Koalicje – uczmy się od lepszych

Troje liderów lewicy na kongresie, od lewej Biedroń, Zandberg, czarzasty. W tle bannery LEWICA
Zdjęcie: Andrzej Grygiel /PAP

Długo zajęło lewicy – i środowisku i politykom – dojście do wniosku, że mnożenie się przez podział nie jest najmądrzejszą strategią na wprowadzania postulatów w życie. Wystartowanie ze wspólnej listy pod szyldem Lewicy czy planowane zjednoczenie się SLD i Wiosny postrzegam jako zwycięstwo praktycznego rozumu. Jeżeli jak ja rozumiecie politykę jako sztukę skutecznego realizowania założonych postulatów, a w polityku widzicie przede wszystkim lobbystę, który ma te cele forsować i sprzedawać, pewnie doszliście do wniosku, że pojednanie na lewicy nie wystarczy.

Zgoda buduje

Chyba nikt nie ma złudzeń, że Lewica osiągnie wynik, który da jej samodzielną większość. Przeszczep jeszcze nie zdążył się przyjąć, a myśląc perspektywicznie, już musimy zastanawiać się nad kolejnymi koalicjami. Co jakiś czas pojawiają się artykuły o PO-Lewie czy rzadziej, ale też (polecam tekst Kamila Kupińskiego „A gdyby tak z PiS-em”) o PiS-Lewie. Takie rozważania budzą skrajne emocje od niezdrowego entuzjazmu i marzeń o wielkiej antypisowskiej/ludowej koalicji po oskarżenia o oportunizm i gowinowy kręgosłup. Faktycznie, nietrudno przekroczyć granicę przyzwoitości, ale równie łatwo złapać się na równię pochyłą.

Nie imponuje mi już zbytnio polityczny idealizm, chociaż przyznaję postacie niezłomne, jak np. Jeremy Corbyn niewątpliwie inspirują – człowiek waleczny, nieugięty, ideowy, nieprzejednany. Jednak jako polityk nieskuteczny. Nie wyznaję filozofii „im gorzej, tym lepiej”. Doceniam każdy postulat, który uda się wprowadzić w życie, bo uważam, że nawet niewiele to więcej niż nic. Czasem wielką lokomotywę dziejów należy trochę spowolnić, żeby nie rozjechała nas wszystkich. Chciałbym wziąć na warsztat dwie koalicje, które w naszej rzeczywistości wydałyby się egzotyczne, a pozytywnie mnie zaskoczyły.

Nowa Zelandia – lewicowy populizm z narodowym zacięciem

Nowozelandzkie wybory parlamentarne w 2017 zakończyły się impasem. Żadna partia nie zdobyła liczby mandatów, która zapewniłaby jej stabilną większość. Języczkiem u wagi stała się populistyczna i nacjonalistyczna partia Najpierw Nowa Zelandia. O jej aprobatę starali się konserwatyści z Nowozelandzkiej Partii Narodowej, jak i Partia Pracy. Po wzmożonych negocjacjach uformował się blok centro-lewicowy złożony z Partii Pracy, Najpierw Nowa Zelandia i Zielonych.

Nie obeszło się bez kompromisów. Labourzyści zgodzili się wycofać z propozycji wprowadzenia podatku od zużycia wody dla rolników. Narodowcy zrezygnowali z referendum na temat zasadności klapsa jako metody wychowawczej (anti-smacking bill) i z postulatu odebrania autochtonicznej grupie etnicznej Maori gwarantowanych miejsc w parlamencie. Zieloni wynegocjowali referendum, które rozstrzygnie kwestię legalności konopi i szereg postulatów proekologicznych.

