Nie ma się czego bać, czyli rzecz o osobach z niepełnosprawnościami. Część 3: Język

Na białym tle, w czerwonej ramce czarne, przekreślone słowa: inwalida, głuchoniemy, kaleka, ślepy, inwalidztwo, kalectwo, sprawny inaczej, skazany na wózek, przykuty do łóżka, ułomny, karzeł, upośledzony.
www.kulawawarszawa.pl

Jakich słów użylibyście, mówiąc o poszczególnych niepełnosprawnościach? Czy wiecie, które sformułowania mogłyby zostać uznane przez osoby z niepełnosprawnościami za obraźliwe? I jak właściwie powinno się rozmawiać z osobami z niepełnosprawnościami?

Wstęp

Kiedy poszukiwałam jakiejś myśli, która mogłaby stać się punktem wyjścia dla moich kolejnych refleksji, przyszło mi między innymi do głowy stwierdzenie, że słowa mają moc. Oczywiście doskonale wiem, że jest ono truizmem, nie zmienia to jednak faktu, iż w największym możliwym skrócie oddaje to, co chciałabym Wam dziś przekazać. Powszechnie wiadomo, że język stanowi nośnik informacji, jednak nie zawsze pamięta się o tym, że nie jest to jego jedyna rola — w niemałym stopniu kształtuje on bowiem rzeczywistość. Właśnie pod tym kątem zamierzam przyjrzeć się określeniom, których używa się w odniesieniu do osób z niepełnosprawnościami.

Skoro tak się złożyło, że w moich dwóch poprzednich tekstach przed przejściem do właściwych rozważań zadałam Wam kilka pytań, niech tak będzie i tym razem. Zachęcam więc do zastanowienia się:

Jakich słów użylibyście, mówiąc o poszczególnych niepełnosprawnościach?

Czy wiecie, które sformułowania mogłyby zostać uznane przez osoby z niepełnosprawnościami za obraźliwe?

I jak właściwie powinno się rozmawiać z osobami z niepełnosprawnościami?

Temat ten podejmuję z dwóch powodów. Po pierwsze używanie nacechowanego szacunkiem, niedyskryminującego języka to jeden z elementów koniecznych, aby możliwe stało się podmiotowe traktowanie osób z niepełnosprawnościami. Po drugie zaś, jak być może zauważyliście, niektóre z określeń, z założenia odnoszących się do wspominanej grupy osób, nieraz można usłyszeć w kontekstach niezwiązanych z tematyką niepełnosprawności. Innymi słowy, choć, przynajmniej w teorii, wszyscy wiedzą, że jest to niewłaściwe, niepełnosprawność bywa uznawana za synonim obelgi. Co gorsza, przejawy takiej postawy można odnaleźć w wypowiedziach niektórych osób publicznych (zdradzę w tym miejscu, że czytając ten artykuł możecie spodziewać się zarówno aluzji politycznych, jak i dziennikarskich). Zachęcam zatem do lektury i wzięcia sobie do serca moich sugestii, dotyczących języka, jakim powinno się mówić o niepełnosprawnościach, bo, choć mogłoby się wydawać, że chodzi jedynie o słowa, to właśnie słowa mają naprawdę duże znaczenie.

Osoba niepełnosprawna czy z niepełnosprawnością?

