła? Spokojnie, cały system dalej działa, a tą zaraz podniesiemy. Trzeci powód i chyba najważniejszy w obecnym kontekście, to maksymalne zmniejszenie transportu, aby ograniczyć jego negatywny wpływ na środowisko.

Myśląc starymi schematami, ktoś pewnie zapyta „A kto za to wszystko zapłaci?”. Nie ukrywam, że to przedsięwzięcie bardzo ambitne, czasochłonne i wymagające olbrzymiej pracy. Mam nadzieję, że jeśli chodzi koszta, to… nie poniesie ich nikt. Zdziwieni, prawda? Tutaj przechodzimy do omówienia organizacji redystrybucji i życia w nowym świecie. Skoro zaczęliśmy o pieniądzach, to należy kontynuować. Jeśli chcemy lepiej zorganizować naszą cywilizację, to musimy odejść od posługiwania się pieniądzem. Znowu ktoś zapyta „W takim razie co? Handel wymienny?”. Też nie. Sęk w tym, że musimy zrezygnować nie tylko z pieniędzy, ale i handlu oraz chęci zysku. Tak, tu pojawia się ten straszny komunizm w postaci „wszystkim po równo i według potrzeb”. Tym krzyczącym teraz o pracowitych i wykształconych powiem raz i nie zamierzam na siłę wyjaśniać. Osobiste sukcesy rzadko kiedy (albo wcale) wynikają z indywidualnych zasług, a są głównie wypadkową szczęścia i okoliczności. Jak się ktoś z tym nie zgadza, to już jego problem. Niezależnie od tego, ile ktoś wkłada w rozwój społeczności nie może on/ona liczyć na specjalne przywileje z tego względu. Musimy zacząć w końcu grać do jednej bramki, bo jedziemy na tym samym wózku w i kierunku zagłady i iść w równym szeregu, nie zostawiając nikogo w tyle. Musimy zacząć zbiorczo pracować na poprawę życia nas wszystkich, niezależnie od tego, ile inni od siebie wkładają, bo za dużo energii stracimy na samo sprawdzanie tego. W zamian handlu proponuję zapewnianie potrzeb, ale to wymaga znienawidzonej w tym kraju reglamentacji. Przydział każdemu tyle zróżnicowanej żywności, aby zapewnić zdrowy tryb życia z dopasowaniem do potrzeb organizmu. Przydział mieszkań z wielkością zależną od potrzeb rodzin z podobnym wszędzie standardem, ale na tyle różnorodnymi materiałami, aby zapewnić pewien stopień indywidualności przy minimalizacji kosztów środowiskowych. Podobnie z ubraniami, które byłyby dostarczane według zużycia. Leki i aparatura lecznicza? Produkujemy tyle, ile trzeba i komu trzeba. Koniec z kalkulowaniem czy jakiś lek przyniesie zysk, czy się opłaca, czy warto komuś ratować życie. Brakuje respiratorów? Produkujemy więcej albo dostarczamy z magazynów, jeśli już są? Koszta? Tyle, co zużyte surowce na produkcję i transport, bo nikomu już nie płacimy, ponieważ każdemu należy się bez żadnego zasranego „ale” to wszechobecne, nowe minimum. Ludzie ponad zysk!

Niektórzy zwrócą pewnie uwagę, że centralne planowanie konsumpcji już było i nie bardzo wyszło. No nie niezbyt mam tu z czym polemizować, bo to w sumie prawda, ale są przesłanki, żeby jednak spróbować jeszcze raz. Po pierwsze, tym razem mamy ustalanie tego z poziomu regionu, który jest w stanie sam się zaopatrywać i musi kontrolować tylko siebie, a nie cały kraj. Po drugie, mamy dostęp do o zaawansowanej technologii, która pozwoli nam o wiele lepiej wyliczyć zapotrzebowanie. Sam pracowałem przy takim programie, który miał dbać o stałe zaopatrzenie magazynów w części maszyn przy jednoczesnym jak najmniejszym stanie, by nie generować dodatkowych kosztów. Po trzecie, to nie bardzo mamy już wyjście i trzeba zmienić sposób redystrybucji jak najszybciej.

