Oby nie zabili mnie dla wody

Tak, chodzi o dobrze znaną nam katastrofę klimatyczną. Im więcej czasu mija, tym więcej dostajemy różnych badań, grafik i wykresów. Pokazują, jak rzeczywiste i poważne jest ocieplanie się klimatu, a w konsekwencji, jak bardzo nieciekawie zapowiada się nasza przyszłość. Jak zapewne większość z was wie, na niewiele się to zdaje. Emisja gazów cieplarnianych z roku na rok rośnie, a jedyne co dostajemy od rządów i korporacji, to symboliczne gesty, puste obietnice lub plany zbyt mało radykalne, by zapobiec kryzysowi, zanim stanie się prawdziwie dewastujący.

Spokojnie, nie zamierzam być dziś piewcą ocalenia, nic z tych rzeczy. W tym tekście chciałbym się skupić na tym, co w tej kwestii intryguje mnie najbardziej – podejściu, z jakim o wspomnianej katastrofie się mówi.

A w przekazach głównego nurtu mówi się, ujmując to lekko, zbyt błaho. Moje ogólne doświadczenie odbiorcze jest takie, że ocieplanie klimatu przez ludzi to fascynujący zbiór ciekawostek. Jest trochę cieplej, nie ma tyle śniegu, truskawki rosną wcześniej, zwierzęta sobie migrują. Bywa i poważniej, ale z drugiej strony bywa też jeszcze gorzej, gdy ludzie idą w pełne lub połowiczne zaprzeczanie (no ale pada śnieg, o co ci chodzi).

Podam dwa przykłady retoryki, w którą powinniśmy celować. Na pierwszy ogień pójdzie Noam Chomsky, który nazwał prezydenta Trumpa „najgorszym kryminalistą w historii” i jednym z czynników, który składa się na to określenie, jest postawa D.T. wobec kryzysu klimatycznego. Chomsky argumentuje, że rezygnowanie przez prezydenta z ochrony klimatu w pełnej świadomości konsekwencji, jest zbrodnią i zagraża zorganizowanemu życiu na planecie.

Mocne słowa i, moim zdaniem, bardzo adekwatne. W końcu to przywódca, który wycofał swój kraj z porozumienia paryskiego, jego administracja w dobie pandemii pozwolił firmom na zaśmiecanie środowiska bez ograniczeń, a jego partia siedzi w kieszeni koncernów naftowych. Wiele osób się jednak z Chomskim nie zgodzi i wcale się nie dziwię. W końcu umiemy wymienić kilku znanych na skalę światową zbrodniarzy i trochę nie sposób porównać nam Trumpa do nich.

Jest to właśnie efekt niskiej zbiorowej świadomości o problemie, z którym się mierzymy. Nie rozpoznajemy globalnego ocieplenia jako najbardziej krytycznego zagrożenia dla życia na planecie. Niszczenie środowiska odpadami i gazami cieplarnianymi nie jest uznawane za tak okrutne, jak niszczenie miast bombami (zresztą machina wojenna dokłada swoje do emisji dwutlenku węgla), a przecież w dłuższej perspektywie może okazać się bardziej dewastujące. Póki coś tu się nie ruszy, to słowa Chomskiego będą tylko słowami sfrustrowanego lewaka mówiącego „pomarańczowy człowiek zły”.

Równie ostrego sposobu wypowiedzi możemy doszukiwać się również w Polsce i pięknie robi to Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. W mediach społecznościowych organizacji możemy znaleźć takie wypowiedzi:

[Tekst alternatywny do grafiki w tweecie: Grafika z Beatą Szydło po lewej stronie na tle płonącego masztu z flagą UE. Po prawej stronie tekst o treści: „Głosowała przeciwko redukcji emisji o 65% do 2030”.]

Taka bezkompromisowość jest dla MSK dość charakterystyczna i bardzo mnie to cieszy. W połączeniu z młodzieżowością organizacji nadaje im to w medialnej percepcji etykietę roszczeniowych, niepoważnych dzieciaków, które nie rozumieją, jak działa poważny świat. Mają w tej kwestii zdecydowanie gorzej od Chomskiego, bo przecież on ma ogromny dorobek naukowy, lata doświadczenia i mnóstwo wystąpień, więc jego w tak prosty sposób nie da się zbyć.

Zdjęcie z jednego z Młodzieżowych Strajków Klimatycznych. Na pierwszym planie: po lewej osoba w kurtce skórzanej i bandanie z krótką fryzurą trzymająca baner z napisem "There is no future on a dead planet". Po lewej dziewczyna w koszulce, koszuli, maseczce i okularach, z banerem o treści "Klimat z piekła rodem". W tle tłum protestujących.
Grafika z: https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-09-25/mlodziezowy-strajk-klimatyczny-na-ulicach-warszawy-stop-wyzyskowi-czlowieka/?fbclid=IwAR2f4ULpHcvTqzaUcL5iUwH7W1_kb_87UjSjGdMYfu8oV3yEQ7IDXRQ094M

Skoro już chwalę MSK, to chciałbym przypomnieć, że gdy wybory prezydenckie nabierały tempa, aktywiści byli nieustannie obecni na wiecach wyborczych Andrzeja Dudy, który z katastrofy klimatycznej robi sobie tyle co nic, a publicznie jest jednym z tych, który argumentują swoją pozycję na „chłopski rozum”. Nie zraziło ich nawet to, że na tych zgromadzeniach regularnie stawali się ofiarami przemocy fizycznej (z tego prezydent również nie robił sobie zbyt wiele).

W taki sposób dochodzimy do, mogłoby się wydawać, że nierealnego, tytułu tego tekstu. Obawa, czy zostanę zabity dla wody, z postępującym czasem będzie zamieniać się z nocnych, sporadycznych rozważań do elementarnej groźby wiszącej nad nami w przyszłości. Szczególnie że gdy sytuacja stanie się naprawdę krytyczna, to okres fizycznego dobrostanu będę miał za sobą.

Prawdę mówiąc, nie chciałbym zastanawiać się, czy zostanę dla wody zabity czy to ja będę dla niej zabijał, czy razem z moimi niedoszłymi oprawcami będziemy zdychać w męczarniach, bo żadnej już nie będzie. Nie sposób jednak ignorować sygnały, jakie wysyła miażdżąca większość politycznych i korporacyjnych elit, świadczących o tym, że problem mają w głębokim poważaniu.

Dlatego katastrofę klimatyczną obrazuję sobie w następujący sposób: Trumpowie, Bezosowie i Kochowie tego świata wybudują sobie przytulne, klimatyzowane bunkry, Muskowie odlecą na Marsa, podczas gdy reszta z nas z przerażeniem będzie obserwować, jak „Mad Max” zamienia się w film dokumentalny. Będzie to przewrotne zakończenie pewnej epoki w dziejach świata, bo ludzie, którzy są za nie najbardziej odpowiedzialni, najmniej odczują konsekwencje swoich działań.

Życie w takiej przyszłości będzie doprawdy tragiczne: przez zabójczy klimat, fakt, o którym wspomniałem powyżej oraz przez ciążącą, z siłą metalowej kuli przywiązanej do nogi, świadomością, że można było coś z tym zrobić, ale ludzkość (a właściwie jej elity) zaniechała.

Starannie namalowawszy ten ponury obraz, serdecznie zachęcam was, żebyście przyjęli podobną postawę i nadali jej wagi w publicznym dyskursie. Czy to coś zmieni? Nie wiem, możliwe, że nie, ale warto i trzeba próbować – w końcu robimy to dla siebie.