Trump może wygrać, bo Ameryka nie chce słuchać trudnej prawdy

Twarz Trumpa jak czaszka z komiksu.
Grafika: Mitch O’Connell

W latach 80 i 90 w Ameryce świeciły triumfy satyry polityczne utrzymane w konwencji sci-fi/kina akcji. Główny bohater zazwyczaj kopał tyłki przedstawicielom zblazowanej kasty rządzącej (jak Arnie w „Uciekającym Człowieku”, gdzie Ameryka przyszłości karmiła obywateli zabójczą papką telewizyjną), walczył z bandytami na gruzach imperium (Kurt Russell w „Ucieczce z Nowego Jorku”) albo zyskiwał świadomość w tle społeczeństwa opartego na spiskach i dezinformacji (brutalna i satyryczna twórczość Paula Verhovena – „Robocop” czy „Pamięć Absolutna”). Ciekawym aspektem tej fali była figura złoczyńcy – to już nie byli pozaziemscy obcy czy agenci wrogich państw. Zło pochodziło z wewnątrz.

Zdegenerowani i skorumpowani przywódcy – czy to korporacji, czy ze sfery rządowej, stali się powracającym motywem. To pokłosie trudnych lat 70, afery Watergate i utraty zaufania do klasy rządzącej. Ale też rewolucji konserwatywnej lat 80. Ronald Reagan mówił – jesteście odpowiedzialni za swój los, więc nie oczekujcie niczego prócz prawa i porządku. Chyba najlepiej sparodiował ten model społeczny John Carpenter w legendarnym filmie klasy B „Oni Żyją”, gdzie amerykańskie społeczeństwo zostaje przejęte przez rasę obcych zmiennokształtnych. Aparat represji był tu bardzo zawoalowany i zasadniczo nieprzemocowy – opierał się na nieograniczonej konsumpcji i dezinformacja. Brzmi znajomo? Jak to czasem bywa, artyści trafnie przewidzieli przyszłość. Spójrzmy na finiszujący wyścig do Białego Domu, retorykę Donalda Trumpa i jego dotychczasowe dokonania – żyjemy w takim świecie.

Na dzień przed wyborami wydawałoby się, że przewaga Joe Bidena jest już nie do przeskoczenia. Ale nie łudźmy się – mieliśmy zbliżoną sytuację 4 lata temu. Mówi się również, że właściwie nie ma różnicy, kto wygra – obaj kandydaci to w gruncie rzeczy konserwatyści, obrońcy ekonomicznego status quo, neoliberalni do bólu. Ba, są i tacy, którzy wskazują na Trumpa, jako tego, który w większym stopniu reprezentuje klasę ludową. Ale nie miejmy złudzeń – Trump to przedstawiciel interesów „The 1 %” (wedle definicji Berniego Sandersa). Groteskowe showmaństwo to największa i najskuteczniejsza zasłona dymna złożona z chamstwa, bluźnierstw, lepszego i gorszego standupu, jawnych kłamstw i manipulacji, programowego dzielenia społeczeństwa (wrogowie Trumpa to zbrojne ramię Antify, łącznie z centrowym do bólu Joe). Jest w tym nawet kilka trafnych analiz sytuacji ekonomicznej i geopolitycznej (TAK, siły witalne Ameryki są wysysane przez chińskiego tygrysa i NIE, Trump ani trochę nie naruszył globalnego systemu, który odpowiada za ten stan rzeczy). Prawdziwą politykę Trumpa da się streścić w dwóch punktach: to konsekwentne wzmacnianie transferów dla klasy miliarderów i wielkich korporacji oraz systematyczne ograniczanie regulacji środowiskowych w duchu denializmu klimatycznego.

Według The New York Times:

Nowelizacja federalnej ustawy podatkowej w 2017 r. była epokowym osiągnięciem prezydentury Donalda J. Trumpa. Największa zmiana w kodeksie podatkowym od trzech dziesięcioleci – prawo obniżyło podatki dla dużych firm, co jest częścią starań, aby skłonić je do większych inwestycji w Stanach Zjednoczonych i zniechęcić je do ukrywania zysków w zagranicznych rajach podatkowych.

Jedną z konsekwencji jest to, że rząd federalny może zebrać setki miliardów dolarów mniej w nadchodzącej dekadzie, niż wcześniej przewidywano. Deficyt budżetowy podskoczył o ponad 50 procent od czasu objęcia urzędu przez Trumpa i oczekuje się, że w 2020 r. Osiągnie 1 bilion dolarów, częściowo w wyniku przepisów podatkowych.

