Socjaldemokratka czyta „No Logo”, czyli o tym, jak upada mój idealny świat

Naomi Klein otoczona kilkoma logotypami globalnych marek
Zdjęcie: Guardian

Drogi do lewicy są różne — moja na przykład zaczęła się od feminizmu w wydaniu dość liberalnym. Wydawało mi się jednak, że na pewnym etapie zaangażowania politycznego człowiek wie już, co myśli i zakłada, że może się w konkretny sposób określać.

Socjaldemokracja jest dla mnie pewnym bezpiecznym schronieniem – nie jest to doktryna radykalna, ale kwestie społeczne są w niej ważne.  Odchodzi od haseł rewolucyjnych na rzecz poszerzania spektrum myśli lewicowej na inne grupy społeczne. Jest też doktryną z założenia pokojową, co dla mnie, jako pacyfistki,  było zawsze ważne.

Kiedy tak spokojnie żyłam sobie w schronieniu socjaldemokracji, postanowiłam w ramach poszerzania wiedzy przeczytać „No Logo” autorstwa Naomi Klein.

Jest to moje drugie podejście do tej lektury, ale tym razem znów nie wiem, czy zakończy się ono na ostatniej stronie. Przyczyna jest prosta — im więcej czytam, tym bardziej zła jestem na świat, który stworzyliśmy i mechanizmy nim rządzące. Kiedy czytam sobie o greenwashingu (zjawisko mające na celu wywołanie wywołanie u konsumenta wrażenia, że firma działa zgodnie z zasadami ekologii i ochrony środowiska) stosowanym przez BP p.l.c. (wcześniej British Petroleum), czy przejmowaniu kultury przez wielkie korporacje (sponsorowanie przez nie wydarzeń kulturalnych, połączone z wpływaniem na przekaz twórców) zaczynam zauważać, jak bardzo uniwersalne są to mechanizmy.

Obserwuję sobie, jak dobrze funkcjonują w Polsce roku 2020 i zastanawiam się, gdzie zrobiliśmy błąd. Moją przygodę z „No Logo” mogę podsumować, mówiąc językiem potocznym — im dalej w las, tym więcej drzew. Zastanawiam się tylko, czy gdy uda mi się skończyć tę książkę, dalej będę tkwiła w schronieniu socjaldemokracji.