Nie świruj

Kobieta z rozmazanym od łez makijażem, zasłaniająca usta białą kartką papieru z namalowanym uśmiechem.
Zdjęcie: Sydney Sims

Na początku zaznaczę, że poniższy tekst wynika głównie z moich subiektywnych doświadczeń. Ciężko mi ocenić ich uniwersalność.
Czy wiecie, że Instytut Psychiatrii i Neurologii szacuje, że co czwarty Polak cierpi na zaburzenia psychiczne? Taka tam ciekawostka. Oczywiście podejrzewam, że większość nigdy nie szuka profesjonalnej pomoc, tylko „leczy” się sama. Spacerami, rodzeniem dzieci, alkoholem czy przemocą. Jest mnóstwo „domowych sposobów”. Teraz czytelnicy, którzy nie mają tych problemów mogą się spytać: „Dlaczego?”
Odpowiedź jest prosta – przez was.

Pamiętamy nie tak dawną kampanię „Nie świruj, idź na wybory”, która zaczęła się od całkiem przyzwoitego spotu z Januszem Gajosem, a dzięki skandalicznemu występowi Wojciecha Pszoniaka – zmieniła się w festiwal wyobrażeń Polaków o tym, jak wyglądają osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne. Oczywiście było oburzenie. Pouczano: „Nie stygmatyzuj!”. Czy coś się zmieniło? Oczywiście, to głupie pytanie, bo jak zwykle nie zmieniło się nic, poza tym, że parę osób, w zależności od przekonań, albo uznało, że lewaki nie mają poczucia humoru, albo poczuło się dobrze, bo bohatersko stanęło w obronie osób z zaburzeniami. Natomiast osoby z chorobami psychicznymi pozostały traktowane tak, jak były do tej pory, czyli świadomie ignorowane.

Przede wszystkim należy pamiętać, że w powszechnej świadomość osoba chora psychicznie, to zamknięty w szpitalu koleś w czapce Napoleona, wykrzykujący bzdury. Z pewnością osoby cierpiące na poważne schorzenia, mogą czasem stracić kontakt z rzeczywistością (aczkolwiek nie wiem, czy naprawdę tak wiele z nich uznaje się za cesarza Francuzów), jednak zdecydowana większość przypadków zaburzeń psychicznych jest leczona ambulatoryjnie. Mimo wszystko gen. Bonaparte prześladuje osoby z zaburzeniami, wmawiając całemu społeczeństwu, że prawdziwa choroba, to dopiero ciężkie przypadki schizofrenii. Stąd ludzie często ignorują wczesne oznaki choroby i późno decydują się na leczenie, narażając się na niepotrzebne cierpienie.


Jednak gdy dziesięć lat temu zaczynałem leczenie, „nieświadomość” choroby nie była przyczyną jego późnego rozpoczęcia. Szybko zauważyłem, że coś jest ze mną nie tak. Dużo wcześniej, nim doszło do przypadków autoagresji, a o wiele wcześniej, nim zaczęło to być widoczne dla otoczenia. Dlaczego więc, zamiast dać sobie pomóc, wolałem „iść pobiegać” i „częściej się uśmiechać”?

Bałem się.

Bardziej niż choroby, której napady nie pozwalały mi funkcjonować, bardziej niż bólu i opuchniętej twarzy, które sprawiałem sobie, okładając się po głowie, bardziej niż małych kroczków, którymi powoli przygotowywałem się do samobójstwa.

Najbardziej bałem się reakcji otoczenia. Przyznanie się do choroby w moich oczach znaczyło koniec mojego życia.

Czemu? Już na samym starcie zamykało mi to drogę do mojej, wymarzonej wtedy ścieżki kariery, a mianowicie do policji. (Tak, wiem, teraz bym żałował). Słusznie zwrócicie uwagę, że to nieodpowiedzialne z mojej strony. Osoba z zaburzeniami psychicznymi nie powinna pracować w policji. Na swoje usprawiedliwienie, cały czas miałem nadzieję, że mi przejdzie. Nie mniej jednak – pewnie mielibyście rację. Zadam jednak kolejne pytanie: Czy osoba z zaburzeniami psychicznymi może kierować ludźmi? Prowadzić pojazd? Operować niebezpiecznymi narzędziami? Odpowiecie, że oczywiście to zależy od zaburzenia. Dobrze, no to nie rozmawiajmy teoretycznie. Weźmy mnie i moje F.41.2 – zaburzenia depresyjno-lękowe. Mogę robić to wszystko? Wiem co wam teraz przechodzi przez głowę. Widziałem już to nieraz u moich znajomych, gdy (oczywiście nie przyznając się, że chodzi o mnie) zadawałem im to pytanie. Myślicie sobie: „Tak, ale…” i zaczynają się wam przez głowę przewijać scenariusze, w których moja choroba może być groźna. Jednak robię wszystkie te rzeczy i częściej przeszkadzało mi w nich przeziębienie, niż choroba psychiczna.
„Póki co…”

Jeśli tak pomyśleliście, to nie ma czego się wstydzić. Jesteśmy nauczeni nie ufać osobom z chorobami psychicznymi. Przekonuje nas się, że nie są w stanie ocenić sytuacji, a nawet jeśli wydaje się, że są w pełni władz umysłowych, to pewnie nas okłamują. Ten stereotyp sprawia, że osoby z zaburzeniami boją się szczerze rozmawiać o swoich doświadczeniach, co w oczach społeczeństwa stanowi potwierdzenie dla tego stereotypu. Niezawodny system stygmatyzacji.