Zacznę od pojęcia najbardziej ogólnego, ale przy tym absolutnie podstawowego. Mogłoby się wydawać, że określenia „osoba niepełnosprawna” i „osoba z niepełnosprawnością” są właściwie tożsame i że w związku z tym można używać ich wymiennie. Uważni czytelnicy moich tekstów zorientowali się zapewne, że staram się jednak sięgać po drugie z nich. Jest to z mojej strony działanie celowe — coraz częściej postuluje się bowiem, by mówić nie o osobach niepełnosprawnych, lecz właśnie o osobach z niepełnosprawnością lub z niepełnosprawnościami. Wyrażenie „osoba niepełnosprawna” uznawane jest za stygmatyzujące — wielu aktywistów, którym bliska jest rozpatrywana tu tematyka argumentuje, że może ono sugerować, iż niepełnosprawność jest jedyną cechą charakteryzującą daną osobę. Tymczasem mówiąc o osobie z niepełnosprawnością daje się do zrozumienia, że posiada ona szereg przymiotów, umiejętności i pełni określone role społeczne, a niepełnosprawność jest tu tylko jednym z elementów. Być może pomyśleliście teraz, że wspomniane rozróżnienie jest trudne do intuicyjnego wychwycenia, i że w związku z tym sformułowanie „osoba z niepełnosprawnością” nie realizuje funkcji, jaką się mu przypisuje. Co do mnie, choć bardzo zależy mi, by w kontekście niepełnosprawności używany był język nienacechowany stygmatyzująco, wciąż mam wątpliwości, czy różnica ta nie jest zbyt subtelna, aby jej zrozumienie i przyswojenie przez społeczeństwo było możliwe.

Tak czy inaczej, nawet, jeśli wspominane tu określenia odbieracie jako synonimiczne, polecam Wam wybór wariantu, który jest wprawdzie minimalnie dłuższy, lecz istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że wywoła on u kogoś negatywne skojarzenia, a więc mówienie i pisanie o osobach z niepełnosprawnościami, nie zaś o osobach niepełnosprawnych. A skoro, jak wiadomo, język nie jest skamieniałym tworem (no dobrze, chyba nie dla wszystkich to takie oczywiste, o czym świadczy chociażby spór o feminatywy), należy mieć nadzieję, że w przyszłości wykształci się takie określenie niepełnosprawności, co do którego wydźwięku nie będzie już żadnych wątpliwości.

Nazywanie niepełnosprawności „kalectwem”, „inwalidztwem” czy „ułomnością” na szczęście jest już coraz rzadsze. Wciąż jednak co jakiś czas można usłyszeć w mediach właśnie te słowa oraz ich pochodne („kaleka”, „inwalida”). Byłoby dobrze, gdyby je wszystkie udało się na zawsze wyplenić z języka. Warto również unikać zwrotów, które sprowadzają niepełnosprawność do cierpienia.

Niewidomy, ślepy, a może ociemniały?

Wydaje mi się, że świadomość tego, iż w odniesieniu do osób z dysfunkcją wzroku nie należy stosować słowa „ślepy” jest raczej powszechna. Owszem, zdarza się, że ktoś mówiąc o mnie (raczej nie do mnie) użyje tego epitetu, ale są to przypadki naprawdę sporadyczne. Wyraz „niewidomy” najczęściej opisuje osoby, które nie widzą zupełnie lub prawie nic. O tych, których poziom widzenia jest znacząco niższy od przeciętnego, ale będących w stanie korzystać z resztek wzroku można mówić „słabowidzący” bądź „niedowidzący”. Do obu tych grup pasuje także użyte powyżej określenie — osoby z dysfunkcją wzroku.

No dobrze, a co w takim razie ze słowem „ociemniały”? Z moich obserwacji wynika, że częste jest traktowanie tego terminu jako synonimicznego z wyrazem „niewidomy” i nazywanie ociemniałymi wszystkich osób z dysfunkcją wzroku. W rzeczywistości wygląda to jednak nieco inaczej. Otóż osoba ociemniała to taka, która straciła wzrok (przyjmuje się, że to określenie odnosi się do tych, którzy nie widzą co najmniej od piątego roku życia). Wspomnianego słowa „niewidomy” powinno się zaś używać mówiąc o kimś, kto nie widzi od urodzenia. Jeśli nie znamy historii osoby, o której mówimy lub mamy na myśli osoby z dysfunkcją wzroku jako grupę, możemy bez wahania posłużyć się wyrazem „niewidomi”, jako opisującym najogólniej ludzi z omawianą niepełnosprawnością.

