Komu przeszkadzają tematy zastępcze?

Po ostatniej debacie prezydenckiej nie brakuje głosów, że Robert Biedroń kluczył i unikał odpowiedzi na pytania. Szczególnie było to widać na tle wystąpień Waldemara Witkowskiego. Lewicowa bańka oburza się, że ten drugi mówił bardziej jej językiem, niż ten pierwszy. Chciałbym tu nieśmiało zauważyć, że może to dlatego, że Biedroń nie mówił do was? Dlaczego? Wystarczy poczytać jego program albo posłuchać wystąpień na wiecach, aby wyraźnie zobaczyć jego poglądy. Gdy występował w TVP nie mówił więc rzeczy przeznaczonych dla lewicy, która już to wszystko wie, tylko do nowych potencjalnych wyborców. (Choć osobiście wyobrażam sobie, że nie mówił do lewicowych wyborców bo są niewdzięcznymi malkontentami.)

Czy ta strategia pomaga w pozyskaniu elektoratu? Po sondażach można by wnioskować, że nie. Czy ta strategia ma sens? Tak. Pomaga powstrzymać demonizację lewicy. Kto wie? Może nawet przekonać kogoś do posłuchania lewicowych postulatów bez uprzedzeń, a to pierwszy krok do ich zrozumienia i zgody z nimi. Też uważam, że pewne zmiany są potrzebne natychmiast, ale dużo łatwiej robić te zmiany, gdy ma się za sobą serca i umysły ludzi. Te niestety zdobywa się małymi krokami. Co widać w tym jak nasze społeczeństwo uczono miłości do liberalizmu, przez odpowiednią perspektywę w mediach czy lekcje przedsiębiorczości. Jak i w tym jak od powstania partii Razem, która konsekwentnie pokazywała na czym polegają lewicowe wartości, zaczął się renesans lewicy. Renesans niewielki, choć, jeśli wiedzę o świecie czerpać z tweetów Tomasza Lisa, jego widmo zawisło nad Polską. 

Tu więc przechodzimy do tematu LGBT. Liberalna strona (i pewien nasz krajowy faszysta) mówi, że to temat zastępczy. W takim rozumieniu, że to temat nieważny. Prawa LGBT to prawa człowieka, a to zawsze powinien być temat najważniejszy. Używa się tej społeczności do przykrycia niewygodnych dla władzy pytań? Pozwolę sobie tu na odrobinę kontrowersji: Tak. Dlatego muszę przyznać, że podoba mi się tu strategia kandydata Lewicy. Gdy prezydent Duda oczerniał osoby LGBT, Robert Biedroń jasno i wyraźnie wyraził swoje zdanie, stanął po stronie słabszych i jeszcze powiedział o wszystkim mamie, która wytargała Zwierzchnika Sił Zbrojnych za ucho. Gdy jednak dostał w debacie (a w zasadzie w dwóch) w TVP pytanie o równość małżeńską, moim zadaniem próbował przekazać: „Po kiego ch*** mnie się o to pytacie? Jestem LGBT. Znacie moje zdanie. O prawach człowieka się nie dyskutuje. Teraz posłuchajcie tego, czego o mnie nie wiecie, czyli o moim programie.” Czy trafiło to do kogoś oprócz mnie? Po komentarzach twitterowej bańki mam obawy, że nie. Niemniej jednak, nawet pomimo niedociągnięć w wykonaniu, uważam, że idea była słuszna

I Marsz Równości w Koszalinie w 2019 roku – fb.com/marszrownoscikoszalin

Nie mam zamiaru bronić kandydata na prezydenta – chciałbym się zastanowić, czemu LGBT są przez tak wielu uważani za temat zastępczy. Postawię tu przykrą tezę, że wcale nie przez fundamentalizm religijny, czy strach przed nim, ale raczej przez to, że faktycznie wiele osób w Polsce ma do tej części społeczeństwa stosunek obojętny. Nie widzę tego zjawiska jako czegoś negatywnego. To, że kogoś to nie obchodzi, oznacza, że można o tym bez strachu mówić. Wszelkie osoby „dobrze radzące” osobom nieheteronormatywnym schować się do szafy, bo teraz ważniejsze jest *TU WSTAW POWÓD*, nie tylko są przeciwko prawom człowieka, ale też zwyczajnie się mylą. Szczególnie, że nieprzekonanych łatwiej przekonać niż wrogów. Zresztą widać to po tym jak niewielka grupa wojowniczych homofobów jest w stanie narzucić swoją narrację na ⅓ kraju. Nie twierdzę, że Polska nie jest homo-, bi- i transfobicznym krajem. Jestem robotnikiem – słyszę w swoim otoczeniu mnóstwo obrzydliwych żartów, które mi o tym przypominają. Nie mniej jednak jakby przy tych samych robotnikach temat drążyć, to większość stwierdzi, że tak naprawdę ma to gdzieś, bo to nie ich sprawa. Żeby się o tym przekonać nie potrzeba nawet moich wyjątkowo wiarygodnych i reprezentatywnych dowodów anegdotycznych, wystarczy zapoznać się z badaniami Macieja Gduli. Przy okazji dodam, że nie znaczy to, że wybaczam moim kolegom nacechowany uprzedzeniami język. Tu niestety walka jest trudniejsza i jedyne co może pomóc to wytrwałość w dążeniu do jego zmiany.

Jak już się pogubiliście w tym moim strumieniu świadomości, to czas na #ŁączymyWątki. O prawach LGBT można bez strachu mówić, bo są mniej kontrowersyjne niż myślimy, natomiast oznacza to też, że aby zainteresować nimi potencjalnych przyszłych sojuszników, trzeba im pokazać, że walczymy nie tylko o osoby nieheteronormatywne, ale także o nich. Czy to sprawiedliwe? Nie, prawa człowieka powinny być celem samym w sobie. Niestety może to być konieczne, żeby tych ludzi nie przyciągnęły mroczne, ponadnarodowe instytucje, jak chociażby przeróżni nie fundamentaliści z pewnością nie finansowani przez Kreml. Oczywiście nie zmienia to faktu, że w tym kraju są dogłębnie homofobiczne osoby, z którymi trzeba walczyć i przed którymi trzeba się bronić. Tych ludzi jednak, pomimo tego jak wiele krzywdy mogą wyrządzić, jest dużo mniej niż mogłoby się wydawać. Dlatego tym bardziej trzeba próbować dotrzeć do ludzi obojętnych. To właśnie próbował zrobić Robert Biedroń.

Na koniec chciałbym jeszcze dodać, że jako cishet mężczyzna nie śmiałbym nawet próbować pouczać społeczności LGBT. Ten tekst jest raczej skierowany do „sojuszników”, a najbardziej bym się cieszył jakby trafił do pseudosojuszników, których rady ostatnio tak dobrze słychać.