Lewica hermetyzowana

Głupio zaczynać polityczną publicystykę tekstem krytykującym własny obóz, czyż nie? Nieważne czy zgadzacie się ze mną, czy nie, tym właśnie jest tekst, którego wstęp właśnie czytacie – krytyką lewicy przez lewicowca. Chciałbym jednak zaznaczyć kluczowy zamysł, który przyświeca mi przy formułowaniu kolejnych zdań – ten tekst, powstaje z mojej sympatii i chęci rozwoju lewicy w Polsce, do którego sam staram się przykładać.

Zawartą w nim krytykę chciałbym, abyśmy wszyscy (ponieważ mnie też czasem to dotyczy) potraktowali nie jako wymierzony policzek, a jako sygnał i impuls do zmiany – jest to kwestia, która leży mi na sercu od jakiegoś czasu. Czym jest hermetyzowanie lewicy?

Zacznę od pewnej dygresji. Od kilku lat mam zdecydowane sympatie lewicowe – sformułowane w gimnazjum trzymają się mnie do teraz, kiedy oczekuję matury, i nie sądzę, żeby miały zmienić się w przewidywalnym czasie. Dla swoich szkolnych znajomych jestem tym „rozpolitykowanym” kumplem, którego można spytać o sytuację w kraju i na świecie, bo prawie na pewno coś o nich wie. Staram się przekazywać informacje bez narzucania się chociaż wiem, że nie zawsze mi to wychodzi. W skrócie – nie jestem wyrocznią, ale osobą całkiem dobrze rozeznaną w świecie. Od jakiegoś roku mam też realną szansę działać w strukturach lokalnych i krajowych Młodych Razem, pomagając w rozkręcaniu bardzo potrzebnej moim zdaniem młodzieżówki, jak również współprowadzić największą grupę „leftbooka” w Polsce. Zauważam jednak jeden zgrzyt, który sprawia, że czasami czuję się nie na miejscu. Literatura i związane z jej znajomością oczekiwania.

Czas się głośno przyznać – w życiu nie przeczytałem książki o ekonomii czy filozofii lewicy. Owszem, czytam publikacje i artykuły dotyczące spraw bieżących, ale nie cegły po 600-700 stron. Spora część ludzi, których spotykam na swojej lewicowej ścieżce (nie mówię tego s z przekąsem, a stwierdzam na podstawie doświadczeń) wprost przeciwnie, zdaje się znać absolutnie każdą z dostępnych lektur, w dyskusjach wprawiając mnie w zakłopotanie – bo przecież uważam się za rozeznanego w świecie, a nie znam różnych pozycji związanych z własnym środowiskiem. Do czego zmierzam? Jeżeli ja, dysponując solidnym zapleczem z WOSu i śledząc bieżące wydarzenia tak się czuję, to wiele innych osób też może – w końcu mało kto w tym co ja stopniu interesuje się polityką, szczególnie wśród moich rówieśników. Ba, spotykałem się z takimi przypadkami jak moja znajoma, która twierdziła, że jest zbyt mało wyedukowana (cokolwiek by to nie miało znaczyć, skoro nawet ja mogę z powodzeniem działać na szczeblu krajowym), żeby działać z nami w młodzieżówce! Absurd!

Nie mogę pozbyć się wrażenia że z zewnątrz, szczególnie dla młodych, lewica dzisiaj może jawić się jako przeintelektualizowana i przez to niechcący elitarna. Oczywiście, nie mówię o elicie starbucksowo-kawiorowej z wyobraźni redaktora Lisa, ale o elicie rozumianej ludzi zaznajomionych z każdą pracą Marksa, Klein i Pikettiego, szeroką teorią socjalizmu i wszelkimi wyliczeniami podatkowymi świata. Jest to oczywiście hiperbola, ale uderzmy się w pierś i spójrzmy na to z boku – kto z nas nie doświadczył takiego potraktowania lub sam tak kogoś nie potraktował? Tacy ludzie, do których nie należy zbliżać się bez zestawu publikacji Bakunina pod ręką , są w naszej bańce informacyjnej niesłychanie często głośni i wyraźnie obecni. Sam zostałem kilkukrotnie zbyty w dyskusjach odsyłaniem do książek, których ze względu na napięty zwykle grafik przy największych chęciach nie miałbym kiedy przeczytać – a nawet gdybym miał ten czas, to czemu od nastolatka chcemy wymagać znajomości literatury, która często przerasta ludzi dorosłych i zawodowo zajmujących się polityką? A przecież najmłodsze osoby są niezwykle cenne, bo to do nas należy budowanie przyszłości i to my będziemy tworzyć elektorat przez najbliższe kilka dekad. W tej chwili sami sobie plączemy sznurówki, a potem dziwimy się, że przy różnych okazjach potykamy się i upadamy na twarz.