Takie ograniczenie produkcji i zlikwidowanie licznych branż niesie ze sobą oczywiście konsekwencje w postaci znacznego wzrostu bezrobocia. W związku z tak znaczącą transformacją powstałoby sporo nowych etatów, ale trochę tych bankierów, marketingowców telemarketerów, artystów i innych przedstawicieli zawodów jałowych z punktu widzenia poprawy dobrostanu by było i nie dla wszystkich znalazłyby się produktywne zajęcia. Czy to oznacza, że część ludzi pracowałaby na rzecz nierobów? Cóż, teraz też tak robi, a te nieroby nazywają się dumnie CEO, ale o nich będzie później. Czy może należałoby im wciskać choćby najprostsze prace jak kopanie rowów? A może trzeba po prostu zabić tych ludzi? Odpowiedzi na zadane pytania brzmią następująco: i tak, i nie; nie; nie. Żeby zapobiec niesprawiedliwości i wewnętrznym konfliktom, należałoby wprowadzić rotację, aby każdy był raz pracujący, a raz bezrobotny. Czy to oznacza, że każdy by siedział na tyłku w domu przez np. 3 miesiące i patrzył jak inni zasuwają? To w sumie też jest opcja, ale byłyby też inne. Do tej pory pisałem o zapewnieniu potrzeb podstawowych, ale przecież tworzymy cywilizację, a w równym stopniu co dorobek materialny i intelektualny określa ją dorobek kulturalny. Jako jednostki indywidualne mamy też swoje potrzeby umysłowe i duchowe. Osoby w stanie spoczynku mogłyby skupić się na sobie i zająć się rodziną, swoim hobby, rozrywką, podróżowaniem, czytaniem czy czymkolwiek innym albo zrobić coś nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Jeśli nie musisz martwić się o byt, to możesz swobodnie pisać książkę, malować, komponować, programować albo prowadzić zajęcia z tańca czy organizować życie sportowe lokalnej społeczności. A jak ustalić kto, kiedy i ile ma pracować? Tu przechodzimy do kolejnego aspektu życia w nowym świecie, prawa.

Jeśli chodzi o dziedzictwo pozostawione przez starożytnych Rzymian, to największą odrazą darzę ich system prawny – jego skomplikowanie i ogólne podejście. Swoje oczywiście dołożyli rozmaici cwaniacy, którzy zawsze musieli znaleźć sposób na obejście prawa i trzeba było tworzyć nowe obostrzenia, które z czasem mogły być utrudnieniem dla reszty. No ale nie cwaniakach tu mowa, a o tych głupich Rzymianach. Tych, którzy wymyślili, że nieznajomość prawa nie usprawiedliwia  i w ogóle dura lex sed lex, to bym zakopał żywcem, a potem powoli topił w odchodach. Na szczęście w naszym nowym, wspaniałym świecie już na starcie wyrzucamy do kosza prawo handlowe, bankowe i budowlane, bo albo będzie bezcelowe, albo i tak będą się tym zajmować desygnowani, regionalni specjaliści stosujący wiele gotowych wzorców. Na poziomie światowym prawo powinno być jak najprostsze i wyznaczać kierunek. Z kolei bardziej szczegółowe prawa byłyby ustalane na poziomie ośrodków, ale też bez przesadnego ingerowania w każdy możliwy aspekt. Np. prawo światowe wprowadza zasadę rotacji zawodowej, ale już same ośrodki decydowałyby, jak to realizować. Aborcja? Tak, wszędzie jest dostępna i każdy ginekolog przeprowadzi, ale na jakich warunkach, to już ustaliłyby kobiety w swoich ośrodkach. Co? Zdziwiło Was, że kobiety? Otóż prawo dotyczące jakiejś i wpływające tylko na nią powinno być ustalane przez właśnie te grupy. Społeczność LGBT chce brać śluby jednopłciowe? Nie ma problemu, sami sobie je nadadzą, jeśli do tej pory go nie było, a cały ośrodek w ogóle dopuszcza u siebie instytucję małżeństwa. Pojawia się tu oczywiście ryzyko, że każdy ośrodek miałby inne zasady i ktoś mógłby wtedy paść ofiarą znienawidzonej przeze mnie i wspomnianej już zasady. Teoretycznie tak, w praktyce prawa powinny być jak najprostsze i zminimalizowane. Tak długo, jak nikogo nie krzywdzisz, ani nie wpływasz w sposób istotny na innych, tak długo nie powinieneś spodziewać się kary (schowajcie tego węża do spodni, Wy cholerne akapki, wiek przyzwolenia dalej będzie obowiązywał).

Ktoś zapyta, co z ludźmi, którzy nie chcą tak żyć? Zawsze można żyć poza społecznością, w dziczy. Wtedy żyjesz jak chcesz. Nie obawiam się jednak masowego exodusu, bo człowiek to koniec końców zwierze stadne i szybko się dostosowuje, a jak ma zapewnione potrzeby, to i buntować się nie będzie. A gdyby doszło do jakiejś większej, zorganizowanej akcji?

No cóż, po coś te okręgi obronne by były.


Dlaczego to się nie uda?

