Kler i policja, jedna koalicja. Rozmowa z osobą zakutą w kajdanki przy apostazji

Zdjęcie otwartej Biblii leżącej na stole. Na Biblii leży różaniec.
Źdjęcie: pexels.com

W mediach niedawno pojawił się temat Zuli, która udała się do parafii św. Włodzimierza w Warszawie w celu dokonania apostazji. Doszło do wezwania policji, kiedy Zula nie chciała ulec proboszczowi utrudniającemu procedurę. Co zrobili policjanci? Oczywiście dopuścili się przemocy werbalnej i fizycznej oraz szeregu bezprawnych działań, takich jak zakucie w kajdanki bez zachowania procedury zatrzymania.

Nie zwracali uwagi na słowa osoby, która chciała wyjaśnić, o co jej chodzi. Słuchali w tym czasie księdza, od którego nie żądali nawet dokumentu tożsamości, mimo że był zgłaszającym. Kler może najwidoczniej utrudniać procedury zawarte w prawie kanonicznym i jeszcze przy okazji liczyć na wsparcie przemocowych policjantów.

Dla kontekstu poczytacie o tym m.in. w wątku Mai Staśko, który załączam poniżej.

Dzisiaj rozmawiam z Zulą bardziej szczegółowo o tym, co ją spotkało.

Karolina Stachowiak: W swoich relacjach dostępnych na mediach społecznościowych i w innych mediach mówisz, że już w wieku 18 lat rozważałaś apostazję. Zanim przejdziemy do bieżących wydarzeń, czy mogę spytać, dlaczego tak wtedy myślałaś i jakie były Twoje relacje z Kościołem w młodości?

Zula: Moje relacje z Kościołem były żadne od czasu przyjęcia sakramentu komunii świętej. Odkąd byłam już w stanie kształtować własne poglądy, nie mogłam znieść fałszu i zasłaniania się Bogiem w każdej sytuacji, do tej pory nie mogę. Wydawało mi się to naiwne i zwyczajnie nie dla mnie, jeśli ktoś chce, to niech sobie wierzy i bierze w tym udział, ja nie muszę.

Karolina Stachowiak: To zrozumiałe, myślę, że chyba większość osób dokonujących teraz apostazji się z Tobą zgodzi. Kiedy w końcu poszłaś to załatwić, skończyło się to zakuciem w kajdanki przez policję. Opowiesz, co ksiądz mówił o Dekrecie Episkopatu i obowiązującym go prawie?

Zula: Kiedy powołałam się właśnie na Dekret ws wystąpień z kościoła, stwierdził, że go nie zna. Odpowiedziałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się z nim zapoznać, jednak proboszcz zignorował moje słowa.

Karolina Stachowiak: I potem wezwał już policję?

Zula: Najpierw powiedział, że on żadnych dokumentów nie przyjmie i kazał mi wyjść, zaoponowałam, mówiąc że ma obowiązek przyjąć ode mnie oświadczenie woli i nie wyjdę, dopóki tego nie załatwię. Wtedy poinformował mnie, że dzwoni po policję i rzeczywiście zadzwonił.

Karolina Stachowiak: Co się wydarzyło potem? Przyjechali szybciej, niż zwykle?

Zula: Po wykonaniu telefonu proboszcz wyprosił mnie z gabinetu na korytarz, więc wyszłam. Zamknął za mną drzwi po czym po chwili je otworzył i oznajmił, że kontaktował się z kurią, która przyznała mu rację i zgodziła się przyjąć mnie w poniedziałek. Odpowiedziałam, że Dekret Ogólny mówi co innego, ale już nie zwracał na mnie uwagi. Postanowiłam również zadzwonić do kurii, niestety nie dodzwoniłam się ani razu.

Policja zjawiła się niespodziewanie szybko, po niespełna 10 minutach. Weszli do budynku kancelarii, nie przedstawiając się i nie witając. Od razu poszli do gabinetu proboszcza, na mnie nawet nie spojrzeli. Dopiero kiedy ksiądz pokazał na mnie ręką, zwrócili na mnie uwagę i zażądali dowodu osobistego. Od księdza dowodu nie wymagali.

