Pozytywistyczna nieskuteczność aktywizmu

Zamyślony człowiek w kapturze stoi oparty o ceglaną ścianę, jest ciemno, słabe światło
Zdjęcie: Warren Wong / Unsplash

Od kilku tygodni nie napisałem żadnego felietonu ani krótkiego nawet komentarza do bieżącej sytuacji. W zasadzie od dawna nie napisałem niczego – wiersza, opowiadania… I nie wynika to z tego, że nie mam na takowe pomysłu. Wprost, przeciwnie – idee kiełkują codziennie, pomysły pojawiają się w mojej głowie tak często, że w dobrym tygodniu nie miałbym kiedy wstać od klawiatury. W czym zatem problem? W demotywacji.

Po ponad roku wzmożonego aktywizmu miewam chwile zwątpienia – czy moje poświęcenie jest cokolwiek warte? Czy protestując w Bełchatowie przeciw katastrofie klimatycznej, coś naprawdę zmieniam, czy tylko zapełniam sobie wakacyjne popołudnie?

Patrząc z zewnątrz na siebie, osobę, której życie przez ostatnich kilkanaście miesięcy było dzielone między obowiązki szkolne, dorywczą pracę i działanie w młodzieżówce podejrzewałbym u siebie przemęczenie, wynikające z nadmiaru zajęć i zaangażowania w multum zadań. Jednak jako osoba znająca siebie od podszewki wiem, że powodem tego przemęczenia jest  pozytywistyczna (nie)skuteczność  moich działań. Genezę tego pojęcia chętnie wyjaśnię.

Protesty i wszelkie formy sprzeciwu mają w założeniu uświadamiać ludzi, budować fundament pod pożądaną przez nas zmianę – może to być kwestia równouprawnienia, walki z katastrofą klimatyczną, podstawowe założenie jest tu wspólne. Oczywistym wydaje się być to, że istotne jest docieranie do małych i dużych społeczności, do możliwie najszerszej grupy odbiorców. Tylko powszechność i duży zasięg działań może coś zmienić w ludziach i wywrzeć presję na władzach. Takie podejście to niezaprzeczalne dziedzictwo i kwintesencja pozytywizmu – oto praca u podstaw.

Jednak kwintesencją pozytywizmu jest również to, że mimo usiłowań nie odniósł zakładanego sukcesu. Poświęcająca się podniesieniu poziomu edukacji nauczycielka wiejska w „Siłaczce” Stefana Żeromskiego umiera, wraz z nią pogrzebane zostają symbolicznie pozytywistyczne idee. Dziś na lekcjach historii ten etap polskiej historii jest niemal ignorowany, uznawany za czas konformistyczny, przez brak otwartej agresji wobec państw rozbiorowych. Omawiając pozytywistyczną literaturę również nieczęsto kładzie się tak duży nacisk na patriotyczne motywy działań jak w literaturze romantycznej. A przecież to mrzonki, pozytywizm miał być właśnie fundamentem pod odbudowę silnej Polski i równiejszego społeczeństwa! Po tym niefortunnym obrazie epoki widać nie tylko słaby poziom naszej edukacji historycznej, lecz również to, że pozytywizm i nieskuteczność są ze sobą silnie związane. Ba, jest on przez wielu utożsamiany z brakiem konkretnych działań, rozmyciem idei i podporządkowaniem! Pamiętamy bowiem o powstaniach, zaś epoka pragmatyzmu nam umyka.

Jaki ma to związek z moją działalnością w młodzieżówce i aktywizmem w XXI wieku? To, że na lewicy z uporem maniaka naśladujemy pozytywistów i pozytywistki, próbując zbudować coś z niczego. Obawiam się, że nie widząc innego wyjścia, zostaniemy podobnie zapamiętani – jako ludzie pragmatyczni, ale zupełnie nieskuteczni. Niezależnie od tego jak bardzo będę sobie racjonalizował, muszę pogodzić się z tym, że moja działalność jako aktywisty jest marginalna – kluczowe dla spraw o które walczę decyzje zapadają w gronie politycznej elity, nie wśród ludzi, do których mogę dojść. Bez większego znaczenia pozostaje to, ile zorganizuję protestów, ile plakatów wywieszę w swojej okolicy, ile razy zamażę faszystowskie graffiti. Jedyne czego mogę być pewien to zmęczenie. Chciałbym na koniec zaznaczyć – to, że jesteśmy kroplą w morzu, nie oznacza, że należy się poddać. Nie przestanę chodzić na marsze i organizować własnych. To w końcu jedyna droga budowania zmiany, jaką znają nasze czasy – tak, jak jedyną drogą dla pozytywistów była edukacja i szykowanie fundamentów pod przyszłość, której nie doczekali. I mimo tego, że dopiero co napisałem maturę, muszę przyznać, że ja też upragnionych zmian mogę nie doczekać. Warto jedynie być świadomym, że zmiana, o którą się staramy może nie nadejść tak szybko jak tego chcemy. Nie jest to pocieszający wniosek, jednak chyba nikt nie spodziewał się w tym felietonie happy endu, prawda?