Przepraszam, że przeszkadzam

Twarz młodego czarnego mężczyzny w krótkich dredach, krótki wąs, słuchawki z mikrofonem na głowie.

Ludzie kochani, typ zwariował. W 2018 zrobił film, taki profesjonalny, zatrudnił w nim gwiazdy Hollywood, utopił w produkcji pewnie kawał pieniądza, a na koniec powiedział ludziom, żeby sobie ten film spiracili. „Dlaczego?” spytacie. Otóż dlatego, że go na to stać, to po pierwsze. A po drugie też dlatego, że Boots Riley to aktywista o jasno sprecyzowanych poglądach, wychowany przez rodziców o równie jasno sprecyzowanych poglądach. A do tego wszystkiego ciemnoskóry raper, scenarzysta, operator i reżyser, a co najważniejsze: twórca filmu „Sorry to bother you”, który to film będę wam w kolejnych akapitach gorąco polecał. Ja wiem, że to ostentacyjne zaznaczanie, że ciemnoskóry może wydawać się nie halo, ale uwierzcie mi – przynajmniej na razie – na słowo, że ma to znaczenie takie samo jak w wypadku filmów Spike’a Lee. Albo nawet i większe.

Może i natkniecie się w internecie na plakat z polskim tytułem „Przepraszam, że przeszkadzam”, ale zgodnie z zaleceniem Bootsa Rileya pewnie będziecie szukać go w sieci pod tytułem oryginalnym; no to takiego będę też tu tutaj używał. Jego dystrybucja w Polsce była naprawdę licha (o ile była w ogóle, szczerze to nie jestem pewien), więc mógł umknąć uwadze nawet najbardziej hardkorowych kinomaniaczek, nie mówiąc o lewaczkach. Niezależnie od tego, do której grupy się zaliczasz, czy może do obu, jest to film, który zobaczyć musisz koniecznie. Sięgając jeszcze na moment do języka oryginału – określiłbym go trzema słowami: ultimate leftist movie.

Kolor skóry Bootsa Rileya, jak już wspomniałem, ma znaczenie, bo „Sorry to bother you” bez wątpienia jest głosem czarnej mniejszości i pokazuje to wielokrotnie wprost. Na przykład wtedy, kiedy okazuje się, że jedynym sposobem na sukces w sprzedaży telefonicznej dla osób czarnoskórych jest odnalezienie w sobie wewnętrznego białasa i mówienie do słuchawki jego luzackim głosem. Ale film ma charakter o wiele bardziej uniwersalny. Jest o opresyjnym rynku pracy, o jego „uberyzacji”, o indywidualnych ambicjach i o kolektywnym sprzeciwie. Zadaje pytania o to, czy awans w społecznych i zawodowych strukturach jest wart poświęcenia udziału w oddolnym buncie, o to, czy warto zostawić swoich bliskich za sobą w drodze na szczyt. I wreszcie o to, czy ty do cholery w ogóle lubisz swoją pracę i czy warta jest ona tego, żeby wstawać codziennie rano z łóżka.

No i jest to też film o pracy na słuchawce i sprzedawaniu ludziom gówna przez telefon, przez co odbieram go w pewnym sensie jako opowieść o kawałku mojego życia. Sam lata temu pracowałem w kilku sprzedażowych call center i po filmie poczułem się naprawdę szczęśliwy, że byłem na tyle beznadziejnym sprzedawcą, że nigdy nie udało mi się sfinalizować żadnej transakcji. Zero, null, 0.

Casiusa Greena, głównego bohatera filmu, zastajemy w sytuacji bardzo prekarialnej. Oto w pierwszej scenie ucieka się do konfabulacji, żeby dostać pracę w telemarketingu, ale szybko zostaje sprowadzony na ziemię: hej, to jest call center, zatrudniamy tutaj prawie każdego, twoje wygibasy nie są nikomu do niczego potrzebne. Nasz bohater jednak lubi robić wygibasy, lubi zakładać garnitur do pracy, bo ma nie lada ambicje; liczy na to, że praca na słuchawie pomoże mu odmienić jego czarny los. Może dzięki niej nie będzie już musiał mieszkać w garażu wujka? Może przestanie jeździć rozklekotanym gruchotem? Może zapewni lepsze życie swojej dziewczynie?

Praca na słuchawce, polegająca na sprzedaży, została pokazana w filmie w bardzo przerysowanej, absurdalnej formie, a jednocześnie w sposób tak bardzo zgodny z rzeczywistością. We wszystkich miejscach, w których miałem wątpliwą przyjemność wciskać ludziom kit przez telefon, zaczynaliśmy od szkolenia, wyglądającego jak to w „Sorry to bother you”, z którego młodsza wersja mnie wybiegała w poczuciu bycia najlepszym telefonicznym sprzedawcą świata. Poziom zmotywowania wyjebany poza skalę, sprzedałbym nawet piasek na pustyni. Entuzjazm opadał jednak z każdym dniem, w którym nie odnotowałem żadnej sprzedaży, podobnie jak bohater filmu. Ciemnoskóry Casius szybko poznaje tajemnicę sprzedażowego sukcesu, jaką jest „white voice”. W Polsce również najlepsze wyniki osiągały osoby mówiący na największym luzie, głosem wolnego od trosk człowieka sukcesu. Po prostu nie możesz brzmieć jak prekariusz walczący o przetrwanie. I tak jak Casius na samym początku swojej nowej kariery, najbliżej sprzedaży byłem, gdy dodzwoniłem się do staruszki, która nie do końca nawet rozumiała, czego od niej chcę. Każde call center miało kierownictwo udające kumpelskie relacje, ale tylko z najlepszymi sprzedawcami. No i ten mityczny „inny dział” piętro wyżej, do którego możesz awansować, jeśli tylko będziesz się odpowiednio starał. Bo jeśli będziesz się odpowiednio starał, to wyniki przyjdą same, a wyniki to już autostrada do sukcesu sprzedażowego i otwarta brama do twojego własnego El Dorado.

W filmie ta szansa awansu i odmiany losu, ten wyglądający już zza życiowego zakrętu sukces głównego bohatera zostaje zderzony z faktem, że jego koledzy z pracy – w tym jego ukochana – domagają się akurat teraz lepszych warunków pracy, zaczynają sabotować robotę, co w końcu zmienia się w regularny strajk. Strajk zmienia się zaś w ogromny, antykapitalistyczny ruch. Kapitalizm występuje tu pod postacią niemoralnej korporacji na miarę naszych czasów. Przedstawionej jako połączenie najgorszych cech Ubera i Amazona, a przewodzi jej biały do bólu CEO, który z kolei przywodzi na myśl od razu Jeffa Bezosa i Elona Muska w jednym.

Ale „Sorry to bother you” to nie tylko manifest ideologiczny. Mimo łopatologicznie podanego przekazu jest to zwyczajnie bardzo sprawnie zrealizowane kino, które świetnie się ogląda. Temat ciężki, a film leciutki – polskie kino mogłoby się na tym uczyć. No i Boots Riley zaangażował tu naprawdę znane nazwiska. W roli głównej jest Lakeith Stanfield, którego mogliśmy oglądać w netfliksowym hicie braci Safdie, czyli w „Nieoszlifowanych diamentach”. Prezes korporacji to znany z „Tamtych dni i tamtych nocy” Armie Hammer. No i Tessa Thompson, ach, brawurowa Tessa Thompson, która, gdy tylko pojawia się na ekranie to zagarnia go dla siebie; tu jako zaangażowana artystka, miłość i głos sumienia Cassiusa Greena.

Bardzo wyraźny głos sumienia. Bo „Sorry to bother you” nie bawi się w subtelności. Nie ma tu miejsca na interpretacje i zawoalowane metafory. Przekaz pozostaje główną gwiazdą filmu i dostajemy nim prosto w ryj. Casius Green nazywa się tak a nie inaczej tylko po to, żeby pozostali bohaterowie mogli się do niego zwracać „Cash”. Rozumiecie – Cash Green. Jednak nie boli to ani trochę, w czym zasługa zapewne przerysowania i groteski, w jakiej zostaje to wszystko zaserwowane. Film w swojej konwencji staje się niemal bajką dla dorosłych. Bajką dla lewaków. Boots Riley w krzywym zwierciadle ukazuje tu świat, w którym żyjemy. Uberyzacja rynku pracy? Jest. Stosunki rasowe? Są. Walka klas? Jeszcze jak. Programy telewizyjne, w których poniżeni przez własne warunki bytowe widzowie oglądają ludzi poniżanych bardziej niż oni sami? Jak najbardziej. Jeśli przeżyłaś 2020 rok w Polsce, odnajdziesz tu ostatnie 12 miesięcy w pigułce – od beznadziejnej sytuacji mieszkaniowej, przez rozwarstwienie społeczne, aż po uliczne zamieszki. Co prawda tutaj ludzi nie pałuje komandos przebrany za cywila, a pracownicy prywatnej firmy ochroniarskiej, ale spokojnie – jak dobrze pójdzie, to może i tego uda nam się dożyć.

Moim osobistym ulubionym momentem filmu jest ten, który można zatytułować: „czarny na orgii białasów”, gdzie wszyscy wychodzą z założenia, że założenie na ciemnoskórego gościa łańcucha to gotowy przepis na rapera. No dalej, mordo, jesteś czarny, zarapuj nam coś. Reżyser opowiedział tu całą historię hip-hopu ujętą jako kulturowe zawłaszczenie przez białych zjawiska kulturowego. I potrzebował do tego dwóch prostych scen. Nigga shit, nigga shit, nigga nigga nigga shit!

A nawet jeszcze nie opowiedziałem o tym, co w tym filmie jest najbardziej absurdalne i zaskakujące. I nie opowiem, obejrzyjcie sami.

Ok, film ma też wady, a największą z nich jest to o czym wspomniałem wcześniej – to tylko bajka dla lewaków. Mimo tych wszystkich odniesień do rzeczywistości, sprawiających, że możesz odebrać go jako opowieść o tobie, na koniec zostajesz ze smutną konstatacją, że to tylko bajka i wszystkie te rzeczy nie mają prawa się wydarzyć, a nasza rzeczywistość zmierza w kierunku czarnej otchłani, zarządzana przez Bezosów, Musków, Gwiazdowskich i Stanowskich tego świata. Ale i tak warto ten film zobaczyć, zwłaszcza jeśli jest się osobą – jak Boots Riley – o jasno sprecyzowanych poglądach. Bo ostatecznie jest to kawał świetnej, ideologicznie naznaczonej, ale jednak rozrywki, która mogła wam umknąć.

Posłuchajcie więc Bootsa Rileya, odpalcie torrenty, czy tam CDA, czy co tam lubicie i wstukajcie literki „Sorry to bother you”, a będzie wam dane obejrzeć film naprawdę w (końską) pytę.