I na tym mogłabym zakończyć przypatrywanie się terminologii dotyczącej niewidzenia, gdyby nie nieszczęsne słowo „ślepy”. Stanowi ono bowiem człon kilku sformułowań, które możemy od czasu do czasu przeczytać lub usłyszeć. Należą do nich między innymi takie związki frazeologiczne, jak „ślepa miłość” czy „ślepy los”, które nie są chyba dla nikogo obraźliwe. Można się również spotkać ze sformułowaniem, że ktoś jest ślepy na jakieś zjawisko. Do niego również raczej nie można mieć większych zastrzeżeń, wydaje mi się jednak, że od takiego postawienia sprawy jest już całkiem niedaleko do całościowego utożsamiania „ślepoty z głupotą”, a to niestety także się zdarza.

Jakiś czas temu polityczka Lewicy Anna-Maria Żukowska, przekazując na twitterze informację o niskim poziomie wody w Zalewie Sulejowskim, napisała: „Jak ktoś nie widzi kryzysu klimatycznego, to musi być ślepy”. Mogę zaręczyć, że niewidzenie nie ma żadnego związku z dostrzeganiem zmian klimatu — jak w całym społeczeństwie wśród niewidomych są zapewne tacy, którzy mają ich świadomość, jak i ci, którzy uznają globalne ocieplenie za mit. Zapewne niektórzy z Was pomyśleli teraz, że w tweecie nie chodziło przecież o osoby z dysfunkcją wzroku, z czego, rzecz jasna, również zdaję sobie sprawę. Ponadto jestem pewna, że rzeczniczka SLD nie miała złych intencji i nie chciała nikogo obrazić takim komentarzem. No właśnie, czy właściwie czuję się obrażona? Nie, takie słowa mnie nie dotykają i z tego, co wiem, nie dotykają wielu osób z niepełnosprawnościami (choć na pewno są i takie, którym mogłyby one sprawić przykrość). To, że nie odbieram ich osobiście nie oznacza jednak, że odpowiada mi ten sposób formułowania myśli. W społeczeństwie obecne jest, raczej nieartykułowane wprost, przekonanie, że zarówno osoby niewidome, jak i z innymi niepełnosprawnościami, są z założenia głupsze od pozostałych ludzi. Czemu zatem wciąż używa się zwrotów, które ten stereotyp utwierdzają? Dodam jeszcze, że cytowany tweet nie jest najbardziej jaskrawym przykładem omawianej tendencji — co jakiś czas w mediach społecznościowych znajduję wypowiedzi, których autorzy stwierdzają wprost, że trzeba być ślepym i głupim, by na przykład popierać jakąś partię. Skoro coraz częściej piętnuje się używanie słów „świr” czy „wariat” jako stygmatyzujących osoby z chorobami psychicznymi (wiem, dla niektórych i to wciąż pozostaje niezrozumiałe), dlaczego w podobny sposób nie postrzega się mówienia o „ślepocie” jako o synonimie niższych od przeciętnych możliwości intelektualnych? Myślę, że w sytuacjach podobnych do tej z przytoczonego tweeta można wyrazić swoje odczucia na tyle różnych sposobów, że naprawdę bez problemu da się uniknąć sięgania po określenia obraźliwe lub dyskryminujące, do których zalicza się właśnie „ślepy”. Czym innym jest natomiast, gdy sami niewidomi używają tego słowa w dyskusjach między sobą — ma ono wówczas żartobliwy wydźwięk. To, że niewidomy sam siebie nazywa „ślepym” nie sprawia jednak, że mogą go tak nazywać osoby widzące, chyba, że wyraźnie na to pozwoli.

Głuchy, niesłyszący, a może głuchoniemy?

