To wyborcy Lewicy zadecydują, kto wejdzie do ewentualnej drugiej tury

Fot. Jakub Szafrański

Pośród żartów i szyderstw z niskich sondażowych wyników kandydata Lewicy na prezydenta, zdaje się, że umyka wszystkim jedno. A mianowicie: jeśli niski wynik 2-3% poparcia dla Roberta Biedronia się utrzyma, to znaczy, że pozostały (szacowany na 10 punktów procentowych) elektorat Lewicy zagłosuje na kogoś innego. Co przy tak wyrównanej walce między Kosiniakiem, Hołownią i najpewniej Trzaskowskim może oznaczać, że to właśnie wyborcy Lewicy dadzą komuś bilet do drugiej tury.

To bardzo zła wiadomość dla Kosiniaka-Kamysza, albowiem z całej trójki akurat on na poparcie lewicowych wyborców nie ma co liczyć. Zresztą nigdy tego nie chciał, ostentacyjnie wręcz od Lewicy się odcinał jako kandydat środka, który jest za obniżeniem podatków i zaostrzeniem aborcji. No ale taki to środek w Polsce. Do kogo więc powędrują owe 10 punktów procentowych?

Oczywiście ani Hołownia, ani Trzaskowski kandydatami lewicowymi nie są. Nie mniej jednak wobec kolejnego podkręcania temperatury przez PIS, także wyborcy Lewicy mają już dosyć tego, co się w kraju dzieje i do wyborów chętnie pójdą na mniejsze zło głosując. Rzecz jasna, pewien niewielki odsetek, w imię sztandaru lewicy ludowej, zagłosuje na Dudę, ale nie wydaje się, żeby tych wyborców był jakiś znaczący odsetek. Podział dokona się tradycyjnie w imię „mniejszego zła”, tym razem między Hołownią a Trzaskowskim.

Dla Lewicy Trzaskowski może być mniejszym złem ze względu na warszawską kartę LGBT+, a więc program, który mimo dywanowego nalotu prawicowych gadzinówek, został utrzymany. Z jednej strony to niewiele i żaden ogromny przełom, z drugiej przy Hannie Gronkiewicz Waltz i strefach antyLGBT, to jednak będzie przez wyborców zaliczane na plus. Zresztą Trzaskowski nawet nie musi tym się chwalić publicznie, zrobi to za niego TVP, które im bardziej będzie na niego homofobiczną gnojowicę wylewać, tym bardziej Trzaskowski będzie się podobał wyborcom Lewicy. Z drugiej strony poza LGBT+, które, przypomnijmy, jest we wspólnej agencie liberałów i Lewicy, trudno znaleźć coś innego, co mogłoby sprawić, że wyborca lewicy poczuje ukłucie w serduszku. Najlepszym tego dowodem krytyka ze strony ruchów miejskich, które na Trzaskowskim nie zostawiają często suchej nitki.

Teoretycznie Hołownia nie ma szans na poparcie wyborców Lewicy, ale tegoroczne wybory obfitują w takie wolty, że i to jest możliwe. Po pierwsze, Hołownia dysponuje argumentem w postaci „komisarza wyborczego PiS w Warszawie”, co może oznaczać, że wielkomiejska, warszawska Lewica jednak wybierze te „mniejsze zło”, które takim komisarzem nie grozi. Po drugie, jeśli wyborcy Lewicy porzucą kandydata Biedronia, to jedynie po to, aby poprzeć tego, który ma największą szansę w drugiej turze z Andrzejem Dudą. Mogą więc zatkać nos i głosować na Hołownię jako na konserwatywny, ale jednak skuteczny hamulec. Po trzecie, wreszcie, jak sprytnie zaprezentował to sam kandydat w głośnym liście do Lewicy na łamach Krytyki Politycznej, istnieje całkiem szerokie pole wspólnych poglądów odnośnie czegoś, co można nazwać empatycznym państwem opiekuńczym. A więc prawa pracownicze, prawo do mieszkania, problem bezdomności, postulaty ruchów miejskich. W tym sensie Hołownia to taki współczujący Libek i na tym współczuciu może zechcieć zbudować kładkę do serc bardziej lub mniej czerwonych wyborców.

Kto wygra ten wyścig po elektorat Lewicy, który z jakichś względów postanowił odwrócić się od Roberta Biedronia? Nie wiem. Wiem, że oba sztaby mają nad czym myśleć, a przy intensywnych zabiegach o wyborców Lewicy, moglibyśmy nawet sobie ex post prześledzić, które postulaty dla wyborców deklarujących się jako lewicowi są najważniejsze i dlaczego kolejny kandydat lub kandydatka Lewicy powinien non stop je powtarzać.