Utopie mają to do siebie, że nikt ich nigdy nie zrealizował, ale moja nie ma na to szans nawet szczątkowych. Sprawa rozbija się właściwie na każdym sposobie wprowadzenia, ale na różnych etapach w zależności od biegu wydarzeń. Zasadnicze drogi są dwie – pokojowa i rewolucyjna.
Pokojową drogą zakłada mozolną pracę u podstaw, zmienianie postawy społeczeństwa, przejmowanie władzy. Generalnie miło, fajnie, ale ja zasadniczo nie znam przypadków historii, kiedy zmieniono jakiś ustrój bez rozróby. Z resztą nawet jeśli to jest możliwe, to jest to zadanie na pokolenia i nawet sto lat może być za mało. Ile mamy my na działanie? 20 to już zbyt duży optymizm. Poza tym droga pokojowa spotka te same problemy co rewolucyjna, a ta też nie będzie miała z nimi łatwo. W związku z powyższym nie zostało nam zbyt dużo alternatyw.

Ścieżka rewolucji niesie ze sobą oczywiście to, co rewolucja ma w zwyczaju nieść ze sobą – krew. Żeby osiągnąć nasz cel, trzeba zrównać wszystkich albo raczej wszystkim odebrać majątki. Już to założenie stawia idealistów naprzeciw prawie całemu światu, nie tylko krezusom. Żeby to w ogóle miało sens, to musi stać się rewolucją światową i oddolną. Niestety mamy wtedy za wroga prawie każde państwo, które bez skrupułów użyją wojska, a to oznacza III Wojnę Światową. Mało? Wojna to nie tylko walczące ze sobą wojska. To też logistyka i zaplecze, które są nawet jeszcze ważniejsze. Skąd to wziąć? No może by się dało, ale na to trzeba czasu. Ważniejsze jednak od nagięcia państw do swej woli jest wywłaszczenie kapitalistów, tych przez duże „K” i tych przez trochę mniejsze. Nie chodzi tu tylko wprowadzenie nowego ładu społecznego, ale też likwidację największego zagrożenia. Do czego zdolni są kapitaliści, żeby obronić swój stan posiadania? W Amazonie upodlają ludzi. Coca-Cola i Chicquita nie miały problemu z posłaniem w XXI pierwszym wieku szwadronów śmierci i strzelaniem do swoich pracowników w Ameryce Południowej. General Motors przez dekady fałszowało badania oraz  przekupywało i zastraszało urzędników, naukowców i lekarzy, żeby zataić szkodliwość benzyny ołowiowej. Firma braci Koch (jeden już na szczęście gryzie glebę, a za drugiego trzymamy kciuki razem z Ronem Perlmanem) daje olbrzymie nakłady na podsycanie negacjonizmu klimatycznego. Koncerny naftowe zawsze chętnie popierają każdą kolejną wojnę USA na Bliskim Wschodzie. W Republice Weimarskiej wsparto nawet pewnego niszowego polityka ze śmiesznym wąsem. To, co wymieniłem to jest i tak tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym skrywają się łapówki, morderstwa, wymuszenia, porwania i mnóstwo innych przestępstw, przy których nasi rodzimi gangsterzy to przedszkolaki.

Zakładając nawet, że uda nam się osiągnąć nasze cele pomimo utopienia świata we krwi i wyrobienia się w czasie, to zostaje jedna kwestia. Jak uczy nas historia, na czele krwawych rewolucji nierzadko stają nie mniej krwawi ludzie, którzy potem lubią sobie sami zagarnąć tę władzę. Kończy się to przeważnie utworzeniem nowych elit i zamianą ról co poniektórych, a i tak ci, co byli na szczycie, przeważnie na nim zostają. Na chwilę obecną i tak nie ma co liczyć na rewolucję, bo nie mamy nawet wojska. Może ktoś by się trafił w Ameryce Południowej w większej liczbie, może Kurdowie i jacyś ochotnicy, ale trochę za mało na same USA, a są przecież jeszcze Rosja, Chiny, Turcja Brazylia…

Pocieszający jest powyższy tekst, prawda? Nie mam za bardzo dla Was pokrzepiających słów. Może jeśli się pogodzimy z tym, co i tak musi się stać, to jakoś łatwiej będzie to znieść. Najbardziej mi w tym wszystkim żal naszych dzieci, ale nie chcę się nad tym rozwodzić, bo będzie nam jeszcze smutniej. Jeśli dojdzie do jakiejś rewolucji, to już raczej wtedy, gdy będzie dość upadłych ludzi, ale będzie już za późno. Gdyby udało się przetrwać jakiejś cząstce ludzkości, to może im udałoby się w tych nowych trudnych warunkach zbudować lepszy świat.
Na koniec pytanie na rozluźnienie. Kogo obstawiacie, że przetrwa katastrofę klimatyczną? Ja stawiam na trzy grupy – praktykujących anarchistów, prepersów i Amiszów.