Wróćmy do mnie. Teraz już mam nadzieję, że rozumiecie skąd u mnie strach przed przyznawaniem się do własnych problemów. Od kiedy rozpocząłem leczenie, niektóre sprawy, do tej pory będące formalnościami, nagle stały się problemem. Okazuje się, że pytania: „Czy cierpi Pan na jakieś choroby przewlekłe?” lub: „Czy przyjmuje Pan jakieś leki?” pada dużo częściej niż myślałem. Żeby dostać ubezpieczenie czy jakieś uprawnienie potrzebuję zaświadczenia od psychiatry, że nie planuję zjeść niczyjej wątroby z bobem przy dobrym Chianti. To jednak tylko dodatkowa przeszkoda do pokonania.

Przeszkody, które znajdują się w głowach ludzi dookoła nie zawsze takie są.

W oczach każdego, kto wie o mojej chorobie, już zawsze będę podejrzany. Zawsze mogę nagle nie podołać jakiejś przeciwności albo dostać ataku paniki. Nawet jeśli ktoś nie przyzna tego wprost. Powiecie, że to paranoja? Nie wiecie jak bolesnym doświadczeniem jest, gdy ktoś na twoje uczucia reaguje pytaniem, czy wziąłem leki. Nawet jeśli jest to osoba najbliższa, a pytanie zadane jest w dobrej woli. Nie opieram się jednak tylko na moich odczuciach. (O których ktoś może pomyśleć, że są przesadzone, bo jestem chory). Moje przekonania opierają się głównie na rozmowach z ludźmi, którzy o moich zaburzeniach nie wiedzą.

Nic dziwnego, że osoby z zaburzeniami próbują je ukryć. Pomimo tego, że leczone są w stanie funkcjonować w życiu zupełnie normalnie, są darzone mniejszym zaufaniem niż osoby w gorszej sytuacji, którzy oficjalnie o pomoc nigdy nie prosili. Pomimo tego, że większość ludzi poza moimi najbliższymi nie zdaje sobie sprawy z mojej choroby, i tak po przeczytaniu tego tekstu pomyślicie, że nie powinienem być np. prezydentem. Oczywiście będzie to ukryte za racjonalnymi powodami, typu „A co jeśli nie będziesz miał dostępu do leków?”, choć ten powód wyklucza również np. osoby z cukrzycą. (Gwoli sprawiedliwości dodam jednak, że znalazłoby się mnóstwo osób, twierdzących, że cukrzyca też wyklucza z ubiegania się o prezydenturę.) Jeśli dodać do siebie utratę możliwości i stygmatyzację, osoby przyznające się do zaburzeń psychicznych publicznie stają się w moich oczach bohaterami.

Ktoś może trafnie zauważyć, że w ostatnim zdaniu uczyniłem bohaterem również siebie. Uwierzcie mi jednak, że nie czuję się jak bohater. Jestem przerażony. Każda kolejna litera tego tekstu wystukana na klawiaturze niesie za sobą falę strachu. Teraz już wystarczy wpisać moje nazwisko w wyszukiwarkę, aby dowiedzieć się, że cierpię na zaburzenia psychiczne. Jak ta wiedza wpłynie na postrzeganie mnie przez społeczeństwo? Co powiedzą moi pracodawcy, znajomi? Co od tej pory będziecie o moich tekstach myśleć wy, czytelnicy? Czy moje zdanie wciąż będzie miało tę samą wagę? A przecież nic się we mnie nie zmieniło od czasu, kiedy jeszcze tego tekstu nie przeczytaliście.

Dlaczego więc nagle jestem w waszych oczach kimś innym?

Mam nadzieję, że tym, co napisałem choć trochę wpłynę na wasze postrzeganie osób z zaburzeniami psychicznymi. Może spojrzycie na nie z trochę większą wyrozumiałością? Może powiecie o tym komuś innemu? Może kiedyś leczenie nie będzie wyrokiem gorszym niż sama choroba? Wątpię, że mam aż taki wpływ na świat. W końcu jestem takim jak wy zwykłym kolesiem, który czasem musi wymyślić coś na obiad, mając w kuchennej szafce jedynie bób i Chianti.