Naturalnie, nikt poważny nigdy nie wierzył, że „teoria skapywania” (im więcej dla bogatych, tym lepiej dla tych na dole) działa. Celem republikanów zawsze było stworzenie friedmanowskiego państwa minimum. Zwijanie sektora publicznego, wyrywanie państwu zębów i powiększanie deficytów to doskonała metoda na rozpisaną w czasie rewolucję. Robią to od dekad, ale dopiero w osobie Trumpa odnaleźli republikanie najlepszego wyraziciela swoich celów, ale też skutecznego populistę, którego siła leży w osobistej narracji – prostej, ludowej, miejscami wręcz egalitarnej. Trump to genialna zasłona dymna.

Drugi wielki „sukces” prezydenta to polityka (anty)klimatyczna. W ciągu 4 lat zwinął niemal 100 regulacji środowiskowych, odpowiedzialnych za kontrolę wielkich korporacji. Niektóre z nich sięgają czasów prezydenta Richarda Nixona (dziś uchodziłby za polityka makiawelicznego, ale w gruncie rzeczy dość umiarkowanego). Chodzi m.in. o prawa gwarantujące kontrolę jakości czystego powietrza czy wody, nie wspominając już o ograniczaniu emisji. Rozpoczęcie procedury wyjścia z porozumienia paryskiego na rzecz klimatu to tylko symboliczna wisienka na torcie.

Prawica w Stanach i na świecie odkryła ważną prawidłowość zakorzenioną w umysłach pokaźnej grupy wyborców (a może większości?) – nasza obywatelska świadomość ogranicza się do „tu i teraz”. W kapitalistycznych demokracjach myślenie w perspektywie dekad to mało atrakcyjne paliwo polityczne. A do tego oplecione narodowymi i geopolitycznymi emocjami („Dlaczego mamy ograniczać emisje, skoro nie robią tego Chiny i inne kraje?”). Wbrew emocjonalnym opiniom, kryzys klimatyczny raczej nie zakończy istnienia ludzkości. Co najwyżej jej pokaźnej części. Ale to już raczej nie będzie problem pokolenia 50+ – a to zasadnicza część bazy Donalda Trumpa.

Wśród problemów urzędującego prezydenta znajduje się kwestia covidowa. Przeszło 200 tysięcy martwych Amerykanów to nie przelewki. Ale też zdaje się, że Demokraci z zapobiegliwym Bidenem na czele, przeceniają ten argument. Przecież już wcześniej Amerykanie nie mogli liczyć na pomoc państwa, a ubezpieczenia społeczne opierają się na systemie prywatnym. Ameryka ma najdroższą i najmniej efektywną służbę zdrowia na świecie. Wszyscy o tym wiedzą, nie od dziś. Być może dlatego, pomimo covidowej klęski, sondaże ogólnokrajowe nie wskazują na katastrofę Trumpa. Górka Bidena, choć zdaje się topnieć na finiszu kampanii, jest stała i wyraźna (z wyjątkami). Ostatnie sondaże:

Monmouth University: Biden 50%; Trump 45%

USC Dornsife: Biden 53 do 43 Trumpa

Trafalgar Group: Trump wygrywa z przewagą 49 do 44

To jednak mylące o tyle, że w systemie amerykańskim liczą się stany, a zasadniczo tych kilka istotnych. Batalia w kluczowych stanach wydaje się bardziej zacięta:

Floryda szybuje w stronę prezydenta, Teksas to dla Demokratów marzenie przyszłości. Wśród robotniczych stanów północy Biden dzierży znaczną przewagę, ale mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją już 4 lata temu.

W Wisconsin Biden posiada 10-procentową przewagę, podobnie w Pensylwanii. Ale już w kluczowym Michigan sondaże zaczynają się rozjeżdżać.

