Między słowem a ideą – problemy współczesnego świata

silhouette of person standing on rock surrounded by body of water
Zdjęcie: Mohamed Nohassi / Unsplash

Gdy próbuję sobie zmaterializować współczesność w jakiejś antropomorficznej formie, jest mi bardzo ciężko. To, czym jest ten czas, to coś wykraczającego daleko poza dotychczasowe paradygmaty epistemologiczne. Mam wrażenie, że świat stał się heterogeniczną zupą, której do końca nikt nie chce spróbować i która na pozór wygląda na smaczną, lecz w rzeczywistości nie jest jeszcze ugotowana.

To protozupa i protoświat. Kto o tym wie? Każdy myślący człowiek. Dlaczego zatem to status quo, które zdaje się właśnie upadać na naszych oczach, jest tak trudne do zdefiniowania, a jednocześnie tak łatwe do zauważenia i skrytykowania? To właśnie współczesna tajemnica poliszynela. Każdy wie, że jest coś nie tak, ale nie wiadomo, co tak naprawdę nie działa.

„Na początku było Słowo” – głosi księga jednej z największych religii monoteistycznych na tym globie. Może właśnie od słowa trzeba zacząć? To, jak szybko mutuje współczesna leksyka, można porównać do mutacji wirusa grypy (kto dzisiaj jeszcze pamięta o grypie?). Nie można nad tym nadążyć. Tempo życia stało się zawrotne, szczególnie dla tych, którzy marzą o tym, co zwie się „sukcesem życiowym”. Na poziomie leksykalnym zachodzą zjawiska, które z jednej strony wiążą się z coraz bardziej upowszechniającą się globalizacją, a z drugiej strony z dezawuowaniem pewnych pojęć przez środowiska, które stoją w opozycji do tego, do czego zmierza tzw. „zachodnia cywilizacja”. Stoimy w pewnym rozkroku – na poziomie ideologicznym, społecznym, ale i gospodarczym.

Moje ulubione pojęcie – „wolność”. Jakie to szerokie znaczeniowo pojęcie, w którym można pomieścić tak wiele zjawisk – tych mniej i bardziej niepokojących. Jeszcze bardziej brawurowo dzieje się, gdy dodamy do tego „równość”. Yuval Noah Harari w swoich książkach, m.in. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” czy „21 lekcji na XXI wiek” pisze o tym, jak te dwa pojęcia wzajemnie się wykluczają. Ta scheda po rewolucji francuskiej zawiera w sobie wyraźny błąd logiczny, nad którym nikt na co dzień się nie pochyla. Takich błędów jest więcej, na poziomie całych społeczeństw. Dalej. Wolność słowa. Wolność słowa, która jest bronią obosieczną. Bowiem w rękach osób o poglądach bliższych panu Korwinowi-Mikke to piękne pojęcie tak bardzo się dezawuuje, że właściwie to nie wiem, czy jeszcze warto w nie wierzyć. Bo co jest pięknego w wolności, która przynosi butę, chamstwo i prostactwo ubrane w urzędy, tytuły i pozycje społeczne?

Ludzie nie do końca wiedzą, jak mają się ustosunkować do abstrakcyjnych pojęć, takich jak demokracja, obywatelskość, wolność. To coś na kształt nieba z gwiazdami, na którym, dla niewprawionego oka, cała materia jest zbiorem nieuporządkowanych elementów dążących do bliżej nieokreślonej entropii. Poza tym paradoksy tej materii to kolejny powód, dla którego eskalacja skrajnych poglądów, które tęskniąc za dawnym porządkiem i ładem, korzystają w sposób bezczelny z terminologii liberalnej, przybiera na sile i powoli staje się normą – to jest constans. Czy historia niczego nas nie uczy? Nie. Dopóty uprawia się politykę historyczną i wychowanie historyczne, a nie prawdziwą historię i wychowanie obywatelskie, i dopóty tyrtejska wizja świata będzie tą kształtującą to, co dużo osób lubi nazywać patriotyzmem, dopóki będziemy żyć w dwóch równoległych światach – w świecie oficjalnym – pełnym optymizmu, propagandy sukcesu, relatywnego naukowo rozwoju osobistego i tez w stylu „chcieć to móc”, i drugim – tym ukrytym, lecz widocznym – pełnym patologii społecznych, biedy, buty i zaściankowości. Można się zastanowić, który świat jest bardziej prawdziwy.