Karolina Stachowiak: To ważne, bo był przecież zgłaszającym. Nawet jeśli się wcześniej przedstawiał przez telefon. Podali, chociaż podstawę prawną wylegitymowania?

Zula: Nie podali, byli zasłuchani w wyjaśnienia proboszcza, który mówił im, że nie może ode mnie przyjąć „pewnych” dokumentów, a ja tego nie rozumiem i nie chcę opuścić kancelarii. Wspomniał, że dzwonił do kurii w mojej sprawie i że oni chcą mnie przyjąć, szkoda, że nie powiedział, że zrobił to już po zawiadomieniu policji. Policjanci zaczęli mnie pytać „czego nie rozumiesz dziewczyno?”, starałam się wyjaśnić, po co w ogóle tam przyszłam, ale nie chcieli mnie słuchać, wciąż mi przerywali tekstami „ksiądz mówi, że nie to nie, czego nie umiesz zrozumieć”, „czy ty nie rozumiesz, że tutaj nic nie załatwisz, czy jakaś ułomna jesteś?”.

Po raz kolejny zaczęłam mówić o Dekrecie Ogólnym i prawie kanonicznym, jeden z nich stwierdził, że to nie ich prawo i jego to nie interesuje, mam wyjść i koniec. Chciałam zacząć przytaczać treść Dekretu, jednocześnie szukając w kieszeni telefonu, aby rozpocząć nagrywanie sytuacji, ale wtedy na rękę założono mi kajdanki i wykręcono ją do tyłu. Siedziałam, więc w ten sposób zmusili mnie do wstania i zapięli kajdanki na obu nadgarstkach, jeden z policjantów chciał odebrać mi torbę, ale powiedziałam, że torba zostaje ze mną, byłam w szoku. Odpowiedział, że nie ja tu decyduję.

Karolina Stachowiak: Nie padło, że jesteś zatrzymana? Nie spodziewam się tego, bo policja ostatnio lubi łamać prawo, ale powinni byli Ci podać taki komunikat, jeśli zakładali kajdanki.

Zula: Nie, te kajdanki kompletnie mnie zaskoczyły, zostały założone bez jakiegokolwiek uprzedzenia, w pierwszym odruchu nerwowo szarpnęłam ręką. Kiedy mi ją wykręcił, nawet nie oponowałam, wiedziałam, że to na nic.

Karolina Stachowiak: Co było dalej? Na mediach społecznościowych czytałam o insynuacjach, że powinni zawieźć Cię do psychiatryka i wożeniu po okolicy. Długo to trwało? Co mówili w trakcie tego wszystkiego?

Zula: Wyzwiska zaczęły się zaraz po wyjściu z budynku. Zaczęli mówić, że najwyraźniej coś jest ze mną nie tak i że zawiozą mnie do psychiatryka. Jeden z nich powiedział „zapierdalasz na protesty to i do kurii sobie pozapierdalasz”. Nie wiem, skąd wziął te protesty. Kazali mi wejść do radiowozu i pytali, czy wrócę do tego kościoła i proboszcza. Odpowiedziałam, że tak, bo muszę załatwić tę sprawę. Jeden z nich nazwał mnie wtedy „głupią cipą”, a drugi powiedział, że w takim razie jedziemy do psychiatryka. Zwróciłam mu uwagę, że to nie oni są od decydowania, kto się nadaje do szpitala psychiatrycznego, a kto nie.

Przez kilka, kilkanaście minut wozili mnie po okolicy, komentowali mój wiek, oglądając mój dowód. „Niby 18 lat dawno skończyła, a zachowuje się jak 14-letnia gówniara”. Ponownie pytali mnie, czy wrócę do proboszcza, odpowiadałam, że tak. Znowu grozili mi szpitalem psychiatrycznym i mówili, że jestem ułomna. W pewnym momencie zauważyłam, że wciąż kręcimy się po okolicy i zapytałam, gdzie jedziemy. Jeden z nich odparł „ty mi powiedz”. Zdecydowali, że „tym razem mi odpuszczą i odwiozą do domu”. Podałam im adres, w trakcie jazdy pytali mnie, po co mi ta apostazja potrzebna, że skoro i tak nie chodzę do kościoła to jaka to różnica.