Odzyskanie białej klasy średniej z północy to droga do zwycięstwa dla obu kandydatów. 4 lata temu Trump zwyciężył o włos. Wydawałoby się, że „Working Class Joe” to idealny człowiek do przekonania mieszkańców terenów industrialnych. Ale sympatyczny i wujowaty Demokrata nie jest tym Bidenem co w czasach wiceprezydentury u boku Obamy. Ani tym bardziej z czasów swojej kariery senatorskiej, gdy dojeżdżał do stolicy koleją, spędzając czas na rozmowach z wyborcami. Kiedy 78-latek zaczynał swoją karierę w Senacie (1973), Stany podpisywały porozumienie o przerwaniu ognia z siłami Wietnamu, polscy piłkarze remisowali z Anglią na Wembley, a Partia Demokratyczna była wciąż ugrupowaniem wielkiego rządu i umiarkowanego konserwatyzmu społecznego. Od tego czasu Biden zajmował prawe skrzydło partii i niemal zawsze udawało mu się stawać po złej stronie historii (od segregacji, przez zaostrzenie prawa karnego, po cięcia w opiece społecznej i interwencję w Iraku). To dość słaby kandydat na zatrzymanie postępującego kryzysu Ameryki i można tylko mieć nadzieję, że jego zaplecze będzie nieco lepiej przygotowane do rządzenia. A przecież kryzys kwitnie na wszystkich polach – społecznym, ekonomicznym, ekologicznym i kulturowym. Oczywiście Biden mówi słuszne rzeczy – o zbiorowej i indywidualnej odpowiedzialności w obliczu pandemii, o potrzebie naprawy służby zdrowia, o przywróceniu elementarnej przyzwoitości w życiu publicznym, o odpowiedzialności za słabszych. W dobie upadku dawnego imperium, nie wszyscy Amerykanie chcą słyszeć o sprawach trudnych, o ambitnych wyzwaniach na lata. Pomijając już fakt, że Joe jest zwyczajnie zmęczony – to widać.

Te problemy wyzyskuje Trump – zdecydowanie bardziej energetyczny, agresywnie egoistyczny (mi się udało, wam też się uda), konsekwentnie uprawiający propagandę sukcesu (własnego). Na jednym z ostatnich wieców przypominał niechlubne karty programowe konkurenta:

Mamy najsilniejszą ekonomię na świecie, a Joe spędził swoją karierę na outsourcingowaniu miejsc pracy”

Zaraz potem prezydent stwierdził, że dzięki niemu branża motoryzacyjna zyskała drugi oddech. Naturalnie to kłamstwo, sektor został uratowany przez gigantyczny „bailout” czasów Obamy. A jednak sam fakt, że właśnie tu przebiega linia sporu, pokazuje w jakim miejscu znajduje się dziś Ameryka i jak dalece urzędujący prezydent jest skłonny manipulować faktami i grać na coraz bardziej szkodliwych resentymentach.

Z dwójki kandydatów to Joe Biden ma większe szanse na spowolnienie tego kryzysu, choćby z uwagi na swoje zainteresowanie polityką klimatyczną i lepsze stosunki z szeroko pojętą areną międzynarodową. Biden obiecuje również (pod naciskiem lewego skrzydła kierowanego przez Sandersa i Ocasio-Cortez) większe obciążenia podatkowe dla klasy miliarderów. Sami zainteresowani apelowali o to (!) od lat.

Wygrana Trumpa niemal na pewno przypieczętuje dalszą oligarchizację i prywatyzację Ameryki. Nada jej jeszcze bardziej autokratyczny kierunek, sprawi, że wizja zarysowana w eskapistycznym kinie lat 80 i 90 stanie się jeszcze bardziej prawdziwa. Realne rządzenie zastąpi jeszcze większa biegunka (dez)informacyjna, wzmocnią się podziały, nastąpi dalsza eksplozja tematów zastępczych i agresji (jak w przypadku podgrzewania nastrojów wokół protestów Black Lives Matter). Przede wszystkim jednak postępować będzie dalsza kolonizacja USA przez kilkudziesięciu miliarderów (tylko 59 bogaczy posiada dziś większy majątek niż przeszło połowa obywateli). Wszystko to ku uciesze Chin, które – wbrew propagandzie Trumpa – nie są podatne na jego podszczypywanie. Zwyczajnie chiński system pół-zamkniętej gospodarki ograniczającej dostęp do swoich zasobów, przy jednoczesnym kolonizowaniu cudzych, ma strategiczną przewagę nad neoliberalną wolnością gospodarczą reprezentowaną przez USA. Dlatego, bez szybkich zmian, to ten drugi kraj skazany jest na długofalową klęskę. Taki przyspieszony i niekontrolowany upadek może jednak nieść ogromne konsekwencje, a wirus trumpistowskiego odrzucenia rzeczywistości społecznej, ekonomicznej i ekologicznej w imię „tu i teraz” może zarazić cały świat.

Liberalne media w USA oceniają szanse w starciu Trump : Biden na 1 do 10. Biorąc pod uwagę naszą głęboko zakorzenioną podatność na manipulację i propagandę, należy być nieco mniej optymistycznym.