Nie ma się czego bać, czyli rzecz o osobach z niepełnosprawnościami. Część 5: Co warto wiedzieć o niewidomych?

Fragment alfabetu Braille'a
Źródło: lavilleimprimerie.fr

Czy jest coś, co zawsze chcieliście wiedzieć o niewidomych, ale nie mieliście okazji lub baliście się zapytać? I jak właściwie postrzegacie tych, którzy nic lub prawie nic nie widzą? Przeczytajcie, jeśli chcecie skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością.

Wstęp

Dla uważnych czytelników moich poprzednich tekstów nie jest z pewnością tajemnicą, że przyglądałam się w nich zagadnieniom, adekwatnym w kontekście sytuacji i potrzeb osób z różną niepełnosprawnością, jedynie w niewielkim stopniu zwracając uwagę na to, co istotne w odniesieniu do jej poszczególnych rodzajów. Doszłam jednak do wniosku, że w tym i w kilku kolejnych artykułach będzie nieco inaczej. Dlaczego i co się za tym kryje?

Chciałabym Wam w najbliższym czasie przybliżyć te kwestie, które mają związek z funkcjonowaniem osób niewidomych. Co tu kryć, po prostu znam tę tematykę „od podszewki” — na podstawie zarówno własnych doświadczeń, jak i relacji wielu znanych mi osób niewidomych, mogę przedstawić ją możliwie wiarygodnie i tak też postaram się uczynić. Dużo mniej wiarygodna byłabym natomiast, gdybym próbowała opowiadać Wam o, dajmy na to, problemach osób Głuchych czy w spektrum autyzmu. Upodobniłabym się wówczas do tych wszystkich pełnosprawnych, którzy zabierają głos w imieniu osób z niepełnosprawnościami, sądząc, że najlepiej wiedzą, co jest dla nich najlepsze. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się mi poszerzyć przedstawianą w moim cyklu perspektywę o głosy tych, których niepełnosprawność jest inna od mojej, sądzę bowiem, że byłoby najlepiej, gdyby każdy był rzecznikiem we własnej sprawie.

Przechodząc zaś do istoty dzisiejszego tekstu, znajdziecie w nim, jak zresztą sugeruje tytuł, garść informacji o osobach z dysfunkcją wzroku.

Czy jest coś, co zawsze chcieliście wiedzieć o niewidomych, ale nie mieliście okazji lub baliście się zapytać?

I jak właściwie postrzegacie tych, którzy nic lub prawie nic nie widzą?

Przeczytajcie, jeśli chcecie skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością.

Jak to jest czytać palcami?

To, w jaki sposób niewidomi są w stanie czytać lub pisać, jest prawdopodobnie jednym z tych zagadnień dotyczących ich funkcjonowania, które osoby widzące nurtuje najbardziej. O ile wiedza na ten temat nie jest powszechna, co oczywiście w żadnym stopniu nie dziwi, o tyle chyba nawet ci, którzy nigdy nie mieli okazji się nim zainteresować, zetknęli się choć raz z nazwiskiem niejakiego Louisa Braille’a. Tak, to ten pan w XIX wieku opracował system wypukłych punktów, którym posługują się osoby niewidome na całym świecie. Spotkałam się już z szeregiem pytań o to, jak to właściwie działa, na przykład, czy każdy znak oznacza tu jedną literę, wyraz, a może jeszcze coś innego?

Mówiąc najkrócej, alfabet Braille’a, czy też, jak mówimy i piszemy w Polsce, po prostu „brajl”, bazuje na kombinacjach wypukłych punktów. Podstawą dla każdej kombinacji jest tzw. sześciopunkt — układ sześciu kropek, jaki możecie znać na przykład z kostki do gry. Każdą literę zapisuje się zatem z użyciem jednego lub kilku punktów z sześciopunktu. W ten sposób można zanotować chyba wszystko — począwszy od zwyczajnych tekstów, przez nuty, a kończąc na rozbudowanych zapisach matematycznych czy chemicznych. Brzmi skomplikowanie? Wiem, że może się takie wydawać. Często spotykam się z tym że widok mnie przebiegającej palcami po kolejnych liniach tekstu wzbudza u ludzi zainteresowanie, a nawet zachwyt, bo wydaje im się, że robię coś niesamowitego, odczytując jakiś „tajemniczy szyfr”. Polecam jednak podejście do tej sprawy z innej perspektywy — brajl może się Wam wydawać niebywale trudny wyłącznie dlatego, że jest dla Was czymś całkowicie nieznanym. Poza tym tak na dobrą sprawę zapis brajlowski można nawet uznać za prostszy od tradycyjnego. Przyznajcie sami: Brajl to wyłącznie układ wypukłych kropek, pismo zaś, którego używa większość społeczeństwa, składa się przecież z kresek, ogonków i innych zawijasów. No i co tu jest bardziej skomplikowane?

