Transportowa choroba istniejąca.

people sitting inside bus
Zdjęcie: Matthew Henry / Unsplash

Dziś świat transportu publicznego stoi nad przepaścią. Rynek PKSów i prywatnych busów jest dzisiaj w tym samym miejscu co kolej przed 20-toma laty. Różnica jest taka, że 20 lat temu mogliśmy przesiąść się z pociągu do PKSu, a teraz, jeśli  nie będzie zbiorkomu, to nie będzie już niczego. Czy czeka nas taka przyszłość?

Pamiętam siebie sprzed 15 lat. Młody uczeń szkoły podstawowej, z talentem i zacięciem aktorskim. Moi rodzice nie mieli samochodu. Mieszkałem na wsi, a cały mój plan dnia dostosowany był do godzin odjazdu ostatniego autobusu. Kółko teatralne? Próba do przedstawienia? Lekcja tańca? Zajęcia wyrównawcze z matematyki? Maksymalnie do 17, bo potem nie było czym wrócić. Pamiętam siebie, jako dzieciaka jak czułem się przez to gorszy. Bo dzieci „miejscowe” mogły wszystko, a ja „dojezdny” mogłem tylko od-do. Moje pasje mogły być realizowane wyłącznie z zegarkiem w ręku.

Minęło kilka lat. W międzyczasie w domu był już samochód, mama zrobiła nawet prawo jazdy. Nadszedł moment wyboru szkoły średniej. Marzyłem o szkole kolejowej. To moja wielka pasja i niespełnione do dziś marzenie. Szukałem takiej szkoły w mojej najbliższej okolicy – nie było. Najbliższa 80 km od domu. Świetnie, ale co dalej? Nie było internatu więc jedyną alternatywą zostały codzienne dojazdy. Myślicie, że udało się znaleźć dogodny dojazd i powrót do domu? Nie. Szkołę średnią zacząłem w 2010 r. mniej więcej wtedy kiedy kolej zanotowała jeden z największych spadków potoku pasażerskiego. Moje marzenie nie zostało spełnione. Musiałem więc wybrać inną ścieżkę swojego życia.

Dziś mieszkam w dużym mieście mam autobus i tramwaj. Naprawdę, jako osoba, która została pozbawiona kiedyś takiego komfortu – doceniam to. Jestem szczęśliwy, że moim jedynym problemem dziś jest to by się nie spóźnić. Autobus na pewno przyjedzie, a jeśli się nie pojawi to za chwilę mam kolejny. Przewozy miejskie to ten segment rynku przewozów, który jest dobrze umocowany w przepisach prawa. Jeśli jednak wyjedziemy z dużego miasta widzimy Polskę przystankową. Tak, mamy mnóstwo przystanków, na których nie wisi żadna kartka z rozkładem jazdy, przystanków, z których nic nie odjedzie. Idealne miejsce na piwo ze znajomymi. I do podsumowania życia, które musi pozostać zamknięte w obrębie najbliższej wsi.

O wykluczeniu transportowym mówią  wszyscy. Zaczęły się polityczne wyścigi na zainteresowanie mediów tym tematem. Powstały kolejne książki takie jak „Ostre Cięcie” Karola Trammera czy „Nie zdąże” Olgi Gitkiewicz. Rząd nie pozostając głuchy na zainteresowanie tematem stworzył Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych, a w związku z pandemią zwiększył dofinansowanie do wozokilometra z 1 zł na 3 zł.

Niestety, dosypanie 1 grosza do skarbonki, w której mamy zgromadzone 100 zł to nadal 100 zł. W samym myśleniu o transporcie musi przede wszystkim dojść do poważnych zmian.

W tym przypadku nie chodzi tylko o pieniądze, ale również o zawiłości w prawie. Czasy, gdy busami i autobusami PKS podróżowały tłumy podróżnych, bezpowrotnie minęły. Mówienie o jakiejkolwiek opłacalności tego rodzaju przewozów jest bezcelowe. Porozmawiajmy o tym, kto ma być odpowiedzialny za ten transport i dlaczego (gmina, powiat czy województwo), o wymaganiach zdrowotnych, jakie musi spełnić potencjalny kierowca (czy nie są za wysokie), o specjalistach z dziedziny transportu (czy gminy, powiaty, nie powinny zatrudniać takich ludzi, skoro do tej pory z 800 mln zł wykorzystano tylko kilka % na przywracanie drugiego życia PKSom) i wreszcie,czy wszędzie musi być bus, czy może w tych bardzo małych ośrodkach nie powinniśmy stworzyć możliwości organizowania przewozów przez gminę jakimś małym Vanem, który zabierze te kilka zainteresowanych osób – dwa, trzy razy w tygodniu o stałej porze ze wsi do ośrodka miejskiego.

Jako pasażer i podróżny chciałbym też znać odpowiedź na pytanie, dlaczego licencja na przewozy wydawana jest tylko na rok (co uniemożliwia gminom wzięcia pojazdu w leasing), podobnie jak roczne jest dofinansowanie przewozów. Dlaczego wymaga się od samorządów wkładu własnego, na który nie wystarcza im środków? Chciałbym również ustandaryzowanego rozkładu jazdy, jednej bazy rozkładowej w internecie, możliwości zakupu biletu online i wspólnej oferty przewozowej z koleją. Po znalezieniu odpowiedzi na te pytania możemy pomyśleć o tym, ile powinien kosztować nas dobrze zorganizowany transport publiczny.

Wiem, że jest nad czym pracować. I wiem, że moi byli sąsiedzi czekają na to, że kiedyś pojawi się oferta, z której będą mogli skorzystać. Adaptacja do nowego stanu bezPKSowego przyszła szybko, ale wciąż słychać tęsknotę za wolnością wyboru. Może dzięki temu, że będzie PKS, ktoś pójdzie do szkoły takiej, jaką sobie wymarzy? Nie będzie musiał rezygnować z prawdziwego życia, które regulowane jest rozkładem jazdy? Zrealizuje marzenia, a nasz kraj zyska dobrego pracownika? A może ktoś pójdzie do lekarza i uratuje swoje życie? Lub też przyjedzie z zarobionymi pieniędzmi i potencjałem do swojej rodzinnej gminy, z której wyjechał wiele lat temu na studia? Wykluczenie transportowe ma wiele twarzy i wpływa na każdą dziedzinę życia. Wiele lat zajęła odbudowa kolei, być może jeszcze więcej zajmie przywrócenie transportu publicznego do normalnego funkcjonowania.

Jako jedna z twarzy wykluczenia będę o to walczył, zabiegał, apelował wszelkimi dostępnymi środkami. Polskiej gospodarki nie stać na tak mocne dysproporcje pomiędzy aglomeracjami a prowincją.

PS. Tekst powstał w dniu 3 rocznicy śmierci Zbigniewa Wodeckiego.
Życzę wszystkimi czytelnikom i czytelniczkom by mogli „wrócić tam, gdzie byli już”.

Najlepiej zbiorkomem !