Od ulicznego zbira do terrorysty, czyli jak Donald Trump upokorzył amerykańskie społeczeństwo

Zdjęcie przedstawia jeden z protestów w Stanach Zjednoczonych. Na tle budynków znajduje się tłum protestujących w maseczkach, zaś na pierwszy plan wybija się czarnoskóra kobieta trzymająca flagę USA, na której poziomych czerwonych i białych pasach umieszczone są ciurkiem imiona i nazwiska czarnoskórych ofiar amerykańskiej policji.
Zdjęcie: LLUIS GENE/AFP via Getty Images

Wszyscy już chyba znamy tę historię. Minneapolis, stan Minnesota, Stany Zjednoczone. Pracownica sklepu obsługuje klienta. Ten próbuje zapłacić banknotem, który wygląda jej na fałszywkę. Kobieta wzywa policję, policja przyjeżdża. Jeden z funkcjonariuszy kładzie podejrzanego na ulicę i przyciska kolanem jego szyję do ziemi przez niespełna dziewięć minut. Zabija go. Wszystko zostaje nagrane, widzi to cały świat. To, co dzieje się później, to żywa historia, której mamy okazję być świadkami. Zmarły staje się symbolem protestów na całym świecie, powodem do medialnej, politycznej i społecznej dyskusji o nadużywaniu władzy, przemocy i rasizmie wśród policjantów.

George Floyd – bo tak się nazywał – błagał o litość i powtarzał, że nie może oddychać. Miał czterdzieści sześć lat. Nie był uzbrojony. Nie był poszukiwany. A, no i był czarnoskóry.

Dlaczego jego kolor skóry jest ważny w tej historii? Dlaczego poprzez historię George’a nie mówi się po prostu o przemocy policyjnej samej w sobie, a o przemocy policyjnej na tle rasowym? Nie znając kontekstu amerykańskiej historii i problemów, z jakimi mierzą się do dziś, można rzeczywiście popukać się w czoło. Jedna śmierć wywołała dwa tygodnie protestów. Tłumy są ogromne (mimo że odbywają się one w czasie globalnej pandemii), zdeterminowane, wściekłe, głośne. Dzieje się tak nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie. Tymczasem wszyscy czterej policjanci będący na miejscu zdarzenia są już zatrzymani, czekają na swoje procesy. Główny z nich, czyli Derek Chauvin, zabójca Floyda jest oskarżony o morderstwo i przebywa w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Wygląda więc na to, że sprawiedliwości stanie się zadość, a sprawcy tej brutalnej zbrodni zostaną ukarani. O co więc chodzi? Czy ludzie powinni po prostu rozejść się i wrócić do domów?

Statystyki osób zamordowanych z rąk amerykańskich policjantów są brutalne i zgodne: będąc białym, ma się zdecydowanie mniejsze szanse w nich znaleźć. Ta tragiczna śmierć to nie odosobniony przypadek, a wierzchołek góry lodowej. Siła napędowa trwającego buntu to tłumiona przez lata i przez pokolenia złość, beznadzieja, bezsilność wobec wykluczenia, ubóstwa, przemocy i w końcu śmierci spowodowanych przez rasizm.
Korelacja brutalności policji z kolorem skóry ofiar nie jest przypadkowa i jest to problem, o którym od lat mówią badania, aktywiści, politycy i teksty kultury. I odnoszą się do teraźniejszości, nie do czasów niewolnictwa czy segregacji rasowej. George Floyd był bardziej pretekstem niż powodem. Obserwując, co działo się wcześniej, można by zaryzykować stwierdzenie, że na tego typu rewolucję Amerykanie czekali od lat.

Wiecie już to wszystko i nudzicie się, czytając to? To dobrze. Dobrze, bo są osoby, które zachowują się, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że w protestach po śmierci Floyda chodzi coś więcej niż o samego Floyda. Jedną z takich osób jest prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, Donald Trump.

Na zdjęciu w tle znajduje się fasada kościoła św. Jana wraz z tablicą informującą, co to za kościół oraz o tym, że nabożeństwa niedzielne są transmitowane online. Na pierwszym planie stoi Donald Trump w niebieskim garniturze i jaśniejszym, także niebieskim, lecz wzorzystym krawacie, który w swej prawej ręce trzyma Biblię i unosi ją na wysokość głowy. Minę ma surową i ściętą.
Zdjęcie: AP Photo/Patrick Semansky

Postaram się być wobec niego sprawiedliwa i najpierw opowiem o rzeczach, które od dwudziestego piątego maja (czyli od śmierci czarnoskórego mężczyzny) zrobił.

Zadzwonił do rodziny George’a Floyda i złożył im swoje kondolencje. Zapewnił, że nie ma jego przyzwolenia na podobne zachowania i że sprawcy na pewno poniosą konsekwencje, a rodzina zmarłego doczeka się sprawiedliwości.

Na zjawisko „lootingu”, czyli obrabowywania sklepów podczas protestów w Minneapolis zareagował napisaniem tweeta, w którym stwierdził, że „gdy zaczyna się obrabowywanie, zaczyna się strzelanie”. Nazwał burmistrza Minneapolis radykalnym lewicowcem i powiedział, że jeśli ten nie „załatwi sprawy”, to on sam zwoła do miasta Gwardię Narodową i to zrobi. Nazwał też protestujących „thugs”, czyli zbirami, bandytami.