Mogłoby się wydawać, że w przypadku słów „niesłyszący” i „głuchy” sytuacja jest analogiczna, jak z wyrazami „niewidomy” i „ślepy”, a więc, że należy używać pierwszego i unikać drugiego z nich. Tutaj sprawa wygląda jednak inaczej. Co prawda w obiegu pozostają dwa wspomniane określenia, jednak osoby z niepełnosprawnością słuchu z reguły wolą, by nazywać je „Głuchymi”. Wyraz „niesłyszący” odbierają bowiem, jakby sugerował jakąś ich nieprawidłowość czy nieumiejętność. Być może zwróciło Waszą uwagę, że słowo „Głuchy” zapisałam wielką literą. Nie, to nie dlatego, że przypadkiem wcisnęłam klawisz Shift na klawiaturze komputera. Osoby Głuche, w przeciwieństwie do przedstawicieli wszystkich pozostałych niepełnosprawności, tworzą bowiem odrębną grupę kulturową — mówi się o kulturze Głuchych. Posiada ona własny język (polski język migowy), własne normy i wartości, zasady savoir-vivre’u, a ponadto Głusi uczęszczają między innymi do własnych teatrów. Wyraz „głuchy” bywa jednak również zapisywany małą literą — taka jego postać występuje w kontekście medycznym i służy do scharakteryzowania poziomu słuchu danej osoby. Tych, którzy posiadają duży uszczerbek słuchu, ale będących w stanie korzystać z jego resztek, nazywamy niedosłyszącymi lub słabosłyszącymi.

Podobnie, jak stosuje się wymiennie słowa „niewidomy” i „ociemniały”, chyba jeszcze częściej jako równoznaczne traktuje się określenia „głuchy” i „głuchoniemy”. I również w tym przypadku to błąd. Głusi nie życzą sobie bowiem, by nazywano ich głuchoniemymi — jest to dla nich bardzo obraźliwe, ponieważ sugeruje, że nie mają własnego języka, co, jak już wskazałam w tym i poprzednim artykule, nie jest prawdą.

To, że słowo „Głuchy” uznawane jest za odpowiedniejsze nie usprawiedliwia oczywiście używania go w dyskryminujących sformułowaniach, a więc utożsamiania niesłyszenia z niskim poziomem inteligencji, co niestety zdarza się podobnie często, jak ma to miejsce ze słowem „ślepy”.

„Skazany na wózek”

Jak powiedzieć o kimś, kto porusza się na wózku? Najprościej, czyli właśnie tak — „osoba poruszająca się na wózku” (podobnie: „osoba poruszająca się o kulach”). Bywa jednak, że w kontekście niepełnosprawności ruchowej używa się wyrażeń, utożsamiających ją z cierpieniem — „przykuty do wózka” czy „skazany na wózek”. Uczulam Was zatem, by ich nie stosować i, gdy to tylko możliwe, zwracać uwagę tym, którzy umieszczają je w swoich wypowiedziach.

„Ty Downie”

Być może nie wszyscy wiedzą, że od jakiegoś czasu postuluje się, aby nie używać wyrażenia „upośledzenie umysłowe” i mówić raczej o niepełnosprawności intelektualnej (w stopniu lekkim, umiarkowanym lub znacznym). Pierwsze z wymienionych sformułowań uznawane jest bowiem za stygmatyzujące. Wszyscy, przynajmniej teoretycznie, wiedzą natomiast, że sugerowanie niepełnosprawności intelektualnej rozmówcy w celu jego zdyskredytowania jest niewłaściwe. Zapewne gdybym tylko spróbowała poszukać, znalazłabym wypowiedzi osób publicznych, będące przejawem niestosowania się do tej, jak mi się wydaje, zupełnie podstawowej zasady. W związku z tym, że nie mam ochoty się denerwować, poprzestanę jednak na ponownym podkreśleniu, że zwroty w rodzaju „ty chyba jesteś upośledzony” czy „ty Downie” są absolutnie karygodne.

Warto podkreślić, że właśnie na przykładzie nomenklatury można zaobserwować, jaki jest stosunek społeczeństwa do osób z omawianym rodzajem niepełnosprawności — to przecież nie przypadek, że słowa „debil”, „imbecyl” i „idiota”, stosowane niegdyś w formalnej diagnostyce psychiatrycznej w odniesieniu do poszczególnych stopni niepełnosprawności intelektualnej, stały się wyrazami obelżywymi. Obecnie, na szczęście, nie używa się ich już w pierwotnym znaczeniu (no chyba, że jest się Januszem Korwin-Mikkem).

