Polska na rozdrożu: POPiS, prezydent i sprawa narodowa

Malunek przedstawiający najprawdopodobniej grupę ludzi, oddających głos w zasłoniętych przestrzeniach
Photo by Morning Brew on Unsplash

To nie jest tekst tylko o czekającym nas wyborze między Dudą czy Trzaskowskim. To też tekst o konflikcie wymuszającym zgubną dla Polski alternatywę między wizją Polski PiS-u a Polską w wizji PO. Będzie mi miło, jeśli tekst ten trafi nie tylko do lewicowców, ale też do wszelkich konserwatystów czy liberałów. Problem duopolu politycznego dotyczy wszystkich mniejszych ugrupowań.


Układ

Zapatrzeni na Zachód przegapiamy istotne wydarzenia mające miejsce na Wschodzie i na Południu Europy. O ile wschodnie aparaty jeszcze wydają się egzotyczne w stosunku do nadwiślańskiej polityki, o tyle Węgry są przecież – jak my – w UE, V4 i NATO. Warto przyjrzeć się ich demokracji i stworzonemu tam układowi. Wszakże to Kaczyński powiedział w 2011 roku: „Jestem głęboko przekonany, że przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Jakkolwiek Prezes dokonuje tego o wiele bardziej nieporadnie niż Orban, węgierski casus pokazuje kierunek działań obozu zgromadzonego wokół persony Kaczyńskiego, a zatem i Andrzeja Dudy.

Na Węgrzech władza nie znosi sprzeciwu wobec jej autorytetu. Władza musi być silna.

Szkoły zostały scentralizowane, o zatrudnieniu nauczycieli i ich działalności decyduje minister – podobnie jest na tamtejszych uczelniach wyższych. W oczywisty sposób ogranicza to motywacje do strajku. Znany jest przypadek nękania prywatnego przedsiębiorcy, który nie chciał odsprzedać swej firmy, by ta stała się nośnikiem propagandowych reklam Fideszu. Pośpiesznie de facto zabroniono jej działalności, przez co ucierpiała też bliska Fideszowi firma. Rozwiązanie? Błyskawiczna nowelizacja nowych przepisów. Konkurencyjna firma została przejęta przez otoczenie Orbana, po czym przepisy ograniczające ją zostały wycofane.

Zarówno prokuratura, jak i Krajowy Urząd Sądownictwa kierowane są przez bliskie Fideszowi osoby, a ich pozycja zabezpieczona, na wypadek gdyby – jakimś cudem – opozycja wróciła do władzy. Kluby parlamentarne od niedawna muszą zachować swoją nazwę i skład taki, jaki miały przy wyborach, a niezależni posłowie nie mogą do nich dołączać. W systemie D’Hondta i ordynacji mieszanej (JOW) trudno jest teraz tworzyć koalicje, a zarazem zagrozić hegemonii Fideszu z zachowaniem wiarygodności (jakby dotychczas się to udawało). Chyba że ichnia Konfederacja będzie chciała być całą kadencję z tamtejszym Razem w jednym klubie. Alternatywą jest rozpad na niezależnych posłów, bez przywilejów należnych klubom.

Na Węgrzech zlikwidowano drugą turę w okręgach jednomandatowych przy jednoczesnym złagodzeniu warunków wysuwania kandydatów. Te pozornie demokratyczne ułatwienie w węgierskim systemie oznacza zabetonowanie sceny politycznej. Ułatwiono głosowanie korespondencyjne Madziarom znajdującym się poza terytorium Węgier w bliskiej jego obecności, którzy chętniej głosują na Fidesz i zarazem utrudniono takie głosowanie ekspatom z całej Europy, którzy liczniej głosują na opozycję. W dodatku dzięki powołanej Komisji Wyborczej zarządzanej przez Fidesz nie można zweryfikować liczby oddanych w ten sposób głosów.

Kontrola obywateli w tym postkomunistycznym państwie mafijnym jest jednak zachowana. Lista Kubatowa ułatwia docieranie do potencjalnych wyborców, zawiera też informacje o sympatiach politycznych obywateli.

Węgry od 2012 roku przestały nazywać się Republiką Węgierską. To skutek zmian Konstytucji dokonanej w dziewięć dni bez konsultacji społecznych. W ciągu siedmiu lat została ona zmieniona siedem razy, a była pisana oczywiście przez ludzi tworzących twarde jądro Fideszu, notabene mieszkających niegdyś w jednym akademiku.

Od zwycięstwa Orbana liczba Węgrów poza granicami kraju wzrosła najbardziej w UE. Na emigrację najczęściej decydują się osoby wykształcone, a to raczej sprzyja Fideszowi. Cóż za paradoks, że wykształcony na Zachodzie u Sorosa Orban wrócił do ojczyzny, pomógł ją uwolnić i zastąpił rządy „demokracją nieliberalną”.

Prof. Góralczyk rozpoznaje, że likwidowane były kolejne podstawy systemu check and balance. To nie tylko trójpodział władzy, to także organizacje pozarządowe (NGO-sy) i piąta władza w postaci mediów.

Węgrzy opisują taktykę stosowaną przez rząd przywodzącą na myśl syndrom oblężonej twierdzy: oto materiały zagranicznych mediów o stanie demokracji w tym kraju stają się materiałem propagandowym dla rządu. W Polsce również próbowana jest taktyka ochrony przed dyktatem Unii i zgniłych ideologii bolszewickich, także w obecnych wyborach prezydenckich.

Od niedawna PiS w zasadzie przejął kontrolę nad Sądem Najwyższym, jedynie z racji koronawirusa i zbliżających się wyborów nie podejmowano jeszcze kontrowersyjnych kroków. Jest dokładnie jak na grafice Akcji Demokracji sprzed kilku lat: zaczęło się od Trybunału Konstytucyjnego, poprzez szturm na media publiczne i sądy zaistniała realna szansa na zagrożenie wolności wyborów. Czy zatem, po dwóch już wyborach i przejętym Senacie możemy sobie odpuścić? Czy jest zatem się czym martwić, skoro Kaczyński nie gra najwyraźniej w szachy 3D, a jedynie przepisuje mniej lub bardziej udolnie scenariusz węgierski?

Nie. Zacementowanie układu na kolejne pięć lat z zachowaniem jedynie Senatu, który ma mimo wszystko ograniczone możliwości jest niebezpieczne, ale o tym później.

Orliński zauważa, że ironizowanie z „umierającej” od pięciu lat demokracji, która jakoś umrzeć nie chce, może jest połowicznie prawdziwe, ale krótkowzroczne. Wylicza on 14 przypadków końca demokracji w Europie, z których 6 dokonanych zostało przez zamach stanu (autogolpe) dokonany rękoma demokratycznego przywódcy. Pyta, czy do tej listy dołączą Węgry i Polska.

Pytanie wisi w powietrzu. Zdecydowana większość komentatorów przyznaje, że Polska nie będzie drugimi Węgrami, niemniej pewne paralele dają się zauważyć. Węgrzy zauważają, że liberalna demokracja nie pochodzi z Węgier, jest traktowana jako siła kolonizująca. Kojarzy się z bolesną transformacją, terapią szokową i kryzysami fiskalnymi. Twierdzi się, że nowatorska dla państw regionu samodzielność narodu traktowana jest jako nowy przywilej, rodzaj emancypacji narodowej, wolności stanowienia, a nie rewolucji demokratycznej, jak mylnie odczytywano to na Zachodzie. W liberalnej demokracji zakłada się, że decyzje większości nie mogą tłamsić mniejszości.

W 2014 roku Orban powiedział: „nowe państwo, które budujemy, jest państwem nieliberalnym” i: „nasze członkostwo w UE nie wyklucza tej opcji”. Kaczyński w tej kampanii zastosował rozróżnienie na demokrację wolnościową i niewolnościową (stwierdził też zaraz, że Polska „wyspą wolności” pozostać musi).

Politycy PiS-u wielokrotnie ujawniali swoją fascynację węgierskim sposobem sprawowania polityki i formułowali kolejne pomysły, które nierzadko były bliskie wejścia w życie; uniknięte jedynie przez masowe protesty czy (prawdopodobnie częstsze) interwencje ambasad. PiS i jego elektorat rozumują w podobny do węgierskiego sposobu – skoro suweren przyznał władzę, to dlaczego mają być ograniczenia ze strony nadzwyczajnej kasty (czyt. mechanizmów instytucjonalnych)? Dlaczego słuchać tych, co donoszą, jątrzą i krytykują, biorą kasę od Sorosa (ten ostatni to czołowy straszak Orbana)? Jak niedawno powiedział Duda: „Mogą nas [za granicą] atakować i krytykować. Ważne, żeby czuli respekt”.

Jarosław Kaczyński miał wprowadzić do słownika politycznego słowo „układ”. Nie interesowało go tyle tępienie postkomunistów, co bardziej kontrola powstałych po transformacji biznesów.

Domknięcie systemu będzie skutkowało kolejnymi próbami repolonizacji mediów i dokończenia zmian w sądach. Już teraz pojawiają się kolejne pomysły dekoncentracji mediów, a organizacje pozarządowe według nowych projektów, wzorowanych na rosyjskich i węgierskich, być może będą musiały ujawniać swoje finansowanie. Z pewnością jest chrapka na zmianę ordynacji wyborczej. Mogą tego dokonać, o czym świadczy już jedna taka próba (ordynacja do PE), notabene zawetowana przez Dudę. Świadczy o tym też stosunek PiS-u do ostatniego aktu wyborczego – próba przeprowadzenia wyborów wbrew woli suwerena i na rympał źle wróży na przyszłość.

Chcemy uniknąć systemu węgierskiego, to jasne. Chcą tego też wyborcy PiS-u, choć są niekonsekwentni w swoich wyborach. Wiele wskazuje na to, że w obecnych realiach scenariusz słowacki z populistyczną lewicą nie ma szans na ziszczenie się. Wydaje się, że jest obecnie najbliżej do potencjalnego systemu bawarskiego, w którym opozycja w szerokiej koalicji dokonuje pewnych reform, zachowując państwo opiekuńcze w wariancie bardziej konserwatywnym.

Ale to prawdopodobnie pieśń przyszłości.


… i zagranica

W polityce zagranicznej wprowadzono Polskę na ścieżkę, w której kolejne kroki mogą być „słuszne”, lecz wszystkie razem prowadzą ku kryzysom: miękkiemu polexitowi i wejściu w orbitę Rosji i Chin.

Może i Duda „dobrze robi” nie jadąc do Izraela na forum, gdzie pierwsze skrzypce grał Putin – lecz poprzednicy będąc współgospodarzami poprzednich forów, robili dużo lepszy PR Polsce. Kiedy Putin się u nas pojawiał – uwiarygadniał nas jako część Zachodu, okazując swoją obecnością swoisty szacunek, a Polska pozostawała „gospodarzem pamięci” Zagłady i wojny, jakie miały miejsce na tutejszych ziemiach. Również dlatego, że narracja ta nie była prostacką opowieścią, a stosunkowo zniuansowaną opowieścią o polskim narodzie. Cóż stało na przeszkodzie, by w równie porządny sposób uświadamiać świat o tym, że kluczowe elementy II wojny światowej nie miały miejsca tylko na Zachodzie Europy (a w zasadzie miały miejsce głównie na terenach polskich)? Czemu nagle szczytem aspiracji stało się jedynie prostowanie historii snutych przez izraelskie i amerykańskie periodyki i tworzenie komiksowych historii, rywalizacji na nacjonalizm?

Tromtradackie krzyczenie „Poland stronk” i „First to figth”, wymuszenie na jednym państwie respektu nie sprawi, że pozostałe będą respektować nas z automatu. Zepchnięcie nas przez rządzących w ręce Putina oczywiście wiele nie pomoże ze względów ideowych. Jako mecenas relacji polsko-żydowskich i protektor miejsc Zagłady powinniśmy odgrywać w tym sensie znaczącą rolę.

Nie jest to polityka konserwatywna, na jaką Polskę stać. Zachodni przywódcy budują przewagę swoich firm, opierając się na przyszłościowych trendach, podczas gdy polski prezydent na forum międzynarodowym mówi, że „węgla starczy nam na 200 lat”, a jako receptę na suszę proponuje budowę oczek wodnych i zakładanie kwiecistych łąk. Sposób zarządzania przez konflikt, w który Duda chętnie się wpisuje, jest o tyle skuteczny, że dostarcza paliwa do gry na polaryzację PO-PiS, z drugiej jednak sprawia, że PiS nie zostawi po sobie większego dziedzictwa. Kaczyński jako przywódca „zakwestionował cały dorobek III RP, a więc i jego własny dorobek też zostanie zakwestionowany”.

Może i Duda „dobrze robi” nie klękając przed Merkel i Macronem – lecz poprzednicy współtworząc Trójkąt Weimarski, starali się oddziaływać na kurs twardego jądra Unii Europejskiej (nie ma się co oszukiwać, sama grupa Wyszehradzka niewiele pomoże) i ostatecznie „instalując” polskiego człowieka, którego zablokować z jakże mizernym skutkiem próbowała nowa polska delegacja. Polska występowała jako niepomijalny partner Zachodu, z którym się współpracowało, choć zdaniem wielu w roli serwilistycznego poddanego.

Niektórzy z nas pamiętają jeszcze nośne i przeciągające się historie konfliktów zwierzchnika sił zbrojnych z ministrem obrony narodowej Macierewiczem, historie z szefem BBN czy rozmaite przetargi na śmigłowce. Nowopowstałe Wojska Obrony Terytorialnej nie zastąpią dobrego przywództwa.

Może i Duda „dobrze robi” jeżdżąc do Trumpa, wszakże na NATO opiera się polska siła i jest to kontynuacja lat starań polskich rządów o większą obecność Ameryki w naszym kraju, ale dlaczego odbywa się to kosztem relacji z bliższymi nam państwami? Dlaczego prowadzi to do nieuchronnej izolacji i uzależnienia od kaprysu amerykańskiego mocarstwa? Czy zostanie montownią na uboczu, z niskimi podatkami, kosztami pracy i pobłażaniem zagranicznym inwestorom jest na dłuższą metę sensowne? Czy zagrożenie Rosją usprawiedliwia taki klientelizm? Nie jest to samodzielna polityka, na jaką Polskę stać. Pojawiają się informacje, że amerykańscy żołnierze na polskiej ziemi mają dostać szeroki immunitet. Wytknął to były szef MSZ, chwaląc się, że za jego czasów o takiej jurysdykcji nie było mowy. Sikorski tryumfalnie przyznał, że miał rację w sprawie „robienia laski Amerykanom”. „Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super. Problem w Polsce jest taki, że mamy bardzo płytką dumę i niską samoocenę”. O emocjach także poniżej.

Prowadzenie dziś podobnej dojrzałej światowej polityki jest poza zasięgiem PiS-u. To skutek rewolucyjnych zapałów, które doprowadziły do pierwotnego zniszczenia stworzonych wcześniej struktur (i kapitału ludzkiego w postaci ekspertów) obecnych od czasów poprzednich prezydentur, także L. Kaczyńskiego, i następnie oparcia się na dyletantach i adherentach, zamiast prób reformowania i ulepszania stanu zastanego. Poprzednie rządy i prezydentury, ze wszystkimi tego negatywami, operowały na społecznym i politycznym kompromisie. Teraz to się skończyło. Niekompetencja nowo wprowadzonych osobowości i powstała w ten sposób izolacja kraju nie zostawia innego wyjścia jak kierowanie nas ku przepaści. Duda naturalnie jest jedynie emanacją polityki prowadzonej przez rząd, ale to o nim świadczy tylko gorzej. Kolejna kadencja Dudy oznacza, że suwerenność Polski, która oczywiście nie jest samotną wyspą i jest zależna od globalnego układu sił, będzie ulegała zwątleniu.

Tak, na to wszystko – w teorii – ma wpływ polski prezydent. Wiele ostatnich lat (nie tylko ostatnia kadencja) przyzwyczaiły nas do tego, że prezydent jest „strażnikiem żyrandola”, każdy kolejny owego żyrandola strzegący bardziej od poprzedniego.

Kolejne etapy tego osłabienia PiS będzie witał mocarstwową propagandą głoszącą sukces wobec każdej odnoszonej porażki.


Ulica…

Przejęcie funkcji prezydenta wymusi na PiS-ie dialog z opozycją. Po Senacie przyszedł na to najwyższy czas. Mając tyle narzędzi systemowego nacisku, będzie istniała możliwość, w której to PiS będzie musiało wyciągnąć rękę do opozycji i z nią rozmawiać, budować kompromisy. Niezależnie od naszych poglądów, będzie to dużo lepsze niż to, co mogliśmy obserwować przez ostatnie pięć lat – dość zacytować Jacka Wesołowskiego, który w Kryterium ulicznym napisał: „po tym Sejmie wszystkiego można się spodziewać, włącznie z tym że posiedzenie komisji zarządzi na 17, posiedzenie Sejmu na 19, Senatu na 21, a podpis prezydenta na 23. Potem oczywiście nie wydrukują stosownego wyroku Trybunału”.

Uda się w ten sposób uniknąć domknięcia systemu, a ewentualny powstały w ten sposób rozkład rządu jest szansą zarówno dla lewicy, jak i całej opozycji, także potencjalnej partii Hołowni. W dalszym ciągu będzie to oznaczać rządy jakiejś formy Zjednoczonej Prawicy, która będzie musiała poradzić sobie ze skutkami m.in. pandemii. Dzięki temu uda się też uniknąć mitu Gierka.

Połączenie sił we współrządzeniu prezydenta Trzaskowskiego z rządem PiS-u pozwoli na wdrożenie bardziej umiarkowanej, spokojniejszej i zrównoważonej polityki. Będzie to połączenie okołolewicowego ekonomicznie rządu PiS (zachowującego przecież całą władzę), z bardziej liberalnym światopoglądem prezydenta (jako instancją zatwierdzającą). O ile PO zrozumiała, że ograniczanie socjalu nie jest stosowne, o tyle możemy mieć pewność, że kwestie światopoglądowe za kadencji Trzaskowskiego nie ulegną pogorszeniu. Zauważmy przecież, że wszyscy liczący się kandydaci opozycji opowiadają się za jakąś formą rozdziału państwa od kościoła (czy też kościoła od państwa). To dobry obraz tego, jaką drogę przebyła Polska w ostatnich dekadach. Samodzielny prezydent będzie mógł próbować stosować inną od rządowej strategię reprezentacji Polski za granicą. Wraz z polskim prezydentem dokona się najpewniej zmiana na stanowisku prezydenta USA, toteż z całą pewnością relacje polsko-amerykańskie ulegną nowemu otwarciu i pewnej korekcie.

Niekontrolowana władza zawsze się zdegeneruje, prędzej czy później. Szczególnie taka, która już na samym początku nie ukrywa swoich sympatii do autorytarnych i zamordystycznych metod rządzenia krajem. Widać, że jej plany na naprawę państwa to głównie zgrabnie opakowane dziecko działu marketingowego.

Co takiego lewicowego zrobiła władza, której twarzą od początku był Duda? Odczytała poprawnie potrzeby społeczne, co zresztą Trzaskowski sam przyznaje, i wprowadziła je do mainstreamu. Państwo nie zostało jednak przywrócone obywatelom, czy też naprawione z ruiny, w jakim się znajdowało, lecz w dużej części zastąpione Partią. Wybory przestają służyć weryfikacji władzy, a jej legitymizacji: jeśli trzeba – można wprowadzić wybory kopertowe, jeśli trzeba – sypnąć groszem na kolejną „piątkę”.

Dzięki pandemii kilka rzeczy niezauważalnych dla przeciętnego wyborcy wyszło ostatecznie na jaw. Z badań wynika, że „w sytuacji testu – a taką sytuacją była pandemia – prezydent ma być lew. I on dla swoich wyborców długo był tym lwem, tak go opisywali, a teraz jest takim »lwem, ale nie do końca«”.

Ułomności dwóch najważniejszych funkcji państwa dobrobytu (jakimi są edukacja i ochrona zdrowia) właśnie teraz w kryzysie są nadzwyczaj potrzebne w dobrym stanie i ich brak będzie coraz bardziej widoczny z biegiem czasu. Druga fala prywatyzacji dotarła do Polski. Tym bardziej że obecna władza stosuje metodę nakazową i hierarchiczną, wydawaną mocą autorytetu. W dzisiejszym świecie wiemy, że to recepta na porażkę. Silne instytucje są mocno skorelowane z dobrobytem. PiS zmarnował prawdopodobnie jedyną w III RP okazję, żeby zbudować dobrej jakości usługi publiczne. Były na to środki w czasie koniunktury, były spokojne lata, szansa prawdopodobnie raz na kilka dekad.

W efekcie ludzie biedniejsi dostali to, czego – jak im się zdaje – chcą, ale nie to, czego potrzebują. Zamiast dobrej edukacji i dobrej służby zdrowia dostali wczasy nad morzem, a to pierwsze, choć mało efektowne, jest naprawdę efektywne: zniwelowałoby różnice między nimi a klasą wyższą. Stosowane przez Partię transfery są stosunkowo łatwe, natomiast niesprawność państwa wychodzi bokiem. Nie wspominając, że ubóstwo wzrosło. Polacy pracują stosunkowo długo w porównaniu z krajami europejskimi i po latach nowego systemu są uwrażliwieni na temat własności prywatnej. PiS odniosło sukces, bo dało pieniądze na własność, co jest automatycznie przyczyną problemu lewicy, która postuluje nudne usługi publiczne.

Przy okazji warto wspomnieć, że w przypadku większych inwestycji PiS również ma problemy. Kreślenie wielkich przedsiębiorstw przychodzi łatwo, gorzej z ich realizacją. Nie pierwszy raz. Wygląda to na pewien problem tej formacji ciągnący się od lat.


Polityka

Rafał Trzaskowski powtarza PiSowskie stałe hasła, uznając temat za rozstrzygnięty – wiek emerytalny (co ciekawe, ustawa obniżająca wiek emerytalny wprost podawała, o ile obniżą się emerytury), 500+ są nie do ruszenia – to już w zasadzie konsensus między władzą a opozycją. Jednocześnie jego elekcja jest szansą na wprowadzenie nowej energii. Konsensusem na opozycji jest także stosunek do klimatu czy relacji państwo-Kościół (o czym pisałem wyżej, oczywiście szczegółowe różnice są znaczne). O stosunku prezydenta Konstytucji nie ma co wspominać, to oczywistość. Jeśli chcemy kogoś, kto jest – paradoksalnie – przewidywalny i postępuje zgodnie z literą prawa – wybierzmy kandydata z opozycji (wybór dość ograniczony).

Trzaskowski-kandydat sytuuje się teraz w centrum. Przez lata jako członek PO umiejscowił się na jej lewym skrzydle. Bywał zapraszany na debaty progresywnej (demokratycznej?) opozycji obok Zandberga i Nowackiej. Duda zaś nie przestał być nominatem Partii i nie zdobył się na niezależność, mając relatywnie duże możliwości i sporo czasu. Nic nie zmieniło się od czasu, gdy nakręcono ten program (w 2015, tuż po wyborach): niewinny Duda przygotowuje na wizji grzanki i w rozmowie z Cezarym Gmyzem przyznaje, używając formy nieosobowej, że został poinformowany o swojej kandydaturze, a ostatecznie nawet wybrany na urząd prezydenta. Czyż jest lepszy dowód na zależność prezydenta od swojego obozu politycznego? Czy musimy przypominać, jak było z jego referendum konstytucyjnym, odrzuconym przez własny Senat?

Ba, w obecnej kampanii Duda nie próbuje udawać niezależnego. Wręcz przeciwnie. Przykładem taktyka PiS-u sprzed roku promująca hasło Silny samorząd, silny rząd, silna Polska. Teraz też promowana jest współpraca rządu z prezydentem. Kaczyński mówił ponoć o „części społeczeństwa, które w swoich zachowaniach kieruje się lękiem” i której postawę niepewności przypisuje się chłopskiemu pochodzeniu. To ona miała wybierać Jaruzelskiego czy Mazowieckiego z powodu zapisanego w programie spokoju. Czy wykorzystuje to dziś po latach?

Według Stankiewicza, po wygranej Dudy, wobec kolejnych lat rządów PiS i jego prezydenta  może dojść do politycznej zmiany w Senacie i utraty kilku senatorów, co doprowadziłoby do nieuchronnego stracenia kontroli nad Senatem.

Zmiana prezydenta będzie też szansą na doszczętne usunięcie widma Schetyny. Trzaskowski jest szansą na wzmocnienie bardziej lewicowego rozdania w Platformie – i światopoglądowo, i ekonomicznie. Lewicy z pewnością powinna spodobać się taka sytuacja, choć będzie to też sporą konkurencją dla niej samej. Po wygranej Trzaskowskiego Zjednoczona Prawica może popękać, przez co PiS może stracić kruchą większość w Sejmie, gwarantującą poparcie dla rządu. Gowin staje się persona non grata, co wzmacnia pozycję całej sejmowej opozycji. Oznacza to też, że 49 głosów Lewicy w Sejmie staje się kluczowe. To lewica będzie mogła współdecydować o odrzuceniu lub podtrzymaniu wet prezydenckich. Oznaczać to będzie też koniec ustaw głosowanych w dobę i możliwość wymuszania przez Lewicę zmian dla niej istotnych, ale nie tylko. Prezydent z opozycji będzie otwierał system demokratyczny na nowe siły społeczne, miast domykać kontrolę partii nad kolejnymi sferami naszego życia. Konkurencja na szczeblu władzy jest lepsza, nawet jeśli cyniczna. Można sobie wyobrazić, że podczas strajków sędziów, nauczycieli czy niepełnosprawnych prezydent wyciąga dłoń i zaprasza do dialogu.

Dla Lewicy dotychczasowa współpraca z PiS-em nie zostanie zahamowana, wręcz przeciwnie, ale nie warto się też zamykać na drugą stronę, tym bardziej że z PO też łączą nas co niektóre wspólne interesy, na które PiS zdaje się nie zważać. Niedomknięty system umożliwia Lewicy mniej ograniczoną grę na dwa fronty.

Przegrana Dudy opłaca się oczywiście Platformie i Lewicy, ale też Konfederacji – nie tylko wolnościowcom, ale i narodowcom. PiS ośmiesza idee konserwatywne, a z Dudą Konfederaci będą przystawką do PiS-u, budując Polskę bijącą lewaków i rozszerzając wpływy ideologii PiS-Ordo Iuris. Bosakowcy będą mieli ograniczone pole manewru – albo okrzyknięci jako lewacy, albo jako poplecznicy PiS-u. Ewentualne nowe wybory są oczywiście także szansą dla Partii Hołowni.

W tych wyborach Platforma już się odbudowała sondażowo, przegrana Trzaskowskiego nie zahamuje tej polaryzacji. Co mamy do stracenia? Niech będzie lepszy prezydent, jakim niewątpliwie ma szansę być Trzaskowski.

Samo to, że się odważył na Kartę LGBT i jest obecny na Paradzie Równości, jest już dużym krokiem w stronę emancypacji osób LGBT i nagłośnienia ich żądań. Choć prezydent zapisów karty nie realizuje, Marek Szolc, radny Warszawy jest dobrej myśli, że uda się ją wprowadzić. Jeśli zaś chodzi o warszawskiego komisarza, ta nadzwyczajna sytuacja trwa trzy miesiące – komisarz ma na celu przeprowadzenie wyborów w Warszawie. Między Trzaskowskim-prezydentem Warszawy a Trzaskowskim-prezydentem Polski zachowana będzie ciągłość, toteż nasz kandydat nie powinien utracić kontroli nad ewentualnymi procesami legislacyjnymi.

Duża to różnica między Dudą, który w kwestiach ideologicznych kluczy. Raz mówi, że rozważyłby związki partnerskie (i to „poważnie”!), choć potem się okazuje, że jako „status osoby najbliższej”. Potem zaś szczuje na osoby LGBT i je odczłowiecza. Chociażby z tego jednego prostego powodu warto Dudę zastąpić człowiekiem, który na tym polu nie będzie próbował z poprzednikiem się ścigać. Duda nie kluczy za to w czynach, powołując członków Ordo Iuris do instytucji państwowych.

Duda oprócz podbijania antysemickich nastrojów przemaszerował w Marszu Niepodległości, na którym pojawiały się hasła, które sam rok przedtem potępiał i od których się odcinał. Trzaskowski jako nowy prezydent Warszawy poparł decyzję poprzedniczki o zakazie Marszu Niepodległości jako sojuszu PiS-u z narodowcami i potępił faszyzm.

Cóż, Trzaskowski Mesjaszem zdolnym do sklejenia podzielonej społeczności (niczym Daniel z filmu Boże Ciało) z pewnością nie jest. Tak długo, jak nie będzie umiał odciąć pępowiny od swojego środowiska. Niemniej warto próbować i szukać. Duda miał na to długie lata. Warto zatem pomóc mu odciąć się od stołka i skończyć realizować program „Rodzina Andrzej Plus” („Kobiety minus”).

Choć Polacy nie muszą już wyjeżdżać, a nawet są zachęcani do powrotu, córka prezydenta wyjechała za granicę. Z prezydenckiej pensji rodzina Dudy kupiła sobie apartament wart z pewnością więcej niż mieszkanie z programu Mieszkanie+. Nie wspominając o małżonce, która według doniesień „nie zamierza mieszkać w Pałacu Prezydenckim po 2020 roku”. Rzekomo para miała wspólnie mieszkać tylko przez pięć lat. To tłumaczy brak wsparcia żony, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Dlaczego przedłużać ich małżeńską niezręczność?

Nieodcięta pępowina pozwala Dudzie kontynuować sojusz tronu z Radą Ministrów. Migusiem podpisuje on postpandemiczne antypracownicze ustawy. Reformowanie sądów wydłuża czas postępowań, opłaty sądowe zostały zwiększone. Choć Duda obiecywał likwidację śmieciówek, nie podjął w tej sprawie żadnych działań. Niezrealizowane obietnice można zresztą wymieniać.

Duda po reelekcji może nie być już prezydentem, którego sobie przeczekamy w oczekiwaniu na lepsze kandydatury. Trzeba przyhamować władzę dążącą do wariantu węgierskiego, a takie przyhamowanie procesu legislacyjnego – wbrew propagandzie głoszonej przez akolitów obozu rządzącego – wpłynie tylko pozytywnie na jakość stanowionego prawa.

Być może rząd PiS-u jest lepszy od Platformerskiego. Być może, ale proponowana jest tu zmiana na stanowisku prezydenta, funkcji niejako obok władzy wykonawczej mającą za zadanie m.in. reprezentację Polski na zewnątrz, kontrolę władzy i obronności. Można przyznać PiS-owi dokonanie słusznej korekty i danie opozycji nauczki w kilku kwestiach. Mimo to zrównoważenie władzy przez nauczoną doświadczeniem opozycję będzie krokiem we właściwą stronę. Uzyskanie niepisowskiego prezydenta jest krokiem naprzód.

Trzeba też wziąć na poprawkę fakt, że w dalszej przyszłości trzeba będzie opracować metodę odzyskania wyborców PiS-u. To zadanie należy do Lewicy i PSL. Liberałowie, wbrew pozorom, swoją robotę wykonują stosunkowo poprawnie, mając stały ideowy elektorat (a także ten, który się na niego nabiera) i który chodzi na wybory. Lewica i PSL, co pokazują wszelkie wybory (nawet niekoniecznie prezydenckie) – uzależnione są od silnych wpływów łatwego antyPiS-u, podczas gdy na przestrzeni lat PiS utrzymywał i powiększał swój stan posiadania. Nie mówię też, że ma to oznaczać oddanie się w śmiertelny uścisk PiS-u, ani odrzucenie wyborców liberalnych. Mam na myśli grę na własnych warunkach zmierzającą do odzyskania elektoratu zagospodarowanego przez PiS. Lewica potrzebuje zakorzenienia się w społeczeństwie i jest to konieczna praca na następne niewyborcze 3 lata. Przekonuje mnie teza, że warto rozważyć przejęcie bardziej „patriotycznych”, pronarodowych haseł wypełnionych lewicową treścią. Gdy PiS przestanie być popularną partią, tym samym znaczenie mniejszych partii wzrośnie. Nie może dokonać tego partia liberalna w postaci PO-KO, chyba że chcemy utrzymania status quo z ostatnich 15 lat.


Uczucia

Przypomnieniu tego, jak istotną rolę pełnią uczucia gniewu i dumy, niech posłużą dwa cytaty z Pierwszej Damy Michelle Obamy.

W czasie wyborów prezydenckich w 2008 roku, kiedy Michelle zobaczyła, że ​​fala poparcia odwraca się na korzyść Baracka Obamy, powiedziała, trochę zresztą nieroztropnie: „Po raz pierwszy jestem dumna z bycia Amerykanką”. To uczucie przechodzenia z grupy zewnętrznej, kiedy nie możesz się utożsamić z resztą społeczeństwa, do grupy, z którą utożsamiać się już możesz. Barack zagospodarowywał gniew z powodu złego stanu gospodarki i wojny w Iraku. 

Przed wyborami w 2016 roku i po dwóch kadencjach, Obama wspierała Hillary Clinton. Mówiła do wyborców: „USA są najwspanialszym krajem na świecie, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej”. Elektorat gniewu zagospodarował już Trump: „uczynimy Amerykę na powrót wielką”.

Wymiar niesprawiedliwości, choć często pomijany, odgrywa istotną rolę. Prawo i Sprawiedliwość jest bardziej partią tych, którzy nie mogli zaakceptować III RP moralnie, niż ludzi, których skrzywdziła ona ekonomicznie (fakt, że ci ludzie nie osiągają dochodów jak w aglomeracjach, wynika z miejsca zamieszkania, a nie zaradności). To nie elektorat życiowo przegranych, to elektorat „zasobny (choć nie zamożny), egalitarny i wolny, przywiązany do tradycji i głodny uznania”. Dlatego ich tożsamość jest tożsamością nieomal rewolucyjną, a socjal traktowany jest dla większości (choć nie wszystkich) z nich jako dodatek potwierdzający owo uznanie i sprawność państwa. Za czasów PiS-u gwałtownie ustabilizował się wzrost poczucia podmiotowości obywatelskiej.

Kampania z 2015 roku, w której brał udział Bronisław Komorowski, była prawdopodobnie pierwszym przykładem fake newsa zastosowanym w polskiej kampanii wyborczej. Do zmęczenia władzą i jej ośmieszenia doszły słynne (nielegalnie nagrane) taśmy, które stanowiły pretekst do jej zmiany.

Jak wykazał raport Sadury i Sierakowskiego, polscy wyborcy traktują polityków cynicznie. Dobrze widzą ich wady i patologiczne zachowania, ale godzą się na nie, jeśli tylko popierana przez nich partia zaspokaja ich dążenia lub interesy. Zmiana dokonywana jest wtedy, gdy partia nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wyborców, ich rosnących aspiracji. Wtedy wszystkie afery stają się bardziej dotkliwe i widoczne. Dobry stan finansowy znieczula na szachrajstwa Partii.

O ile elektorat krzyża smoleńskiego znalazł ujście swoich emocji, o tyle liberalno-lewicowy wręcz przeciwnie. Co z przykładem strajków, na które elektorat PiS-u pozostawał obojętny? Co ze strajkami nauczycieli czy sędziów? Zdaniem Sienkiewicza to dlatego, że – w tym przypadku nauczyciele – są odczuwani jako grupa uprzywilejowana, wpisująca się w schemat „elit” – bez znaczenia, czy pochodzą oni z lokalnych środowisk. To doprowadziło do sytuacji, gdzie 76% wyborców PiS sprzeciwiało się ich strajkowi, a popierało jedynie 19%. Pacyfikacja strajku szła gładko, nawet w przypadku protestów rodziców osób niepełnosprawnych – trzeba było stać i czekać aż państwo da. Da z własnej nieprzymuszonej woli. Według Hassliebe jesteśmy społeczeństwem przeestetyzowanym i stąd niepochlebna reakcja na różnego rodzaju protesty, naruszenie pewnej niepisanej umowy między władzą a obywatelem. Autorytet państwa, siła i skuteczność głosu ludu. To wyniosło PiS na szczyty popularności.

„Wszyscy ludzie, proszę Panów, od rana do wieczora mówią dziś o konstytucji”

F. Lassalle, „O istocie konstytucji”

Nie, to nie cytat z KOD-ziarza z 2015 roku. Trzaskowski jako jeden z nielicznych polityków PO wcześnie zrezygnował z takiego mało porywającego hasła. Platforma reagowała „obroną dorobku”, co nie przyniosło efektów: pragnących powrotu do przeszłości z czasów Tuska okazało się nie więcej niż 30%. Później jej politycy przyznawali, że mogli wprowadzić 500+, ale na to, ze szkodą dla nich, nie wpadli. Być może powinni byli wcześniej porzucić wyrzeczenia związane z transformacją i zastosować bardziej rozbudowane wewnętrzne polityki. Zmiana sposobu myślenia nie przychodzi łatwo – nawet teraz w powyborczej debacie Kalisz zagotował się, mówiąc o państwie prawa i Konstytucji, na co Mastalerek ironicznie doradził: „idźcie dalej tą drogą”.

Po długich latach rządów prawicy pojawiają się jednak nowe emocje. Pokrzywdzeni przez transformację, w większości elektorat socjalny, zostali w dużej mierze zaspokojeni. Czy czas na nowe emocje? Na jak długo starczy emocja postkomunizmu podtrzymująca żelazny elektorat tożsamościowy? Co rusz z pozornego pisowskiego monolitu wyłaniają się grupy umiarkowanych, centrowych modernizatorów (w stylu Morawieckiego) czy rewolucjonistów (w stylu Ziobry). Od tego, która grupa wygra, zależy przyszłość PiS-u. Wraz z końcem środków (czy też powolnym znieczuleniem się na nie) i coraz częściej skuteczną refleksją opozycji, PiS będzie musiał znaleźć nową tożsamość. Rewolucja anty-III RP powolutku odchodzi do lamusa. Tli się resztkami medialnej rewolucji prowadzonej rękoma Kurskiego. O tym, że jest mocarna, niech świadczy fakt niezmiennie dobrej mobilizacji wyborców PiS-u, a także nadzwyczajna pozycja Kurskiego, absolutnie niezależna od zachcianek prezydenta Rzeczypospolitej.

PiS musi jednak znaleźć sposób na siebie i odpowiedzieć na pytanie, po co ma rządzić. Poza szabrowaniem kasy państwowej i karmieniem własnego zaplecza nie ma tam nośnej i wielkiej idei. Czy zaczyna przypominać schyłkową Platformę? Pokażą to obecne wybory.

Duda był pierwszą oznaką dobrze skonstruowanego przez sztabowców katalizatora emocji poplatformianych. Czy to samo stara się powtórzyć Trzaskowski ze swoim hasłem #MamyDość? Kandydaci zawsze starają się odczytywać emocje wyborców i nimi kierować sterując mobilizacją. Czy zwycięży duma w wykonaniu PiS-u, czy gniew PO i opozycji, antyPiS-u?


Mniejsze zło

„Biedroń jest i będzie prezydentem”.

Barbara Nowacka w 2016

Pantha rhei.

Tak oto stanęliśmy przed taką sytuacją, gdzie Duda ma 44% poparcia, Trzaskowski 30%, Hołownia 14%. Bosak 7%, Kosiniak i Biedroń po 2%.

Jak zachować się w takiej sytuacji? Przy którym nazwisku postawić głos, skoro nasz kandydat nie zdołał wejść do II tury? Czy uczestniczyć w POPiSowskim szaleństwie i je firmować? Czy udać się na wewnętrzną emigrację?

Aleksander Kwaśniewski jako jedyny był prezydentem dwie kadencje i zwyczajnie wstydem byłoby, żeby do niego dołączył Andrzej Duda, który tak bardzo sili się podziałem w społeczeństwie i nie stara się go rozwiązać.

Pusty głos nic nie znaczy i na nikim nie robi wrażenia, choć można sobie to wmawiać. Decydując się na nieoddanie głosu, rezygnuje się z tworzenia demokracji. Demokracja nie jest czymś zastanym, ją się tworzy. Idealiści mówią, że można oddać nieważny głos, nie można wybrać mniejszego zła. Z pewnością istnieje większe zło. Przy zachowaniu czystości ideologicznej stajemy się bezczynni i nie podejmujemy wyboru, bo ten zdemaskowałby sprzeczności, które za idealizmem stoją. Ewa Wilk w ostrych słowach pisze nawet: „Manifestacyjne stanie obok polityki jest konsekwencją analfabetyzmu funkcjonalnego”.

Zamiast na Jagodę Wątrobę czy sarnę z krzesłem na głowie lepiej oddać głos, który będzie miał na coś wpływ. Polska na szczęście to nie Węgry i mamy szansę zejść z tej drogi (ostatnie lata pokazały dobitnie, że koniec historii głoszony onegdaj przez liberałów to fikcja).

Albo, nie wiem, wybierzmy na ten urząd kogoś bardziej przystojnego. Z ładną linią włosów, czy Mesjasza, który mimo swych wad jest powabny. Takiego, co umie w języki i nie zajmuje się komunią przeciwnika czy nieistniejącymi szczepionkami. Osobiście nie polecam, ale na niektórych to działa.

Wybory w 2019 roku były niesamowitym zbiegiem okoliczności. Bez nich PiS prawdopodobnie zdobyłby większość konstytucyjną. Udało się tego uniknąć pomimo fali transferów socjalnych. Partie w sensowny sposób zjednoczyły się, przez co wszystkie pięć komitetów zebrało niemalże 100% głosów, co przy systemie podziału miejsc w Sejmie miało niebagatelne znaczenie. Było to możliwe także dzięki pospolitemu ruszeniu – uzyskaliśmy sytuację, w której wygrana Dudy nie przyjdzie łatwo: Porozumienie uzyskało odpowiednią liczbę głosów zdolną przyblokować termin koronawyborów, a opozycja zdobyła Senat zdolny do przyhamowania wprowadzenia wyborów kopertowych. Literalnie 1804 głosy przesądziły o utracie przez PiS tej izby parlamentu. Niestety wciąż istnieje ryzyko utraty tej instytucji.

Kierujmy się pragmatyzmem. Jest lepsze wyjście z danej sytuacji. Nawet jeśli obaj kandydaci w drugiej turze nie odpowiadają poglądami, zagłosujmy w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko radykalizacji w obozie władzy, a do tego potrzebna jest reelekcja Dudy. Stawką tych wyborów nie są obietnice socjalne, podatkowe lub inne, ale przyszłość systemu, w którym działanie aparatu władzy coraz bardziej służy utrzymaniu władzy przez konkretne osoby i ich bezkarności. Pójdźmy tłumnie do drugiej tury. Jeśli nasz kandydat nie przeszedł, lepiej wybrać mniejsze zło, niż nie mieć możliwości w następnych wyborach wybrać swojego kandydata.

Nie ma się co oszukiwać, że UE pomoże nam w wyborze. Zachód ostatecznie zaakceptuje Dudę i Kaczyńskiego jako reprezentanta Polski, o ile zostaną wybrani. Czy na pewno chcemy tego? Politycy sami tego nie załatwią. Musimy im w tym dopomóc. Nie możemy zmarnować tej szansy, tym bardziej że kolejne wybory dopiero za 3 lata.

Jeśli masz znajomych lub rodzinę, która chce głosować na Trzaskowskiego – pamiętaj o  mobilizacji ich i siebie (przypominaj o terminie wyborów). Jeśli chcą oni głosować na Dudę i nie chcą przekonać się do zmiany, ostatecznością jest demobilizacja (można powiedzieć „to chociaż nie idź, przecież mają już dość władzy, a kradną nie mniej niż inni”). 

W sytuacji, gdy wynik będzie zależał nie od milionów, a od ledwie tysięcy głosów – każdy z nich jest istotny. 12 lipca – nie przeoczmy tej daty. Skorzystajmy z praw obywatelskich i dorzućmy swoją cegiełkę do obrony systemu demokratycznego. To nie tylko najlepsza w ostatnim czasie, ale być może po prostu ostatnia szansa na to.

W dalszym ciągu, w pokoronawirusowej rzeczywistości istotne będzie odkrycie nowego podziału rzeczywistości. Czy będzie to kontynuacja POPiSu, czy nowa polaryzacja na linii Lewica-Konfederacja? Lata po zdobyciu lub kolejnej utracie Pałacu Prezydenckiego będą równie, jeśli nie ciekawsze, a ciąg dalszy pozostaje otwarty – jest w naszych rękach.