Ktoś powie: chwila, ale przecież on miał na myśli tych, którzy niszczyli i okradali, a nie wszystkich protestujących! Może miał, może nie miał. Nawet jeśli tak było, to w żaden sposób tego nie zaznaczył. Jego całą narrację na tamten moment można było podsumować następująco: jacyś bandyci niszczą miasto, ale wystarczy wprowadzić wojsko na ulicę i będzie dobrze, pokażemy im i dostaną za swoje, łobuzy. Protestujący byli wtedy nic nieznaczącymi ulicznymi opryszczkami bezczeszczącymi dobre imię Floyda (co też było napisane w tweecie), a on, prezydent, był dobrym wodzem, który mógł jednym ruchem doprowadzić ich do porządku.

Kilka dni później zmienił jednak zdanie. Ludzie na ulicach Stanów Zjednoczonych nie byli już zbirami, a terrorystami. Tego już co prawda nie napisał wprost, ale jak inaczej zrozumieć, że na jednym tweecie pisze, że protesty to sprawka Antify i radykalnej lewicy, a w innym, że Antifa zostaje uznana za organizację terrorystyczną? Tutaj Trump ewidentnie zmienił taktykę: jesteśmy w prawdziwym niebezpieczeństwie, mamy prawdziwego, groźnego wroga, a są nim osoby niezadowolone z panującego systemu. To wariaci. Terroryści. Uciekajcie. Nie słuchajcie ich.

Z innych interesujących i prawdopodobnie historycznych rzeczy, który Donald Trump zrobił, było wprowadzenie godziny policyjnej albo schowanie się przed protestującymi w bunkrze. Albo deklarowanie, że jest zwolennikiem pokojowych protestów tylko po to, żeby niedługo później przegonić gazem łzawiącym pokojową manifestację, aby móc bez problemu dostać się pod kościół (do którego drogę z Białego Domu torowali mu demonstranci) i zrobić sobie pod nim zdjęcie, trzymając przy tym Biblię.

Przy tych wszystkich rzeczach, które Donald Trump zrobił, pozostaje jedna, najbardziej istotna, której nie zrobił, a którą powinien był robić od początku protestów, bez przerwy. Nie wysłuchał protestujących. Jest prezydentem państwa, w którym dzieją się największe protesty od ponad pięćdziesięciu lat. I postanowił radzić sobie z tym zakrywając uszy i podśpiewując za każdym razem, kiedy obywatele starają się mu coś przekazać.

Trump w żaden sposób nie odniósł się do prawdziwego przekazu płynącego z protestu. Z jego ust, a nawet spod jego klawiatury nie padają takie słowa jak „przemoc policyjna”, „rasizm”, „dyskryminacja”. Ten problem dla niego nie istnieje. Nie mierzy się z nim, ale też nie odrzuca go wprost, nie komentuje ani źle, ani dobrze – bo to, co prezydent Stanów Zjednoczonych cały czas próbuje nam przekazać, to że takiej kwestii w dyskusji publicznej po prostu nie ma. Wraca jedynie do tematu zmarłego i powtarza, żeby się nie martwić, bo George zasłużył na sprawiedliwość i ją dostanie. Tymczasem amerykańskie, w szczególności afroamerykańskie społeczeństwo cały czas czeka, aż ktoś porozmawia z nimi o tym, że ich największy lęk to bycie kolejnym George’em Floydem. To ktoś z ich rodziny będący następnym George’em Floydem. To ich przyjaciel czy sąsiad będący następnym George’em Floydem. Ameryka pełna jest George’ów Floydów i Dereków Chauvinów. Strach Afroamerykanów, że każdego dnia mogą wyjść z domu i już do niego nie wrócić jest prawdziwy i uzasadniony. Co zrobi Trump, żeby to się zmieniło? Nie wiadomo. Nic na ten temat nie powiedział.

Czy macie może wrażenie, że mimo braku bezpośredniego doświadczenia ze Stanami Zjednoczonymi, ich historią i kulturą, dzięki swojemu zainteresowaniu i zwykłej, ludzkiej trosce jesteście w stanie lepiej i głębiej rozumieć, co mają nam do przekazania protestujący niż sam prezydent tego kraju? Ja miałam i zastanawiałam się, jak to możliwe. Rzecz w tym, że nie jest to możliwe.

Donald Trump jest siedemdziesięciotrzyletnim Amerykaninem. Przez ten czas widział wiele. Widział wodopoje, z których nie mogli napić się czarnoskórzy i baseny, w których nie mogli się wykąpać. Osobne szkoły dla czarnych i białych dzieci. Zabójstwo Martina Luthera Kinga. Stonewall. Widział i doskonale znał cały system opierający się na dyskryminacji, przemocy, łamaniu praw człowieka, bo po prostu żył w nim całe swoje życie. Co prawda nie wiemy, ile informacji o „prawdziwym”, zewnętrznym świecie dotarło do chłopca, a później mężczyzny dorastającego i żyjącego w luksusach, ale przecież jakieś musiały. Jakkolwiek nie byłby wtedy bezpieczny i uprzywilejowany, przemoc policyjna i rasizm działy się wokół niego przez całego jego życie.

Trump o tym, co próbują przekazać mu protestujący, nie wie tyle, co my. Wie więcej. Widział więcej. Jest bardziej świadomy. Jego decyzje, ignorancja, arogancja, unikanie tematu, brak empatii i – nie bójmy się tego powiedzieć – przemoc wobec własnych rodaków to nie niewiedza. To wybór.