Najwyższa forma protestu

Ulica w wietnamskim mieście Sajgon, 11 czerwca 1963. Na pierwszym planie siedzący mnich buddyjski, objęty płomieniami, po jego prawej stoi kanister, a za nim samochód. Przygląda się temu zgormadzony wokół tłum składający się z mnichów i przechodniów. Jedni patrzą z fascynacją, inni z przerażeniem. W tle znajdują się domy.

Po protestach związanych ze śmiercią George’a Floyda posłuchałem kilku kawałków zespołu Rage Against The Machine, a tak się składa, że okładką ich debiutanckiej płyty jest powyższe zdjęcie. Ujrzenie go zainspirowało mnie do zgłębienia jego historii, w związku z czym chciałbym was teraz zaprosić na krótką opowieść i moje przemyślenia.


Symbol

Sajgon, stolica Południowego Wietnamu.  Władzę sprawuje prezydent Ngô Đình Diệm, jego rządy skutkują autorytaryzmem, nepotyzmem, ograniczaniem swobód obywatelskich, prześladowaniami religijnym, a w tle toczy się konflikt, w który coraz bardziej angażują się dwa supermocarstwa okresu zimnej wojny. Buddyjski mnich Thích Quảng Ðức, w proteście przeciw opresji wobec swoich współwyznawców, dokonuje aktu samospalenia w publicznej przestrzeni. Zostaje oblany benzyną i z pomocą zapałki podpala się – nie drgnie ani trochę, aż do chwili, gdy pozostałe po nim zwęglone zwłoki przewrócą się na ulicę. Jego śmierć rozniesie się po świecie, a fotografia przedstawiająca zdarzenie zostanie wyróżniona prestiżową nagrodą, ale nie poruszy prezydenta, który jednak zbiegiem okoliczności zginie w wyniku puczu.


Samospalenie

Takiego widoku można było uświadczyć już tysiące lat temu, a jednym z najstarszych przykładów są masowe samobójstwa popełniane przez mieszkańców starożytnych Indii, które wówczas najechał Aleksander Wielki. Obecna była tam również ceremonia Sati, polegająca na, w teorii dobrowolnym, choć nie zawsze, samospaleniu się wdowy po śmierci męża. Ta niechlubna tradycja przetrwała, pomimo wielu zakazów i surowych kar grożących za pomoc samobójcy (dożywocie, śmierć) lub gloryfikację tego czynu (1-7 lat więzienia), jednak są to przypadki, jak się można domyślać, w ostatnich latach bardzo rzadkie.  Ja natomiast, chciałbym przyjrzeć się bliżej temu zjawisku, gdy jest ono umotywowane protestem na tle politycznym lub społecznym, a w takiej formie istnieje prawie równie długo – pierwszy zarejestrowany przypadek miał miejsce w Chinach, w 396 roku. 

Sprzeciw w takim wydaniu był później sporadycznie wykorzystywany, głównie w Azji, choć nie tylko – można tu przytoczyć zamieszkałego w ZSRR polskiego duchownego, Andrzeja Fedukowicza, który w 1925 odebrał sobie życie sprzeciwiając się sowieckim prześladowaniom. Ten drastyczny sposób zademonstrowania swoich racji cechuje się tym, że przyciąga uwagę i niewątpliwie był to zamiar, który przyświecał każdemu z tych, którzy stanęli w płomieniach, by nagłośnić tragedię, która ich dotknęła. Najbardziej prominentny w tej kwestii był i do dziś jest mnich, o którym mogliście przeczytać we wstępie, i który figuruje w grafice towarzyszącej temu tekstowi. Jego przesłanie rozniosło się po świecie (przynajmniej demokratycznym) i co ważniejsze, w pewien sposób ‘spopularyzował’ (trudno znaleźć odpowiednie słowo w takim kontekście) akt samospalenia. Za jego przykładem prędko poszło kilku kolejnych buddystów, a wkrótce podobnie zaczęli postępować Tamilowie w Indiach, wobec narzucania języka hindi. Potem doszły do tego USA, w których rosły antywojenne nastroje w związku z wojną wietnamską i zresztą w tym samym czasie w tymże kraju nastąpiła kolejna fala samospaleń buddystów. Do samospaleń doszło również w naszej okolicy – w odpowiedzi na udział Polski w operacji „Dunaj” podpalił się Ryszard Siwiec, a później przeciwko opresji sowieckiej zrobiło to kolejno sześciu Czechosłowaków. Poszczególne przypadki i ich powody wymieniać mógłbym długo, starczy powiedzieć, że w drugiej połowie XX wieku, jak i czasach nam współczesnych, polityczne samobójstwa rozeszły się po globie.