Jak to się czasem mawia, pytania się mnożą. No bo czy wszyscy niewidomi posługują się brajlem? Otóż nie, nie wszyscy, albo może inaczej, nie wszyscy w takim samym stopniu. Chyba większość osób z dysfunkcją wzroku zna przynajmniej podstawy tego zapisu, dzięki którym jest w stanie odczytywać np. napisy na opakowaniach leków. To, czy osoba niewidoma posługuje się brajlem, na przykład ucząc się lub pracując, uzależnione jest jednak od kilku czynników, między innymi od tego, do jakich metod przyzwyczajono ją od najmłodszych lat, a także, rzecz jasna, od jej prywatnych preferencji. Wbrew chyba dość powszechnemu przekonaniu nie jest tak, że aby osoba niewidoma mogła coś przeczytać, koniecznie musi mieć to napisane brajlem. Wiele osób z dysfunkcją wzroku, zamiast czytać woli słuchać. Pismo punktowe jest wypierane przez szereg rozwiązań technologicznych, ułatwiających codzienne funkcjonowanie niewidomym, ale o tym, jakie to rozwiązania, z pewnością napiszę osobny tekst.

Na koniec tego fragmentu muszę zwrócić Waszą uwagę na pewną dość częstą nieścisłość. Przypuszczam, że wielu z Was zetknęło się w omawianym kontekście z określeniem „język brajla”. Wydawałoby się, że to bez różnicy, jakich dokładnie słów użyjemy, mówiąc o piśmie punktowym. Tymczasem wspomniane wyrażenie jest niepoprawne i wprowadzające w błąd. Dowodzi tego usłyszana przeze mnie niegdyś anegdota: Do stojącego na przystanku autobusowym niewidomego podeszła kobieta i zawołała: „Pan tu podejdzie, tu stoi taki sam jak Pan, pogadacie sobie, macie przecież ten swój język brajla”.

A zatem porządkując: Język może być polski, angielski, i, nie zapominajmy, migowy. Tymczasem brajl to ni mniej, ni więcej, tylko pismo.

Czy niewidomi oglądają ludzi?

Dawno temu, kiedy uczyłam się w szkole podstawowej, po pierwszej lekcji nowego przedmiotu podeszła do mnie nauczycielka i zaproponowała, że mogę ją sobie obejrzeć, czyli podotykać, żeby sprawdzić, jak wygląda. Cóż było począć — wszak głupio mi było odmówić nowej nauczycielce, mogłaby przecież taką odmowę odebrać negatywnie. „obmacałam” ją zatem od stóp do głów. I to był pierwszy i ostatni raz, gdy zrobiłam coś podobnego. Znów, jak w innych tego rodzaju sytuacjach, wiem, że ta pani miała dobre intencje.

Wielu ludziom wydaje się naturalne, że niewidomi będą chcieli ich dotykać, by dowiedzieć się, jak wyglądają. Temat ten co jakiś czas jest poruszany w gronie osób z dysfunkcją wzroku. Zdecydowana większość z nich deklaruje, że nie ma w zwyczaju oglądania ludzi we wspominany sposób, a wyjątkiem są tu jedynie, co chyba zrozumiałe, osoby im bliskie. Jak to się więc dzieje, że ten stereotyp wciąż jest żywy?

Przyznam, że poczułam niemałą irytację, gdy w wydanej w zeszłym roku książce „Koniec samotności” autorstwa bardzo popularnego w naszym kraju powieściopisarza Janusza Leona Wiśniewskiego, znalazłam wątek epizodycznej niewidomej bohaterki, która już w pierwszych słowach rozmowy z nowo poznaną znajomą zapytała, czy może dotknąć jej twarzy (gdyby ktoś pytał, nie jest to moja ulubiona literatura, a książkę tę przeczytałam wyłącznie z sentymentu do jej pierwszej części, zatytułowanej „Samotność w sieci”, którą zachwycałam się w okresie gimnazjalnym). Szczerze mówiąc, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by tak właśnie kogoś „macać”. Jak pisałam w moim pierwszym tekście, chcę, by szanowano moją osobistą przestrzeń, zatem sama szanuję osobistą przestrzeń innych ludzi.