„Wręcz autystyczny”

Całkiem niedawno w pewnym programie telewizyjnym w kontekście jednej z uczestniczek usłyszałam informację, że „opiekuje się ona dziećmi chorymi na autyzm”. Należy wyjaśnić to raz na zawsze: Autyzm nie jest chorobą. W związku z tym o zwrotach w rodzaju „chorować na autyzm” czy „cierpieć na autyzm” należałoby zapomnieć. Cierpienie, jakie może (ale nie musi) wiązać się z autyzmem nie wynika bowiem z niego samego, lecz z konkretnych problemów, z jakimi borykają się, no właśnie, osoby z autyzmem czy też w spektrum autyzmu — to właśnie te formy uznaje się za najbardziej odpowiednie.

Być może wydaje się Wam, że autyzm nie bywa wykorzystywany jako synonim obelgi. Ja również chciałabym tak myśleć, niestety wiem jednak, że ten sposób formułowania wypowiedzi pozostaje w zasięgu najpopularniejszych w Polsce komentatorów politycznej rzeczywistości. Dwa lata temu Tomasz Lis opublikował tweeta o treści: „Zybertowicz doskonale nadaje się na doradcę Dudy. Autyzm, ślepota, bezczelność, arogancja”. Przyznajcie, mamy tu prawdziwe combo — oprócz autyzmu w stygmatyzującym kontekście pojawiła się wspomniana już „ślepota”. O tym, że zdanie to jest niezwykle krzywdzące, próbowała przekonać Lisa między innymi Barbara Nowacka — jedynym rezultatem było jednak ubolewanie nad „poprawnością polityczną”. Przytaczaną sytuację szczególnie przykrą czyni fakt, że miała ona miejsce tuż po zakończeniu czterdziestodniowego sejmowego protestu. Na domiar złego redaktor „Newsweeka” nie jest jedynym komentatorem, którego można tu przywołać — oceniając poczynania ówczesnego marszałka sejmu Marka Kuchcińskiego, Łukasz Warzecha napisał bowiem: „To był od początku bardzo zły marszałek, arogancki, walczący z mediami, wręcz autystyczny”. Później publicysta zaznaczył, że nie chodziło mu, co jego zdaniem oczywiste, o autyzm w sensie medycznym, lecz o scharakteryzowanie pewnego typu zachowań i podkreślił, że za swoje słowa nie zamierza przepraszać.

Gdybym dziś natknęła się na podobną wypowiedź, spróbowałabym zachęcić jej autora do zapoznania się z opinią osoby, której kwestie te dotyczą bezpośrednio. Ostatnio trafiłam na przykład na ciekawy wywiad z nastolatką w spektrum autyzmu. Sformułowała ona wiele wartych uwagi myśli, w tym tę, że nie odpowiada jej, iż słowo „autyzm” jest używane jako obelga (link do materiału, wraz z odnośnikami do pozostałych źródeł, zamieszczam na końcu tekstu). Tylko czy taki głos przekonałby dotychczas nieprzekonanego, że nie chodzi tu o „terror politycznej poprawności”, a o uczucia konkretnych osób i podtrzymywanie stereotypów na ich temat? No bo jak ma się poczuć ktoś, u kogo zostanie zdiagnozowany autyzm, albo rodzic takiego dziecka, gdy czyta tego rodzaju komentarze? Chciałabym wierzyć, że przedstawienie spojrzenia osoby w spektrum autyzmu odniosłoby tu pozytywny skutek, lecz niestety śmiem w to wątpić.

Jeszcze słowo o proteście

Będzie to uwaga nieco inna od poprzednich. Powrócę bowiem po raz kolejny do sejmowego protestu, który w 2018 roku na 40 dni poruszył opinię publiczną. Kiedy dziennikarze czy politycy „od lewa do prawa” wspominają to wydarzenie, określają je mianem protestu opiekunów osób, lub, co gorsza, dzieci niepełnosprawnych (o tym, dlaczego jestem uczulona na sięganie w tym kontekście po słowo „dzieci”, pisałam w moim pierwszym artykule). Zawsze, gdy to czytam lub słyszę, nasuwa mi się jednak pytanie: Czy o zainteresowanie władzy potrzebami wspominanej mniejszości walczyli wówczas wyłącznie opiekunowie? Wiktoria i Magdalena Milewicz, a także Jakub Hartwich i Adrian Glinka uczestniczyli w proteście wraz ze swoimi rodzicami i również byli pokazywani w mediach. Dlaczego zatem nagminne jest ich pomijanie, skoro protest tak naprawdę dotyczył właśnie ich i takich jak oni? Nie są przecież niewidzialni.