Odpowiedziałam, że mam do tego prawo i chcę to zrobić dla własnego spokoju. Skomentowali „i to jest ci do szczęścia potrzebne? nienormalna”. Zaparkowali pod moim blokiem i kazali wysiąść z radiowozu, zdjęli mi kajdanki na oczach przechodniów, czułam się upokorzona. Ponownie nakazali mi wsiąść do auta. Byłam zdenerwowana i było mi duszno, chciałam zostawić otwarte drzwi, jednak te zostały zatrzaśnięte przez jednego z nich. Postawili mi ultimatum, że albo zadeklaruje, że nigdy więcej nie pójdę do tej parafii, albo naprawdę czeka mnie psychiatryk. Chciałam wytłumaczyć, na czym polega wystąpienie z kościoła, ale nie chcieli słuchać. Jeden z nich podsunął mi długopis i kartkę, kazał podpisać notatkę służbową. Zasłaniał wszystko, poza miejscem na podpis, więc powiedziałam, że chcę przeczytać, co tam jest. Obaj się oburzyli, że tam nie ma co czytać, ale z łaską pokazali mi treść. To był blankiet do wystawiania mandatów karnych, nie było na nim napisanego powodu wystawienia ani ich podpisów. Zapytałam, za co to ma być, odpowiedzieli, że za naruszenie miru domowego.

Czekali aż podpiszę, ale nie pouczyli mnie o możliwości nieprzyjęcia mandatu i z czym to się wiąże. Sama odmówiłam. Wtedy jeden z nich westchnął i nakazał mi podpisać się na dole, stwierdził, że potrzebuje tego, żeby skierować sprawę do sądu. W nerwach zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle powinnam to podpisywać, nie wiedziałam co robić. Zaczęli mnie pospieszać i pod ich naporem podpisałam. Wtedy puścili mnie wolno, grożąc, że jeśli jeszcze raz dostaną wezwanie z mojego powodu, to będę miała prawdziwe problemy.

Zostałam zmuszona do podpisania tego mandatu in blanco i nie wiem teraz, czy będzie to miało jakieś znaczenie, że nie podpisałam go w miejscu do tego wyznaczonym tylko obok.

Karolina Stachowiak: Naprawdę współczuję, szanuję za bardzo świadome podejście. Mam nadzieję, że szybko otrzymasz pomoc prawną tam, gdzie się zwróciłaś albo zwrócisz. Ten przypadek to nawet nie jakiś niuans, ale skandaliczna sytuacja, w której bez problemu da się wypunktować kolejne bezprawne zdarzenia. Czy teraz już czujesz się dobrze?

Zula: Tak naprawdę chyba dopiero dzisiaj dotarło do mnie, co się wydarzyło. Po powrocie do domu byłam roztrzęsiona i zdenerwowana, nie wiedziałam co ze sobą zrobić i pół dnia przespałam. Później zaczęłam pisać skargi, na księdza i na policję, do kurii, RPO i komisariatu, z którego prawdopodobnie przyjechali policjanci. Uznałam, że trzeba nagłośnić sprawę. Cieszę się, że wtedy to zrobiłam, bo dzisiaj nie miałabym już na to siły, czuję się wykończona sytuacją. Myśl, że prawdopodobnie będę musiała wrócić do tej kancelarii sprawia, że jest mi niedobrze. Dostaję dużo wsparcia od przyjaciół i rodziny, a także kompletnie obcych osób i bardzo to doceniam, każda wiadomość z wyrazami wsparcia naprawdę mi pomaga.

Karolina Stachowiak: Ja też chcę powiedzieć, że bardzo Cię wspieram, sama jestem apostatką i osobą, która była świadkinią przemocy policyjnej. Jestem Ci wdzięczna, że mimo zmęczenia chciałaś jeszcze raz coś opowiedzieć o tej sytuacji. Dziękuję za rozmowę, naprawdę.

Zula: Ja też dziękuję, że się do mnie odezwałaś i chcesz o tym napisać. To jest dla mnie mega ważne, żeby sprawa nie została zamieciona pod dywan i żeby policjanci i ksiądz ponieśli konsekwencje.