Najgorszy jest symetryzm i to, co lubię tytułować „względnym dobrostanem”. Brakuje zaangażowania i buntu. Opanowuje nas strach przed tym, że ten świat, choć pełen rys i uszczerbków, ale koniec końców dla niektórych zapewniający znośny byt na tym łez padole, w końcu upadnie. A trzeba sobie powiedzieć wprost, że utylitaryzm i postawa obywatelska to zachowania deficytowe w jakże szerokim pakiecie zachowań ludzkich. I tutaj muszę pokusić się o krytykę poglądów neoliberalnych, które doprowadziły, szczególnie w Polsce, ale i innych państw byłego bloku wschodniego, do tej hipokryzji i zakłamania ,w których obecnie żyjemy. Rynek pracy, który w obecnym stanie wygląda raczej jak targowisko, gdzie kto pierwszy złapie jajko w locie, ten wygrywa, a zewsząd słychać głosy zachęty do kupna niezbyt pociągających towarów, oraz ogromne nierówności społeczne , które są maskowane pseudo-lewicowymi programami wsparcia doprowadziły do znieczulicy społecznej i głupoty, która zbiera coraz większe żniwa. Żniwa w postaci rasizmu, ksenofobii, homofobii, mizoginizmu, korupcji, czarnego rynku pracy czy religijnego fundamentalizmu i zaślepienia.

Żyjemy na dwóch biegunach świadomości. Dodatkowo jeszcze w tym całym tyglu swoje miejsce próbują dla siebie znaleźć ideologie religijne, które w państwach, takich jak Polska, mają swoje Eldorado. Z jednej strony widzimy na Zachodzie pewne próby reformowania konserwatyzmu, który po prostu się zdezaktualizował i nie odpowiada na potrzeby dzisiejszej rzeczywistości (na pewno nie w postaci nawoływania do bojkotu tzw. „ekologizmu” czy „tęczowej zarazy”), z drugiej w tych ostatnich bastionach, w których władza religijna przeniknęła do władzy politycznej i stała się dla niej wręcz równorzędną partnerką, próbuje głosić swoje najbardziej skrajne hasła, co tylko podsyca działanie takich organizacji, jak np. Ordo Iuris. Klementyna Suchanow w swojej książce „To jest wojna” opisuje, jak działalność tego typu instytucji i przenikanie jej postulatów do ogólnego dyskursu społecznego czy urzędów państwowych są powiązane i ściśle kontrolowane przez Kreml i jego propagandystów. Można ignorować tego typu działania, choć myślę, że warto w tym przypadku obejrzeć „Opowieść podręcznej” – dystopię traktującą o tym, do czego mogą doprowadzić rządy religijnych fundamentalistów.

Polityczny populizm połączony z niebywałym rozwojem technologii został za to ukazany w serialu HBO „Rok za rokiem”, którego wydarzenia wydają się być niepokojąco prawdopodobne. Opisuje on 15 lat z życia pewnej brytyjskiej rodziny począwszy od 2019 roku. W tym czasie dochodzi do chwilowej wojny amerykańsko-chińskiej, wielkiego krachu na giełdzie, upadku Unii Europejskiej, a koniec końców zbudowania czegoś w rodzaju obozów koncentracyjnych dla uchodźców pod wodzą polityczki (Może nikt mnie nie posądzi o używanie feminatywów?) granej przez Emmę Thompson.
Myślę, że ludzie, co bardziej krytycznie myślący, zdają sobie sprawę z tego, do czego może doprowadzić ten symetryzm i arbitralność w życiu społecznym. Bo od słowa wszystko się zaczyna. A może jednak od idei? Nie będę jednak dyskutował z idealizmem Platona.

Widzimy jeszcze jedną rzecz. Natura. Natura może nas ostatecznie zniszczyć, tak jak my zniszczyliśmy naturę. Wystarczył jeden wirus, by sprawić, że całe społeczeństwa zostały sparaliżowane. Z tego paraliżu wyłoni się kolejny „nowy ład”, który zapoczątkuje, znając życie, kolejne niebezpieczne zjawiska. Zmiany klimatu? Już nikt o nich nie pamięta. Tak jak nikt nie będzie pamiętał o tym, czym na początku były owe „wolność” i „równość”, o których tyle się mówi, a o których nic się nie wie.