Możecie być zatem spokojni — jeśli zetkniecie się kiedyś z osobą niewidomą, raczej nie będzie ona naruszała Waszej cielesności. Jak jednak również już sygnalizowałam, osoby z niepełnosprawnościami, w tym niewidome, są różne. Mogą się zatem znaleźć takie, które będą chciały Was dotykać — ostatecznie stereotypy znikąd przecież się nie biorą. Niektóre mogą odczuwać potrzebę zapoznania się z Waszym wyglądem, znam również takich niewidomych panów, którzy celowo wykorzystują wspominany stereotyp, gdyż daje im on możliwość obejrzenia przedstawicielek płci przeciwnej i wyrobienia sobie opinii o ich urodzie. W takich przypadkach absolutnie nie musicie odczuwać wyrzutów sumienia, nie zgadzając się na dotyk — możecie odmówić tak samo, jak odmówilibyście każdej innej osobie. Nie oferujcie również niewidomym możliwości „obmacania” siebie — jest bowiem prawdopodobne, że w tego rodzaju sytuacjach dyskomfort będziecie wówczas odczuwali nie tylko wy, ale również oni sami. Inaczej mówiąc, nie bądźcie jak moja nauczycielka z podstawówki.

Jak niewidomi postrzegają świat?

No dobrze, skoro osoby niewidome nie chodzą po świecie z wyciągniętymi rękami, poszukującymi kolejnych osób, które mogłyby podotykać, czy znaczy to, że takie osoby nie interesują się tym, jak wyglądają inni ludzie? Myślę, że jest z tym dość różnie.

Jak chyba większość osób niewidomych często spotykam się z pytaniem: „A jak sobie mnie wyobrażasz”? Powiedziałabym, że jest w nim widoczna pewna tendencja do przypisywania nam jakichś nadprzyrodzonych zdolności. Znam takich niewidomych, którzy chętnie na takie pytania odpowiadają, czym wzbudzają powszechną ekscytację. A jeśli jakimś sposobem uda im się trafnie opisać czyjś wygląd, no to już w ogóle zbiorowy szok. Mnie natomiast nie bawi zgadywanie dotyczące czyjegoś wyglądu. No cóż, jeszcze bym nie zgadła i wyszłoby na jaw, że nie mam zdolności, o które się mnie podejrzewa. Pozwolę sobie w tym miejscu na parafrazę znanych słów pewnej nie mniej znanej persony: Kiedy pytają mnie: „Jak sobie mnie wyobrażasz”, odpowiadam: „Wcale sobie nie wyobrażam”. W ogóle nie zastanawiam się nad tym, jak ktoś wygląda, bo tego nie widzę.

Podobnie ma się sprawa, jeśli chodzi o kolory. Są tacy niewidomi, którzy przypisują barwom jakieś skojarzenia i na tej podstawie są w stanie wskazać, która jest ich ulubioną. Są jednak także i tacy, do których sama się zaliczam, raczej nie rozpatrujący tematu kolorów. Nie oznacza to jednak, że nie wiem, jakiego koloru są na przykład trawa czy śnieg — żeby to wiedzieć, nie trzeba przecież widzieć, jest to wszak wiedza ogólna i elementarna. Niezależnie od podejścia barwy pozostają dla osób całkowicie niewidomych od urodzenia czymś abstrakcyjnym. Oczywiście nie mówię tu o osobach słabowidzących, gdyż część z nich jest w stanie rozróżniać kolory, czy też o ociemniałych, ponieważ z reguły przechowują one w pamięci wrażenia wizualne z czasów, gdy ich wzrok był jeszcze na dobrym poziomie.

Zapytano mnie również kiedyś o to, jak postrzegam świat i czym to moje postrzeganie różni się od perspektywy osób widzących. Na takie pytanie nie potrafię odpowiedzieć — różnice na pewno występują, skoro jednak nigdy nie widziałam, nie jestem w stanie ich nazwać, bo nie wiem, jak to jest widzieć i niewidzenie jest dla mnie stanem naturalnym.

Czy niewidomi są lepszymi ludźmi?