Protest

Nie zaskoczę nikogo, jeśli stwierdzę, że gdy jakieś zjawisko staje się bardziej powszechne, to przyjmowane przez ludzi, zmienia się. W tym przypadku zmiana zachodzi w przyczynach – do samospaleń dochodzi w państwach powszechnie uznanych za demokratyczne, z powodów, które umownie można by określić jako mniejszej wagi. Wystarczy przyjrzeć się naszemu krajowi, w końcu w Polsce, w przeciągu ostatnich dziewięciu lat, doszło do aż czterech takich przypadków, a jednak naszej ojczyzny nie uważa się powszechnie za dyktaturę (niektórzy czytelnicy mogą się oczywiście nie zgodzić, ale do takiego konsensusu nie doszła jeszcze opinia światowa, więc pozostańmy przy mojej wersji). W roku 2011 i 2013 byli to mężczyźni, których popchnęła do tego trudna sytuacja życiowa i finansowa, w 2017 był to Piotr Szczęsny, który protestował przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, szczególnie tej wokół sądownictwa. O najnowszym, tegorocznym przypadku nie wiemy zbyt wiele, ale przyczyny były w miarę podobne do dwóch pierwszych. Podpalenia żadnej z tych osób, nie spotkały się z takim odbiorem, jak przykład wprowadzający. Co prawda, pojawiały się w mediach, ale nie na długo, a niektóre próbowano wykorzystać politycznie, choć bez większego (lub jakiegokolwiek) efektu.

Wszystkie te zdarzenia łączy jeden wspólny czynnik – nie osiągnęły swojego celu. Żadne podpalenie nie było katalizatorem zmian, nie nawróciło opinii publicznej, nie zainicjowało reform czy rewolucji. Jedynie władza, której sprzeciwił się Thích Quảng Ðức została obalona, ale przyczyny tego były znacznie szersze i niewątpliwie stałoby się tak i bez jego śmierci.  Wszyscy ci ludzie, zginęli będąc pewnym znacznikiem, latarnią, na który opinia publiczna mogła spojrzeć i ujrzeć trapiące świat problemy, by później zapomnieć. Widać to dobrze w kwestii represjonowania Tybetu przez współczesny rząd chiński. Działania ChRL wywołały rekordową w ostatnich latach falę samospaleń związanych ściśle z jednym tematem i świat to zauważył, ale czy coś się zmieniło? Wiemy, że tybetańska kultura, tożsamość, dążenie do autonomii są przez rząd chiński systematycznie eliminowane, jednak nie spotyka się to z żadną odpowiedzią ze strony innych państw. Oczywiście ten brak reakcji ma też związek z kartą przetargową, jaką są chińskie towary i pieniądze, których dopływ zostałby ucięty do kraju próbującego podjąć ten temat i których brak zabolałby każdą gospodarkę. Czy jest to jednak usprawiedliwienie, by przyjąć postawę pasywną? Nie mówię, że taki stan rzeczy mnie zaskakuje, bo jest to niestety zrozumiałe, ale jednocześnie trudno mi ukryć swój żal.

Uwzględniając ten efekt, zjawisko samospaleń robi się jeszcze bardziej intrygujące, bo to znaczy, że ludzie, którzy ich dokonują, z reguły są świadomi braku skuteczności, jednak to ich nie zniechęca. Można wysunąć wniosek, że jest to opcja ostateczna, taka dla osób, które odczuwają całkowitą i miażdżącą bezsilność – nie mogą już nic zrobić z konkretnym problemem, więc pozostaje go efektywnie nagłośnić. Właśnie dlatego ważne jest, żebyśmy na te sytuacje byli wyczuleni, bo skrywają one problemy, mniejsze lub większe – wszystkie ważne. Być może nie we wszystkich przypadkach, ale na pewno w większości, takie zdarzenie to sygnał dla nas, że coś należy usprawnić, gdzieś musi dokonać się zmiana, czemuś musi zostać poświęcona szczególna uwaga. Działania podejmowane przez rząd, postawa społeczna, prawodawstwo, pomoc psychologiczna – w każdym z tych zawsze znajdzie się miejsce na poprawę, więc zwróćmy uwagę i pochylmy się nad manifestami protestujących, bo możemy się dużo nauczyć.