O co tak naprawdę chodzi w POPiSie?

Zdjęcie: twitter

Od jakiegoś czasu w kampanii prezydenckiej jak i w polskim życiu politycznym dość często dochodzi do pozycjonowania się danych ugrupowań i kandydatów w wyborach jako tych spoza „POPiSu”. Warto więc przyjrzeć się bliżej. Czym tak naprawdę jest POPiS?

Określenie to pierwszy raz wybrzmiało w trakcie kampanii wyborczej przed wyborami samorządowymi w 2002, kiedy Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość zawarły pierwszy raz koalicję. Trzy lata później partie te planowały utworzenie wspólnego rządu, jednak gierki polityczne, spowodowane m.in. wyborami prezydenckimi utrudniły negocjacje, które ostatecznie zakończyły się po spotkaniu przedstawicieli obu partii w kurii biskupiej w Gdańsku. Rok później PiS zawarł koalicję z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Od tamtego czasu PO i PiS stanowią główne siły polityczne w Polsce i poprzez wzajemne antagonizowanie swoich środowisk wciąż utrzymują się na szczycie.

Swoista synergia

Mimo iż to Lewicy dość często zarzuca się działanie na korzyść PiS i podchody do wydumanej koalicji, to związków politycznych z PiS dużo więcej ma Platforma. Janusz Kowalski, dziś naczelna twarz PiS w mediach, zaczynał w Platformie, z której go później wykluczono. Jacek Żalek, podlaski poseł Porozumienia spędził 6 lat jako radny i poseł z ramienia Platformy. Jarosław Gowin to dawna krakowska jedynka PO. Takich przykładów jest więcej, jak choćby Paweł Poncyljusz, Paweł Kowal czy Joanna Kluzik-Rostkowska.

Karmienie się nienawiścią

Nietrudno jest zauważyć, że te partie (jak i ich wyborcy) żywią się wzajemną nienawiścią. Wojna między tymi partiami zdominowała debatę publiczną. Nie jest to dobre zjawisko – niejako sprowadza ludzi o innych poglądach, niż tych prezentowanych przez Platformę oraz PiS, do takich, którzy muszą się jednoznacznie odpowiedzieć za jedną z wyżej wymienionych opcji. Inaczej są albo „pożytecznymi idiotami PiS” albo „platformerskimi trollami”. Najtwardszym zwolennikom tych partii trudno przemówić do rozsądku. Obie strony obrzucają się nieprzychylnymi określeniami, inwektywami, zarzucają sobie nieprzyzwoitość. Obie mają swoje tuby propagandowe, które stosują nieprawdopodobny wręcz hejt oraz manipulacje. Prowadzi to do sytuacji, w której wojna polityczna PiS i PO marginalizuje te problemy, które naprawdę są bolączką współczesnej Polski. Wysokie ceny mieszkań, walka ze zmianami klimatycznymi schodzą na dalszy plan, gdy Kazik nagrywa piosenkę o prezesie Kaczyńskim, lub tenże polityk mówi o chamskiej hołocie. To jest zwyczajnie męczące.

Warto też spojrzeć na sytuację obu partii pod kątem wyborów prezydenckich. Rafał Trzaskowski zastąpił Małgorzatę Kidawę-Błońską, której sondaże pozwalały przypuszczać, że do drugiej tury oprócz Andrzeja Dudy przejdzie ktoś spoza duopolu. Wejście do gry prezydenta Warszawy sprawia, że wojna dwóch najliczniejszych pod względem posłów partii, nabiera na sile. Trzaskowski zaczął z grubej rury, od razu deklarując likwidację kanałów informacyjnych w TVP, czym wywołał burzę, w szczególności wśród dziennikarzy TVP INFO, którzy produkują przynajmniej kilka materiałów dziennie na jego temat. Czyli stara polaryzacja sceny politycznej wróciła. Eskalacja tego sporu z pewnością nie jest dobra dla Polski, a jego brutalność (przede wszystkim słowna) po ludzku martwi.

Obserwuję to utwardzenie duopolu POPiSu poprzez wzajemne antagonizowanie elektoratów. Obie strony wzajemnie się dehumanizują, obrażają, dyskredytują, a co gorsze – są z tego dumne. Ich narracje polityczne sprowadzają się do obrzydzania przeciwnika. Nie ma tygodnia bez wytknięcia przez PiS 8 lat rządów Tuska albo dominacji w Platformie przekazu „trzeba odsunąć PiS od władzy za wszelką cenę”. Oczywiście jest w tym ziarno prawdy – rządy PiS są bardzo szkodliwe dla Polski, ale spór tej partii z Platformą od lat niszczy kraj, wzmaga wzajemną nienawiść i niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie doszło do zmiany języka debaty publicznej i sposobu jej prowadzenia