A teraz włożę kij w mrowisko, zakwestionuję bowiem sposób myślenia niektórych znanych mi osób niewidomych. Otóż szczycą się one tym, że dzięki niewidzeniu unikają oceniania „książki po okładce”, czyli ludzi po wyglądzie. Mówią o tym nawet jako o korzyści z braku wzroku i uważają, że czyni to je lepszymi od reszty społeczeństwa. Sprawa nie jest jednak tak jednoznaczna. Te same osoby, w tym również pisząca te słowa, świadomie lub podświadomie, za kryterium oceny biorą na przykład głos. Czym zatem różni się wnioskowanie o człowieku na podstawie tego, jak wygląda czy się ubiera i tego, jaką ma barwę głosu czy w jaki sposób mówi? Przecież to właściwie ten sam rodzaj cech, że tak to ujmę, zewnętrznych. Nie piszę tego po to, by zdyskredytować osoby z dysfunkcją wzroku, bo, jak wspomniałam, przy okazji zdyskredytowałabym też samą siebie. Chodzi mi raczej o ponowne wskazanie, że niewidomi to tacy sami ludzie jak wszyscy, nie należy zatem przypisywać im szczególnych przymiotów.

„Co się śni niewidomym”

Muszę wytłumaczyć się na początek z tego, chyba nieco pretensjonalnego tytułu. Zaczerpnęłam go z pewnej piosenki, w ostatnich latach dosyć popularnej wśród młodych adeptek sztuki wokalnej. Tak się składa, że znów zabiorę Was na chwilę do mojej podstawówki. Na jednej z lekcji języka polskiego uczniowie otrzymali zadanie domowe, polegające na opisaniu swojego najciekawszego snu. Po zajęciach podeszła do mnie polonistka i powiedziała, że jestem z tego wypracowania zwolniona. Przyznam, że mnie to zaskoczyło, zapytałam więc o powód takiej decyzji. W odpowiedzi usłyszałam: „Przecież ty nie masz snów”.

Z tego, co mi wiadomo, sny osób widzących nie składają się wyłącznie z wrażeń wizualnych, ale również z dotykowych, słuchowych i innych. Osoba, która nie widzi, śni w taki sam sposób, w jaki odbiera rzeczywistość na jawie, a więc słyszy i odczuwa. Jeśli ktoś posiada jakiekolwiek resztki wzroku, na tym samym poziomie widzi również we śnie. Ja na przykład mam tzw. poczucie światła — jestem w stanie wskazać, gdzie znajduje się okno lub zapalona lampa. Dokładnie tak samo, jak na co dzień, widzę podczas snów. Wyjątkiem są tu osoby ociemniałe, które w snach mogą zobaczyć kolory i przedmioty, a więc to wszystko, co widziały przed utratą wzroku. A zatem to nieprawda, że niewidomi nie śnią, choć oczywiście rozumiem, że polonistka mogła o tym nie wiedzieć. Wytłumaczyłam jej jednak, jak się sprawy mają i że jestem w stanie, jak wszyscy uczniowie, zrealizować zadane przez nią ćwiczenie. A mogłam nic nie mówić i mieć popołudnie wolne od pracy domowej…

Zakończenie

Myślę, że taka porcja informacji będzie na dziś wystarczająca. Mam jeszcze w planach między innymi tekst, w którym zwrócę Waszą uwagę na kilka kwestii, jakie warto mieć na uwadze w kontaktach z osobami niewidomymi. Jeśli jest coś jeszcze, co Was ciekawi w omawianym przeze mnie temacie, pytajcie śmiało — jeżeli tylko będę w stanie, odpowiem najlepiej, jak będę umiała. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że rzeczy, które Was zastanawiają, mnie wydają się oczywiste i nie przyjdzie mi do głowy, by Wam o nich opowiedzieć.

Na koniec powtórzę jeszcze to, co przewija się przez moje wszystkie artykuły, ale może ktoś z Was ich jeszcze nie przeczytał (jeśli są tu takie osoby, już chyba wiedzą, co powinny zrobić po lekturze tego tekstu):

Traktujcie osoby niewidome jak normalnych ludzi, bez litości, bez przypisywania im szczególnych cech, czasem potrzebujących pomocy, ale w gruncie rzeczy takich, jak wszyscy.

Tylko tyle i aż tyle, ponownie zostawię Was więc z moim naczelnym przesłaniem, które, jak wierni czytelnicy z pewnością wiedzą, jest tożsame z tytułem tego cyklu — „Nie ma się czego bać”.