Lewicowy New Zealand dream?

Jacinda Ardern na tle flagi Nowej Zelandii
Zdjęcie: Dave Rowland

Od ponad trzech lat nowozelandzka lewicowa Partia Pracy, na której czele stoi – popularna także w skali globalnej – premierka Jacinda Ardern, święci swoje tryumfy. Najpierw w 2017 roku – po 9 latach konserwatywno-liberalnych rządów – przejęła władzę, a kilka miesięcy temu zdołała wywalczyć reelekcję. Labourzyści zwyciężyli w wyborach z 2020 roku, obejmując ponad połowę (65 spośród 120) parlamentarnych mandatów. 

Taka sytuacja, gdy jedna partia uzyskuje w parlamencie bezwzględną większość, po raz ostatni zdarzyła się w Nowej Zelandii dokładnie 27 lat temu. Co zatem spowodowało, że ten wyspiarski kraj o liczbie ludności zbliżonej do Słowacji i o rozmiarze powierzchni sytuującym go między Polską a Zjednoczonym Królestwem akurat teraz stał się obiektem zainteresowania (a może nawet zazdrości) dla wielu innych lewicowych partii na świecie?

Po pierwsze, reakcja na Covid-19. W rankingach państw najlepiej radzących sobie z pandemią Nowa Zelandia zajmuje najwyższe pozycje. W ciągu ostatniego roku odnotowano tam jedynie 25 zgonów spowodowanych Covid-19. Jak to możliwe? Paradoksalnie, w Nowej Zelandii nie zrobiono niczego oryginalnego: w zależności od rozwoju sytuacji zamykano granice, ogłaszano kolejne etapy lockdownów, w stan najwyższej gotowości postawiono cały sektor ochrony zdrowia i służby państwowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo. Zaufano też naukowcom. Wszystko to jednak było szybkie i konsekwentne – zaprezentowano klarowne i precyzyjne zasady, zapowiedziano absolutny brak tolerancji dla ich łamania, świetnie skoordynowano działania służb publicznych. Do tego doszła codzienna sprawna komunikacja rządu z obywatelkami i obywatelami, dzięki której nikt nie mógł mieć wątpliwości, po co podjęto działania i w jaki sposób mają one ochronić zdrowie Nowozelandczyków.

Po drugie, przywództwo. Nie będzie przesadą twierdzenie, że Nowa Zelandia pokochała Jacindę Ardern, a jej fenomen w mediach społecznościowych okrzyknięto mianem „Jacindamanii”. Styl zarządzania, komunikacji i przywództwa nowozelandzkiej premierki jest określany – jak dotąd – wyłącznie pozytywnie nacechowanymi przymiotnikami: inkluzywny, prawdziwy, empatyczny. Sama Jacinda Ardern w trakcie swojej pierwszej kadencji musiała zmierzyć się z kilkoma poważnymi kryzysami: zamachem prawicowego ekstremisty na meczety w Christchurch, erupcją na wulkanicznej wyspie Whakaari czy właśnie z pandemią. W każdej z tych kryzysowych sytuacji potrafiła zareagować sprawnie i stanowczo, a jednocześnie z dużym wyczuciem chwili, co wzmagało zaufanie nie tylko do niej samej, ale także – do instytucji państwa. 

Po trzecie, społeczeństwo, głupcze. Ta trawestacja słynnego hasła z kampanii wyborczej Billa Clintona (wtedy: ekonomia, głupcze!) dobrze oddaje współczesne priorytety nowozelandzkiej Partii Pracy. Jacinda Ardern podkreśla w debatach konieczność odejścia od fetyszyzacji wskaźnika PKB i zwrócenia uwagi na inne indeksy rozwoju społecznego. Kluczowym hasłem jej polityki stał się dobrostan (well-being) społeczny. Stąd pomysł na rządowy program budowy mieszkań (trzeba uczciwie napisać, że realizowany z problemami), wzrost wydatków publicznych na walkę z ubóstwem, ambitna polityka klimatyczna czy liczne programy antydyskryminacyjne.

Wszystko to powoduje, że obecnie Nowa Zelandia kojarzy się już nie tylko z „Władcą Pierścieni”, maoryskimi tatuażami i ptakami kiwi, ale także z progresywną lewicą i wyrazistym przywództwem. Jeśli więc lewicowi politycy i lewicowe polityczki w innych krajach poszukują dla swoich partii sprawdzonych recept na sukces, to w Nowej Zelandii znajdą ich całkiem sporo.