Nowoczesna lewica chce ponad wszystko być merytoryczna – to oczywiście dobra cecha, ale kultywowana czasami do przesady daje takie, jak opisuję efekty. Problem jest tym większy, że ignorujemy go od lat, zafascynowani słuchając o nowoczesnej teorii monetarnej, godzinami dyskutując o wadach i zaletach bezwarunkowego dochodu podstawowego czy o historycznej roli trockizmu. Tym samym szczególnie wśród młodych, ludzi w moim przedziale wiekowym, oddajemy rząd dusz prawicy. Mam 19 lat i gdyby nie naturalnie bliska lewicy wrażliwość nie wiem, czy trafiłbym w te strony politycznego spektrum, a przekaz kierowany do mnie zauważałbym dopiero od niedawna – tak zresztą wygląda to też wśród moich mniej zainteresowanych polityką znajomych. Tam, gdzie my odsyłamy do licznych stron teorii, prawica daje młodym proste i hasłowe receptury, które dużo łatwiej zapadają w pamięć na lata. Śmiejmy się z parówkowych imperiów do rozpuku, ale takie anegdotki i hasła trafiają do ludzi, bo jest to przekaz przystępny i zrozumiały – co tymczasem słyszy człowiek niezorientowany od lewicy? Coś o podatkach, o służbie zdrowia i transporcie, ale nic głośnego i sztandarowego. Najbardziej żywy społecznie wydaje się być temat praw osób LGBT+, jednak nie mamy na niego monopolu. To gorzka ironia, że prospołeczna lewica nie trafia do ludzi tak dobrze, jak antyspołeczna i nietolerancyjna prawica…

Czuję, że wystawiam się tym tekstem na krytykę oratorów krytycznego myślenia:
„Henryk, nie możemy być ślepą masą, musimy być gotowi na podważenie wszelkich autorytetów, zmienimy się w prawicę z kultem jednostki.”- powiedzą. Tak i nie.
Tak, ponieważ krytyczne myślenie leży u podstaw sprzeciwu wobec systemu, który w tej chwili doprowadza planetę (dosłownie i w przenośni) do wrzenia – liberalnego kapitalizmu.
Nie, ponieważ podważając wszystko i wszystkich nie zbudujemy nic trwałego i nasza krytyka pozostanie głosem marginalnym. Żeby coś zbudować, musimy do tego zachęcić innych, w tym opracować hasła, wyrazisty wizerunek, retorykę, która będzie celować również w emocje, nie tylko będzie pokazem znajomości statystyk – w skrócie: musimy być zapamiętani. Tak powstał „efekt Zandberga”, który poza przekazem merytorycznym swoimi wystąpieniami wzbudza emocje u odbiorców, zapada w pamięć – od lat nie ma na lewicy kultury wyrazistości, a jeśli już się pojawia, jest zamknięta na Twitterze i stronach z memami. W tej chwili możemy z powodzeniem działać we własnej bańce, ale jeżeli chcemy ją rozszerzać, pewien kompromis czystości ideowej z pragmatyzmem jest konieczny, a biblioteki powinniśmy (czasami) zamienić na hasła i anegdoty.

Jeżeli dobrnęliście do tego momentu, wiecie już, czym jest według mnie hermetyzacja lewicy – brakiem przystępności. Oczywiście, nie jest to jedyny problem, z którym się mierzymy. Nie mamy dużej ekspozycji w mediach, od lat przesuwających narrację debaty publicznej w prawo, musimy zachować zdrowy dystans od liberałów i konserwatystów z opozycji oraz od konserwatystów i populistów rządzących, oraz pokazać ludziom potrzebę współdziałania i solidarności, zamiast prosto brzmiącego wyzysku sprzedawanego im od lat przez prawicę – żeby wymienić chociaż kilka. Jednak swoje miejsce wśród tych przeciwności, mam wrażenie, ma również opisany przeze mnie problem. Jeżeli chcemy naprawdę zmieniać świat, warto przekonać do tego jak największą grupę ludzi, nie tylko wytrwale zgłębiających lektury moli książkowych, a wszystkich, którzy chcą się zaangażować w walkę o wspólne cele i lewicową przyszłość. Nie wymagajmy od nich na wejściu wyrabiania „Licencji Lewicowca” opartej o wyśrubowane kryteria i nie zniechęcajmy na starcie.

Kończąc ten tekst, chciałbym, żebyśmy wszyscy zadali sobie jedno istotne pytanie – co możemy zrobić, żeby jeszcze bardziej jednoczyć, zamiast dzielić? Jeżeli znajdziemy na nie odpowiedź, to będzie pierwszy krok do dehermetyzacji.

Tagi: