Popieraj i nie przeszkadzaj

Zdjęcie z debaty prezydenckiej przez I turą wyborów w 2020 roku. Na tle biało-czerwonych pasków biegnących po skosie, będących elementem dekoracji, Rafał Trzaskowski podchodzi do Krzysztofa Bosaka i jego mównicy, by uścisnąć mu dłoń.

Sondaże Pollsteru i IBRiS przeprowadzone tuż przed I turą wyborów wskazywały niemal jednoznacznie, gdzie lewicowi wyborcy i wyborczynie upatrują „mniejszego zła” w starciu Duda-Trzaskowski. Elektorat żadnego innego kontrkandydata tej dwójki nie jest bardziej jednogłośny. A jednak dla Platformy i jej ultrasów to ciągle za mało.

W tygodniu poprzedzającym I turę na Roberta Biedronia spłynęła fala krytyki, bo ośmielił się nie złożyć swojej (rozczarowująco słabej, nie ma wątpliwości) kampanii do grobu jeszcze przed faktycznym odpadnięciem i nie udzielić oficjalnego poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu. Wisienką na torcie była niesławna wypowiedź prof. Krzemińskiego dla TVN24, w której insynuował Biedroniowi „chorobę umysłową”. Oburzające, ale niezaskakujące, bo wpisuje się w ogół retoryki PO wobec lewicowców, w ostatnich miesiącach najlepiej streszczony przez Małgorzatę Kidawę-Błońską mówiącą o „nic nie wartych” posłach i posłankach Lewicy mających czelność głosować nie po myśli Platformy.

Pouczenia, zarzuty i wyzwiska to od dawna jedyna propozycja największej partii opozycyjnej dla lewicowego elektoratu. PO, jako chadecka partia, nie ma oczywiście obowiązku kierować programu stricte do lewicowców. Skoro jednak tych lewicowych głosów potrzebuje – czy, jak powiedzieliby zapewne sami ludzie Platformy, wymaga ich polska racja stanu – w zgodzie z demokratycznym standardem byłoby się o te głosy postarać. Tymczasem PO o głosy lewicy nie zabiega, ale się ich domaga. Lewaku, lewaczko – popieraj i nie przeszkadzaj. Nie ma czasu na konstruktywne propozycje, kiedy demokracja upada.

Ignorowana jest zresztą nie tylko lewica, ale ogół potencjalnych wyborców i wyborczyń – trzy dni przed I turą na stronie kandydata Trzaskowskiego wciąż próżno było szukać programu, choćby w kilku hasłowych punktach. Jako jedyny, obok urzędującego prezydenta, RT nie udzielił też odpowiedzi w Latarniku Wyborczym. Najwyraźniej sztab PO tak bardzo wsłuchał się w swój slogan o „kupowaniu wyborców” przez PiS, że postanowił na wszelki wypadek nie proponować nic. Jeszcze na 36 godzin przed ciszą wyborczą (oferta Trzaskowskiego pojawiła się w sieci na ok. 28 godzin przed zapadnięciem ciszy) zainteresowani nie mieli szans poznać powodów, dla których mieliby zagłosować na kandydata PO. Innych niż „nie jest z PiS”, oczywiście.

PO doskonale przecież wie, że znakomita większość lewicowych wyborców w imię poszanowania elementarnych praw człowieka, chcąc nie chcąc, zapisze się w POPiS-owej drugiej turze do „obozu anty-PiS”. Mimo to nie może w sobie znaleźć tej odrobiny klasy i zdobyć się na najdrobniejszy ukłon w ich stronę – na przykład nie nazywając fundamentalnych dla „anty-PiS-owości” lewicy spraw „tematami zastępczymi”. To nie jest nawet test na polityczną przebiegłość, a zwykłą przyzwoitość – odmawianie innym człowieczeństwa, podżeganie do przemocy i spowodowane jawną dyskryminacją samobójstwa młodych ludzi to nie element politycznej układanki.

Rafał Trzaskowski miał być w tych kwestiach powiewem świeżości w stosunku do Grzegorza Schetyny i Kidawy-Błońskiej. Ba, z odrobiną dobrej woli można wciąż utrzymywać, że nim jest – wszak w kampanii, w której mogliśmy sobie wybrać innego konserwatystę na każdy dzień tygodnia, kandydat nieposyłający dzieci na lekcje religii to niemal rewolucjonista. W sprawie szczucia na mniejszości LGBT+ od ogłoszenia startu RT trzyma się jednak schetynowskich standardów – nawet kiedy zdobywał się na potępienie systemowej przemocy wobec nich, jak ognia unikał „kontrowersyjnych” słów, takich jak „LGBT”. Po pierwszym weekendzie wyborczym Trzaskowski wreszcie zaczął zajmować nieco bardziej konkretne stanowisko – szkoda tylko, że w poszukiwaniu uznania Konfederatów jednoznacznie odchylił się w prawo, nie pozostawiając złudzeń: II tura to znów wybór między dwiema prawicami, a łatka „postępowego kandydata” to fantazmat.

Są aspekty, co do których lewicowcy wiedzą, że nie mają szans znaleźć wspólnego języka z reprezentantem neoliberalnej partii przekonanej, że do 2015 roku III RP miała się doskonale – vide propozycja RT, by problem mieszkalnictwa „rozwiązać” dotacjami do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu. Aktyw partyjny bije brawo, deweloperzy zacierają ręce, a lewicowy wyborca przewraca oczami. Tylko że nigdy nie oczekiwał od kandydata PO niczego innego – i mimo to (jak wskazują wspomniane wcześniej sondaże) jest gotów znów powierzyć jej głos w II turze.

PO w dużej mierze trzyma ludzi o lewicowych poglądach w szachu, a mimo to wciąż obraża, szantażuje i wymaga. Niechybny przepływ głosów na ich stronę – mało. Robert Biedroń miał złożyć hołd jeszcze trwając na placu boju. Już w ostatnim tygodniu własnej kampanii powinien zajmować się tylko opowiadaniem, jakim fajnym gościem jest jego kontrkandydat. Teraz, po fatalnym wyniku RB, lewactwo ma z kolei zakryć uszy i udawać, że nie słyszy licytacji Trzaskowskiego z Dudą na to, kto bardziej obniży podatki i obroni dzieci przed adopcją przez jednopłciowe pary.

Wynik Biedronia to, rzecz jasna, wymarzony prezent dla liberalnego komentariatu – od tygodni grzali się w blokach, by porównywać kandydata Lewicy do Magdaleny Ogórek (zupełnie nie zważając na to, jak nietrafiona jest ta analogia – Biedronia można oskarżyć o wiele, ale nie o bycie „bezideowcem” czy człowiekiem „znikąd”). Nie dziwi, że PO tylko czekała na wpadkę Lewicy. Obóz od lat opierający swoją tożsamość na „europejskości” i „postępowości” w porównaniu do „tamtych z PiS-u” nie może znieść, że obok pojawił się ktoś faktycznie progresywny, kto samą obecnością pokazuje, jak niewiele okołoplatformerscy liberałowie mają wspólnego z postępowym Zachodem. Wspólne zdjęcia Trzaskowskiego z Alexandrią Ocasio-Cortez i zachwyty polskiego salonu nad amerykańską lewicową polityczką zaczynają wszak wyglądać groteskowo, kiedy za moment to samo środowisko na lokalnym gruncie zbywa bliskie poglądom AOC propozycje jako „komunistyczne”. Wynik 2-proc. dla Roberta Biedronia pozwolił im poklepać się po plecach i uznać, że lewicy nie ma, a ludzie oczekujący bardziej progresywnych deklaracji to nieistotna garstka ekstremistów.

Tyle, że to zakłamywanie rzeczywistości, na co z kolei wskazują sondaże poparcia dla partii z ostatniego miesiąca – koalicja Lewicy w zależności od badania wciąż może liczyć na głosy od 5  o nawet 14 procent wyborców. Kłopot w tym, że sam Biedroń był kandydatem kompromisu, na który elektorat Lewicy z różnych przyczyn nie poszedł. Miał pogodzić centrum i lewicę społeczną, a okazał się kimś, do którego z każdej strony znajdzie się zarzut (czy to miałkie, socjalliberalne propozycje w czasach samodzielnego liderowania Wiośnie, czy to nieoddany mandat europoselski, czy po prostu zgrana twarz, która funkcjonuje w wielkiej polityce dłużej niż którykolwiek z rywali). W dodatku często i głośno podkreślał, że jest Jedynym Lewicowym Kandydatem. Nie mijał się z prawdą, ale wyborcy i wyborczynie nie lubią stawiania pod ścianą.

Teraz ta sama grupa znów musi słuchać, że nie ma wyboru. A przecież ma pełne prawo czuć, że kolejny kompromis to o jeden most za daleko – bo ludzie lewicy mają już powyżej uszu słuchania, że „jeszcze nie pora” na ich postulaty i przekonywania, że jedynym ratunkiem dla demokracji jest głosowanie na Platformę. Zwłaszcza, że odkąd po długich latach przerwy doczekali się w końcu reprezentacji w parlamencie, w mediach głównego nurtu regularnie dostają porcję utyskiwań na zbytnią lewicowość Lewicy i wyzwisk od „pożytecznych idiotów Kaczyńskiego”. Ot, paradoks. Środowisko PO prześciga się w zarzucaniu lewicowcom „sztamy” z PiS-em, kiedy tylko ci wyrażą odrębne zdanie, a za chwilę domaga się od nich głosu z tytułu wyłącznie tego, że „nie jest PiS-em”. Zgoda, PO nie jest PiS-em, i chwała jej za to, ale „głosujcie na nas, bo my nie wprowadzimy stref wolnych od…” to poprzeczka zawieszona kilka milimetrów od parteru. W dodatku teraz zostaje dociśnięta do podłogi przedwyborczym ugłaskiwaniem partii, której politycy nazywają współobywateli „dewiantami i zboczeńcami” tudzież „groźniejszymi od zarazków”.

Polityczne wyrachowanie tłumaczy, rzecz jasna, bardziej zdecydowane wyciąganie ręki do elektoratu kandydata z 7- niż 2-proc. wynikiem, ale w sytuacji, kiedy pretendent do prezydentury ewidentnie potrzebuje każdego głosu, mimo wszystko frustruje (nawet jeśli nie dziwi) osobliwa wariacja na temat metody „kija i marchewki”, w której marchewkę sztab PO podsuwa wyborcom Konfederacji, a kijem straszy lewicowców.

Trudno winić o zmęczenie polskim wydaniem demokracji kogoś, kto ledwie otrzymał zastrzyk nadziei po odrodzeniu parlamentarnej lewicy, już zostaje zmuszony w czwartych wyborach prezydenckich z rzędu wybierać między PO a PiS-em – jakkolwiek łatwy nie byłby to tym razem wybór – a w dodatku media tłumaczą mu, że jego (kompromisowo zaakceptowany, być może w jego oczach daleki od ideału) kandydat był odklejonym od rzeczywistości radykałem i najlepiej było od razu zagłosować na Jedynie Słuszną Opozycję.

A jednak 85-97 proc. wyborczyń i wyborców Biedronia wyraża gotowość poparcia kandydata mniej prawicowej połówki duopolu. Wciąż się od nich żąda, poucza, wyzywa – traktując jak mało rozgarnięte dzieciaki, którym opornie idzie zrozumienie fajności Właściwej Partii, więc zgodnie z tradycyjnym modelem wychowawczym trzeba na nie nakrzyczeć. Ciekawa to szkoła marketingu politycznego, według której jeśli wystarczająco podniesiesz głos i odpowiednio wiele razy nazwiesz „chorym umysłowo” albo „pożytecznym idiotą”, wyborca zagłosuje w końcu tak, jak chcesz. Oto najprzykrzejsza z puent i najkrótszy żart o stanie polskiej demokracji: przychodzi mieć nadzieję, że II tura wyborów tej koncepcji nie skompromituje… Nie ma co się bowiem łudzić – jeśli Rafał Trzaskowski przegra minimalnie (a sondaże wskazują, że sytuacja rzeczywiście będzie stykowa), winnych jego sztab i medialni poplecznicy znajdą w tym ignorowanym jednym procencie, który dziś – zmęczony medialnym wyścigiem kandydatów na prawicowość – nieśmiało rozważa pozostanie 12 lipca w domu.