Jedną z pierwszych decyzji nowego gabinetu było ograniczenie National Standards w nowozelandzkich szkołach. National Standards to narzędzie służące do zmierzenia postępów ucznia wprowadzone przez wcześniejszy centroprawicowy rząd. W teorii miało pomóc nauczycielom i rodzicom monitorować osiągnięcia i braki ucznia, w praktyce doprowadziło do wzmożonej, popularnej i w Polsce testozy – zawężono podstawę programową (wcześniej elastyczna, miała być wskazówką dla nauczyciela, później zamieniła się w sztywną listę wymagań, które pojawią się na egzaminie), zaczęto szufladkować uczniów, szkoły z gorszymi wynikami traciły dofinansowania. Na National Standards narzekali wszyscy – uczniowie, rodzice, nauczyciele i dyrektorzy. Narzędzie zostało jako pomoc pedagogiczna dla nauczycieli. Wyników nie trzeba jednak raportować. Nowy rząd pochylił się nad podatkami. Powołano Tax Working Group – złożoną z akademików, ludzi związanych z biznesem i urzędników, która ma zreformować nowozelandzki system podatkowy, by stał się uczciwszy. Koalicja podjęła również walkę ze zmianami klimatycznymi. Wyżej opodatkowano paliwa kopalne, zakazano również tworzenia nowych instalacji do wydobywania gazu i ropy na obszarach morskich. Zmniejszono budżet na budowę nowych autostrad, środki przerzucono na rozwój komunikacji zbiorowej. Zajęto się również problemem bezdomności. Zapowiedziano budowę 1500 domów tymczasowych (shorter term-homes ) i ogłoszono start programu Housing First, który zakłada zapewnienie stałego kwaterunku dla rodzin potrzebujących, zmagających się z uzależnieniami czy innymi problemami zdrowotnymi. Oprócz tego warto wspomnieć o przedłużeniu urlopu macierzyńskiego, zalegalizowanie leczniczej marihuany czy aborcji do 20 tygodnia.

Sukces tej koalicji wydaje się dość prosty – bezpośredniość w negocjacjach, rozwiązywanie tematów spornych w referendach i skupienie się na tym, co łączy, a nie dzieli.

Czechy – drugie skrzypce

Przykład Nowej Zelandii jest optymistyczny. Pamiętajmy jednak, że Partia Pracy była dominującym koalicjantem i miała najwięcej do powiedzenia. W czeskich wyborach parlamentarnych w 2017 zwyciężyła Akcja Niezadowolonych Obywateli – ANO 2011, partia o profilu centroprawicowym, określana też jako populistyczna. Po nieudanej próbie utworzenia niezależnego rządu Andrej Babiš doszedł do porozumienia z Czeską Partią Socjaldemokratyczną i z poparciem Komunistycznej Partii Czech i Moraw utworzono gabinet koalicyjny. Lewicy przypadło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Pracy i Spraw Socjalnych, Ministerstwo Rolnictwa i Ministerstwo Kultury.


Niestety trudno mi napisać więcej o owocach tej koalicji, gdyż anglojęzyczne media nie rozpisują się na temat polityki wewnętrznej naszych czeskich sąsiadów. Wydaje mi się, że jednak już sam podział ministerstw zasługuje na komentarz. W polskich realiach Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwo Środowiska, Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Zdrowia to sektory, do których partie starego nurtu podchodzą z przymrużeniem oka, a które dałyby Lewicy wielkie pole do popisu.

Oczy szeroko zamknięte

Lewica za trzy lata prawdopodobnie nie uniknie koalicji. Jeżeli szala przechyli się na stronę antypisowskiej opozycji, parcie na taktyczny sojusz, „żeby wreszcie odsunąć PiS od władzy” będzie ogromne. Ale na prawicy prawdopodobnie również szykuje nam się przetasowanie. Kaczyński się starzeje, sępy zaczynają krążyć, buldogi rwą się do walki. Umiarkowane skrzydło PiSu nieprzychylnie patrzy na zamordystyczne zapędy Ziobry i gangu, a i Gowin im coraz bardziej nie w smak. Przed nami trzy lata, wiele może się zdarzyć. Wybory prezydenckie pokazały, że zamknięcie się na dialog, choćby pozorowany, z którąkolwiek ze stron jest najgłupszą taktyką, zwłaszcza, że Lewica na 90% będzie tym słabszym koalicjantem. Jeżeli Koalicja Obywatelska uzna nas za pewniaka lub wręcz darmowy rezerwuar głosów, dostaniemy powtórkę z upokarzającej kampanii sprzed drugiej tury wyborów prezydenckich. Lewica powinna być elastyczna, tymczasem jest zahukana i moralnie szantażowana. Dobrzy politycy powinni dogadywać się z każdym, kto oferuje realizację ich postulatów. W końcu po to zostali wybrani.