Mógłby paść tu argument, że dobrze się stało, iż to opiekunowie znaleźli się wówczas na pierwszym planie — ich zaangażowanie nie jest bowiem z reguły dostrzegane. Rzecz jasna w takim stanowisku jest sporo racji. Niewidoczność osób z niepełnosprawnościami oraz ich nieobecność w dyskursie publicznym wciąż jednak pozostaje problemem. Wydaje mi się, że język to jeden z obszarów, w którym można podejmować kroki służące poprawie tej sytuacji. Postulowałabym zatem, by zamiast mówić i pisać o proteście opiekunów, używać raczej wyrażenia „protest osób (absolutnie nie dzieci!) z niepełnosprawnościami oraz ich opiekunów”.

Zakończenie

Przypuszczam, że wielu z Was kojarzy popularny w serwisie YouTube kanał „Mówiąc inaczej”, na którym można znaleźć odpowiedzi na liczne pytania, związane z polszczyzną. Ale dlaczego właściwie piszę o nim akurat teraz? Otóż jego autorka — Paulina Mikuła nagrała jakiś czas temu film, w którym podzieliła się wskazówkami dotyczącymi tego, jak powinno się rozmawiać z osobami z niepełnosprawnościami. W filmie tym pojawiło się wiele słusznych spostrzeżeń, pewne moje wątpliwości wzbudziła jednak jego pointa. Mikuła stwierdziła bowiem, że rozmawiając z osobami z niepełnosprawnościami trzeba uważać, aby ich nie urazić.

Choć poświęciłam sporo miejsca na wyjaśnienie tego, których określeń można, a których nie powinno się używać, zdecydowanie nie chciałabym zostawiać Was z podobnym przesłaniem. Rozmawiając z osobą niewidomą, Głuchą, poruszającą się na wózku, z niepełnosprawnością intelektualną czy w spektrum autyzmu naprawdę nie musicie zastanawiać się nad każdym słowem. Byłoby najlepiej, gdybyście starali się zapomnieć o tym, że osoba, z którą rozmawiacie, ma jakąś niepełnosprawność i mówili do niej tak samo, jak mówicie do innych. A jeśli chcecie zapytać niepełnosprawnego o niepełnosprawność, a nie wiecie, jakimi określeniami możecie się posłużyć, by nie sprawić mu przykrości, wystarczy po prostu zapytać. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko zakończyć ten tekst sformułowaniem z tytułu mojego cyklu — wiem, robię to już trzeci raz, ale nie może być inaczej, skoro to rzeczywiście prawda, że „nie ma się czego bać”.

__________________________________________

Pracując nad niniejszym tekstem odwoływałam się do następujących źródeł:

Książki i artykuły:

List otwarty do mediów fundacji Kulawa Warszawa:

O osobach z niepełnosprawnościami:

https://www.humanityinaction.org/wp-content/uploads/2019/11/19_pl_o-osobach-z-niepelnosprawnosciami.pdf?fbclid=IwAR2eJGIK4ZZmmSPkXgLuGKiZJEOcrFiGoSFFHShZAIvdBrbbNX4fMvfqdjM

Autyzm: fakty i mity:

http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/229117

Materiały w serwisie YouTube:

Byłam ignorantem – polski język migowy, kultura Głuchych (film z kanału Billie Sparrow):

Rozmowy w spektrum autyzmu: perspektywa młodej samorzeczniczki: Antonina Ławicka (film z kanału fundacji AleKlasa):

Jak rozmawiać z osobami niepełnosprawnymi, by nie popełnić gafy.

Mówiąc Inaczej, odc. 105:

Wpisy w mediach społecznościowych:

Tweet Anny-Marii Żukowskiej: https://twitter.com/AM_Zukowska/status/1159430225744318465

Tweet Tomasza Lisa:

Tweet Łukasza Warzechy: