Sprawa prostsza, niż się wydaje

Manifestacja, transparent z napisem "Trans rights are human rights"

Im więcej myślę i dowiaduję się o wstrząsającej lewicową bańką „inbie tysiąclecia”, tym mniej z niej rozumiem, i tym bardziej wydaje mi się kuriozalna.

Zamieszanie wokół transfobicznej aktywności Urszuli Kuczyńskiej, asystentki posła Koniecznego, sprawiło, że spora część lewicowego komentariatu (w tym niżej podpisany) musiała się w trybie pilnym douczyć w zakresie dotąd zupełnie obcych pojęć i zjawisk. Kiedy jednak wykazać się odrobiną dobrej woli i poznać nieco sprawę – dowiedzieć się, co znaczy skrótowiec TERF (ang. trans-excluding radical feminism) i zorientować się, że mamy do czynienia nie z pojedynczymi aktywistkami-transfobkami, a z zalążkiem zorganizowanego ruchu próbującego wypchnąć osoby trans poza nawias – rzecz okazuje się prosta jak drut. (W tym miejscu głębokie ukłony należą się Mai Heban [twitter.com/HebanMaja], z nadludzką cierpliwością objaśniającą żyjącym w błogiej nieświadomości codzienne wyzwania, z jakimi zmagają się w Polsce osoby trans, a także blogerowi Szaremu, który w swojej notce [https://panszary.wordpress.com/2021/03/06/istota-pogladu/] „ogarnął” istotę sprawy lepiej, niż jakikolwiek komentujący ją dziennikarz).

Wyobraźmy sobie, że osoba należąca do lewicowej partii stanowczo wspierającej walkę o prawa LGBT+  zostawia „lajki” pod profilami Kai Godek i Jerzego Kwaśniewskiego czy komentarzami hejterskiego „Geja Przeciwko Światu”, w giertychowskim stylu drwi we własnych wpisach z Krzysztofa Śmiszka jako „żony” Roberta Biedronia, tudzież wymienia porozumiewawcze, podszyte homofobią kumpelskie komentarze z rozpoznawalną działaczką Ordo Iuris. Nie wybuchałby żadna „inba”, bo partia odcięłaby się od takiej postaci szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby przeliterować „partyjny sąd koleżeński”. Gdy tymczasem zupełnie niehipotetyczna działaczka robi z grubsza to samo w odniesieniu do osób trans poprzez śledzenie transfobicznego „LGB Alliance”, „żarciki” o helikopterze bojowym oraz potakiwanie („polubienie” to przecież taki sygnał aprobaty) jawnej, jadącej w mediach „bez trzymanki” transfobce, nagle dostajemy od komentariatu i trzonu partii przemyślenia o pragmatyzmie i dywagacje o tym, jaką świetną ekspertką jest na innych polach. A przecież kiedy przebrnąć przez nowe dla wielu z nas pojęcia związane z literką T w LGBT, okazuje się, że te dwie sytuacje są jak materiał z wyświechtanego mema – „they’re the same picture”. Na tę pierwszą jednak głośny polityk lewicy nigdy nie odparłby „to prywatny pogląd tej osoby, nie oceniam”.

W próbach zbagatelizowania i ośmieszenia sprawy dochodzi do zupełnego pomieszania z poplątaniem. Równocześnie czytamy, że „ludu to nie obchodzi”, ale też, że „lewica używa trudnych słów i lud nie zrozumie”; że „dzieciaki czepiają się nieistotnych spraw”, jak i że ta „nieistotna sprawa” to „spisek neoliberałów” albo „ustawka prawicowych trolli” mające na celu rozsadzić partię Razem. A przecież tyle mieliśmy ostatnio w mediach o tym, że młodzież „skręca w lewo” i to w niej tkwi nadzieja lewicy – więc oto młodzież przyszła, akcentuje, co jest dla niej ważne i wymaga od jedynej partii, wobec której jeszcze ma (miała?) jakieś oczekiwania, by ta trzymała się w praktyce swoich postulatów. Liderzy partii odpowiadają zaś na to rozliczenie słowami: to pierdoły, dajcie nam robić poważną politykę.

Prawdą jest, że clou tej sprawy pozostaje paląco ważne dla stosunkowo niewielkiej grupy ludzi – ale przecież świat nie staje z powodu „inby” w miejscu; lewicowe posłanki i działaczki wciąż równolegle funkcjonują w terenie, sprawują poselskie obowiązki, zajmują się mało medialnymi problemami bliżej ludzi, którzy nie są na bieżąco z każdą fejsbukową zawieruchą. Tym bardziej sprawa winna zostać sprawnie rozstrzygnięta, nim mleko się rozleje i cały internet obiegnie wieść, że lewica znów się sama ze sobą pokłóciła. Zwłaszcza że mniejszość, której transfobiczna działalność asystentki posła zaciążyła na sercu, miała dotychczas spore zaufanie do Razem jako jedynej partii faktycznie stojącej po ich stronie. Młodzi ludzie, nie tylko sami stanowiący mniejszość LGBT, ale też przejęci losem przyjaciół i znajomych należących do tej grupy, składają się na dużą część aktywu  – być może Razem pomogło im odczarować naładowane w Polsce mnóstwem negatywnych konotacji koncepty partii, przynależności partyjnej i aktywnego udziału w życiu politycznym. W tym sensie, owszem, sprawa Kuczyńskiej to kolejna odsłona serialu „lewica zajmuje się sama sobą” – ale w tym wypadku naprawdę należało się zająć „sobą” (w rozumieniu: partią, nie urażonym ego liderów) i zadbać, by nie zawieść oczekiwań młodych wyborców i aktywistów, którzy mogą (mogli?) stanowić o przyszłości lewicy. Nie chodziło przecież o to, żeby całemu potencjalnemu elektoratowi natychmiast, wielkimi literami wykładać, co znaczą przedrostki cis- i trans- oraz skrót TERF, i dlaczego „rozdział LGB od T” to transfobiczna agenda. Od rozstrzygnięcia tej – w istocie zupełnie jednoznacznej – sprawy w gronie zainteresowanych socjalna noga lewicy by się nie załamała.

Pojawia się też spojrzenie, że aktywność Kuczyńskiej, jakkolwiek nieprzystająca do lewicowej przynależności, to po prostu zbyt mały drobiazg, by kogokolwiek poważnie obciążał. Foloły, lajki, szery, komentarz – przecież to tylko social media. Tyle że to podejście kompletnie anachroniczne. Szczególnie w dobie pandemii, kiedy przez restrykcje i obawy o własne zdrowie media społecznościowe już niemal zupełnie przejęły w życiu wielu z nas rolę tzw. „trzeciego miejsca” – czyli trzeciej, po domu i pracy, przestrzeni, w której regularnie spędzamy duże ilości czasu (kiedyś byłby to ulubiony pub, plac, etc.). W internecie toczy się spora część życia i chociaż wirtualne, jest ono jak najzupełniej realne i ma realne konsekwencje. Szczególnie zaś dla przedstawicieli mniejszości, którzy często w innych życiowych przestrzeniach muszą ukrywać część swojej tożsamości i tylko w „trzecim miejscu” są naprawdę sobą. Zwłaszcza z ich perspektywy komentarz i polubienie, choć wiążą się z mniejszym wysiłkiem i są czasem obarczone mniejszą refleksją, mogą ważyć równie dużo, co wywieszenie plakatu na balkonie albo wykrzyczenie czegoś na ulicy. Najbardziej progresywna partia w Polsce powinna to rozumieć.