Prawicowość jako choroba duszy polskiej

Cały obraz zajmuje flaga biało czerwona, na środku której czerwona dłoń wystaje z czerwonej dolnej części jak ręka tonącego, szukającego ratunku, z wody.

Pozwólcie, że skupię się na sobie, w końcu mamy rok 2020, więc to nie tyle przystoi, co wypada. Tamtego ranka obudziłem się z przestrachem. Nie pamiętam co mi się śniło, ale w głowie huczała mi przerażająca myśl – bałem się, że być może brzydzę się Polską. Polską, polskością, językiem polskim, polactwem, Polakami, polonią, wszystkim, co Polską choćby muśnięte i wszystkim made in Poland.

Czyżbym uważał Polskę i własną polskość za przyrodzoną mi przyczynę mojej sromoty i większości zmartwień? Czy może urodziłem się Polakiem w Polsce tak, jak rodzi się z chorobą genetyczną albo ze skrajnym ubóstwem, albo jak czarny ze swoją czarnością w białym społeczeństwie; z czymś, co mnie określa, co mnie stanowi i nie odczepi się ode mnie już nigdy, przenigdy, nawet jeśli będę bardzo chciał i mocno w to wierzył? Czy moja narodowość to coś, co należy każdego dnia przezwyciężać?

Nie, niemożliwe – przecież odebrałem polskie wychowanie i polską edukację, może nawet byłem w szkole podstawowej elementem pocztu sztandarowego, a na pewno na którymś apelu śpiewałem „Wojenko, wojenko” ubrany na galowo. Nie da się przecież tak, żebym teraz do ojczyzny zdobytej krwią i blizną żywił nagle tak heretycko negatywne uczucia. Prawda? A jednak bałem się, że nieprawda.

Bo jak tu nie czuć niechęci do narodu – zwłaszcza swojego własnego od urodzenia – który od lat miota się, walcząc nadal o swoją niepodległość tak, jakby walczył o wolne niedziele? To oczywiście żart, ale gdyby naród ten dosłownie przejmował się trochę bardziej tym, kto musi pracować w niedziele, a kto nie musi, kto musi pracować dużo i mało zarabia, a kto nie musi pracować prawie wcale i zarabia dużo, byłby to naród o wiele piękniejszy. Dalej: jak nie czuć się co najmniej niezręcznie ze swoją przynależnością do narodu, którego tożsamość, od kiedy pamiętam, zamyka się w krwi, powstaniach, powstańczej krwi, porażkach, kompleksach i napisach na murach, że coś pamiętamy, podczas gdy nie pamiętamy prawie nic. Ten naród, nieustannie, od małego, wmawia mnie i sam sobie, że znaczy na świecie więcej, niż znaczy. Nawet w sporcie naszym najbardziej legendarnym zwycięstwem jest przypadkowy remis; pamiętamy. Tylko nikt, poza nami samymi, nie umie tego docenić, więc do wyścigu, w którym nie mamy się za bardzo czym ścigać, wystawiamy ciężarówki i wysyłamy je w świat z napisem: proszę nas natychmiast zacząć szanować albo tupniemy nogą i się obrazimy.

*

„Człowiek pogryzł psa” to belgijski film typu mockumentary, w którym poznajemy zawodowego mordercę oraz ekipę filmową dokumentującą jego życie i pracę. Główny bohater próbuje imponować zarówno im, jak i widzom przed ekranem. Zgrywa profesjonalistę podczas próby zabójstwa listonosza mimo, że zostaje przez niego wywrócony na ziemię i wychodzi na niezdarę. Recytuje z pasją poezję swojego autorstwa, chociaż jest ona zwyczajnie grafomańska. Kiedy zaś chwali się swoim szczęśliwym związkiem, jego narzeczona okazuje się wynajętą prostytutką. Gdy próbuje udowodnić, że wart jest szacunku przy stoliku z alkoholem, pierwszy składa się pod stół i zalewa wymiocinami cały lokal. Płatny zabójca Ben to chodzący cringe; widz nie wie, czy ma być mu go żal, czy raczej powinno się nim gardzić. Postacie na ekranie też to widzą, ale wydają się w jakiś sposób podporządkowane głównemu bohaterowi; grają więc posłusznie w jego grę, nie mówiąc nam wprost, dlaczego. Możemy się jedynie domyślać. Nikt nie powie o Benie nic złego przed kamerą, ale atmosfera jest wyraźnie napięta: gdy w pewnym momencie, podczas urodzinowej kolacji, anonimowy dla widza mężczyzna głośno się śmieje, a Benowi wydaje się, że to on jest tu obiektem drwin, bez wahania sięga po broń. Ekipa filmowców coraz bardziej uzależnia się od Bena, najpierw finansowo, a potem zwyczajnie się go boją, przez co nie tylko towarzyszą mu w przekraczaniu przed kamerą kolejnych granic, ale też aktywnie w tym uczestniczą. Obserwujemy filmowców obawiających się przyjąć zaproszenie Bena do restauracji, po to by kolejnym razem bali się mu odmówić. Nie odmawiają też coraz bardziej aktywnej pomocy przy kolejnych zbrodniach. Najbardziej Benoit próbuje imponować kiedy jest najmocniej schlany; tuż po tym, kiedy filmowcy pomagają mu (ubrudzonemu własnymi rzygami) wyjść z knajpy. Nasz bohater idzie chwackim krokiem, choć brudny i śmierdzący. Boso, ale w ostrogach. Świat jest jego. On maszeruje, on śpiewa, wywraca się na kupę śmieci w jakimś zaułku, udaje kopulację z tą kupą śmieci, zużyty papier toaletowy przykleja mu się do czoła, ale on na to nie zważa. On śpiewa o widowisku, którego jest głównym bohaterem i wreszcie ma swoich widzów, wreszcie może imponować.

Brak mu wtedy tylko napisu #RespectMe na czole.

Kiedy widz myśli, że nic bardziej obrzydliwego się już nie wydarzy, pęka granica ostateczna. Naszemu bohaterowi puszcza wszystko, co może mu puścić. Ale towarzyszącej mu ekipie również. Wbijają się z bronią do jakiegoś mieszkania. Tam dokonują zbiorowego gwałtu na kobiecie na kuchennym stole. Nasz zabójca, Ben, każe przyglądać się jej partnerowi. Na koniec sam gwałci kobietę, będąc w tym najbardziej obleśnym zwierzęciem z całej wesołej gromadki, podkreślając oczywiście, że on pokaże im, jak się to porządnie robi. On im pokaże, proszę go szanować. Proszę szanować! 

Cięcie. 

Poranek. Cisza. Kac i jeszcze więcej ciszy. Krew, wnętrzności, porozbijane naczynia, zdemolowana kuchnia, a w niej zwłoki dwójki niewinnych ludzi, którzy akurat mieli pecha. Dwie sztuki mięsa. Zgnębione, wyruchane i zbeszczeszczone, wykorzystane, bo ktoś próbował zdobyć czyjś szacunek.

Nie wiem, na którym etapie podróży bohaterów „Człowiek pogryzł psa” jesteśmy. Może wchodzimy już do restauracji, a może już zaczęliśmy pić wódkę i nie ma odwrotu. A może dopiero recytujemy patriotyczną grafomanię. Wciąż próbujemy imponować w coraz większym amoku, Polska mistrzem Polski, mamy najfajniejszy węgiel, najlepszą historię, jeszcze jedna kolejka powstańczej krwi dla wszystkich! Albo ktoś pokaże nam miejsce w szeregu, albo dojdzie w końcu do eksplozji. Albo obie odpowiedzi są prawidłowe, nie wiem, nie wiem, nie wiem.

*

Pamiętamy. Nauczyli nas w szkole historii, więc pamiętamy. Pamiętamy wymazując z Piłsudskiego jego socjalizm, wymazując z Baczyńskiego jego przynależność do komunistycznych organizacji, wymazując z Herlinga-Grudzińskigo fakt, że po gułagu wciąż pozostał socjalistą, wymazując z AK Testament Polski Walczącej, postulujący uspołecznienie własności wielkokapitalistycznej i zorganizowanie sprawiedliwego podziału dochodu społecznego. Wymazujemy to wszystko, bo historia musi być prosta, z krwią, Matką Boską i przegranymi powstaniami; z jednym tylko wnioskiem wyciąganym dziś: że na drzewach zamiast liści mają wisieć socjaliści. To prawicowa choroba, której nie umieliśmy zapobiec, a której teraz nie umiemy wyleczyć, możemy już tylko próbować imponować. Ten naród to zarażone prawicowością zombie, ślepe na wszystko, co racjonalne i dobre dla jednostki. Ta choroba wciąż postępuje i ma groźne przerzuty – z ulotek rozdawanych na ulicy kiedyś na internet, przestrzeń publiczną i media głównego nurtu obecnie. Z marginalnych, ale głośnych wieców przebierańców na wybory, w których pojawiają się niemal sami kandydaci prawicowi z wyjątkami w postaci ultra prawicowych aż po faszystów. Objawem widocznym jak swędzące wypryski na skórze są sklepy z koszulkami o nieestetycznych nadrukach mówiących, że Polska jest najlepsza i najfajniejsza oraz że wszystko, co czerwone to złe. 

Tej chorobie można było zapobiec. Trzeba było tylko odkażać się regularnie, może wystarczyłoby mycie rąk.  Zamiast ścigać się z innymi narodami w najbardziej prymitywny sposób na dumę, potęgę i długość penisa w zawodach o szacunek w kategoriach, w których nie mamy nic do powiedzenia, można było zbudować po PRL nową polską tożsamość, znaleźć sobie nową, własną konkurencję. Wystarczyło poszukać czegoś dobrego, może niekoniecznie tam gdzie krew, blizny i martyrologia. Dlaczego nigdy nie szczyciliśmy się tym, że Kościuszko, Polak, bohater, był jak na swoje czasy niezwykle tolerancyjny i progresywny? Taki spoko ziomek Kościuszko, patrzcie: w USA było jeszcze niewolnictwo, a nasz rodak już wtedy wierzył w równość ludzi niezależnie od koloru skóry.  Dziś sprowadzamy go do tego, że był Wielkim Polakiem (ale mniejszym niż św. Jan Paweł II Wielki, ok?), a jedyna refleksja o nim, na jaką pokusili się nasi chorzy na prawicowość politycy jest taka, że ktoś śmiał pomazać pomnik wielkiego Polaka, amen, Boże, widzisz i nie grzmisz. Znowu okazuje się, że w Polsce ważna jest głównie wybiórcza Pamięć i narodowa Tożsamość. Troska o Symbole znowu wygrywa z troską o człowieka. Ja pierdolę taką polskość. Dlaczego nie próbowaliśmy nigdy opowiadać światu o tym, że Joseph Conrad, gość, którego już tam poza Polską znają i cenią, wychował się tu, u nas i już w XIX wieku potrafił dosłownie krytykować europejski kolonializm? Tymczasem, kiedy wymienia się wielkimi, największymi literami Polskich Noblistów, pomija się go, bo nie pisał po polsku, ani o Polsce. Bo polskość musi być autoteliczna. Polak  może mówić w obcym języku tylko wtedy, kiedy mówi światu o Polsce, o krwi, o powstaniach, o Matce Boskiej Królowej Polski, o naszej uświęconej historii; nie o uniwersalnych wartościach, jak zwykłe poszanowanie drugiego człowiek niezależnie od jego tożsamości (tu już małą literą). Po angielsku, nazywając się Polakami, możemy pisać jedynie #RespectUs. Józef Konrad Korzeniowski nie jest nasz, bo wyrzekł się Polski.

Człowiek pogryzł psa 1992

Choroba prawicowości najmocniej dotyka tych, którzy jej nie widzą. Kościuszko i Conrad nie byli antyrasistami swoich czasów, kiedy to jeszcze było passe. No i okazuje się, że nadal jest. Tak czułem, że „nowa normalność” to ściema i należy jej się raczej obawiać. Znowu miałem rację, bo gdy tylko w „Wiadomościach”, zaczęli mówić o pokonaniu wirusa, to dopiero mi się naród rozkaszlał, a z każdym kaszlnięciem wypluwa w przestrzeń internetu coraz więcej rasistowskich wyziewów, dla niepoznaki oblepionych flegmą logiki i zdrowego rozsądku w stylu: nie dajmy się zwariować, niemożliwe, żeby czarnym było aż tak źle, rasizm działa w obie strony, jest uniwersalny, etc. Dowiadujemy się okazjonalnie, że jest tak uniwersalny, iż największymi rasistami są czarni, zaraz potem muzułmanie, a w zasadzie to chyba wszyscy, tylko nie my.  Przed czasami internetu można było na takie rozważania trafić w nazistowskich zinach, odbitych na kserze w piwnicy, a dziś wyrzucają je z siebie młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków, dynamiczni, młodzi ludzie. Tacy, którzy obecnie wiodą życie mniej lub bardziej przyozdobione sukcesem w korporacji, czy agencji reklamowej. Ludzie, których znam osobiście. Nie jacyś mityczni, hajlujący i odpierdalający cosplay w lasach, wygoleni naziole. Ludzie tacy sami jak ja. To jest najgorszy objaw tej choroby, bo skryty prawie tak,  jak bezobjawowo przechodzony koronawirus, tyle że właśnie wypełza na wierz. I bolesny jak ja pierdolę. Ja wiem, że jestem ofiarą bezdusznych algorytmów, których zadaniem jest podsuwanie mi angażujących treści, a najbardziej angażujące jest uświadamianie sobie, że moi znajomi to (coraz mniej) zakamuflowani rasiści.

Ci sami ludzie, którzy jeszcze wczoraj chórem mówili „nigdy więcej”, dziś budzą moje obawy, że „już za chwileczkę, już za momencik”.

*

Byłem jeszcze smykiem, kiedy umarł Dziadek. Widziałem go ostatni raz podczas jego ostatniego pobytu w szpitalu. Narosła wtedy wokół niego i na nim góra dziwacznej aparatury, która w zasadzie żyła za niego, poruszając całym Dziadkiem, gdy w jego imieniu wtłaczała powietrze do płuc. Nie mogłem go dostrzec pod tym wszystkim, poza jednym zamkniętym okiem gdzieś między plątaniną przewodów i rur. To wszystko sprawiało, że bałem się podejść bliżej. Pamiętam jak czułem, że to wcale nie jest mój Dziadek, tylko właśnie plątanina rzeczy, która już go wchłonęła, mimo, że wiedziałem: tam pod spodem jest On, mój kochany Dziadek, któremu pomagałem ogarniać jakieś drobne rzeczy wokół jego domu i który jeszcze przed chwilą kupował mi lody Bolero w wafelku. 

No i może się tej Polski nie brzydzę wcale, tylko trochę boję się teraz podejść. Bo moja to były bardziej te lody Bolero, niż bezduszne, jak aparatura udająca człowieka, rozważania o tym, czy ofiary nie są może same sobie winne.

Ps. Tytuł tego tekstu zawdzięczam Autorowi bloga slwstr.net, który polecam uwadze.

Człowiek pogryzł psa, 1992