Wróżenie z urny

Przezroczysta urna wyborcza z umieszczonym na przedniej ścianie godłem Polski oraz z licznymi głosami w środku.
Urna wyborcza (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

W tej sytuacji rząd ma do rozwiązania zagadkę: jak nie przegrać przed czasem, nie wywołać rozruchów i utrzymać potencjał na jeśli nawet nie utrzymanie, to odzyskanie władzy.

Po wyborach jak zwykle największy problem to problem alimentacyjny: kogo obciążyć za porażkę kandydata opozycji. (Już inni się w trakcie kampanii znęcali nad tym, na ile był to kandydat całej opozycji, na ile kandydat mniejszego zła i ile po drodze zła różnego kalibru narobił próbami sojuszy z każdą siłą na rynku wyborczym – ja ten wątek odpuszczę.) Oczywiście sztab kandydata jest konsekwentny i winę widzi wokół siebie ogromną, w sobie zaś żadnej, więc przynajmniej jedna rzecz w polskiej polityce jest stabilna, co w pewnym, ograniczonym sensie cieszy.

Poszukiwanie winnego i jego publiczna egzekucja z całym smakowitym rytuałem wieszania na nim psów zajmie mediom zatroskanym wynikami PO-KO dłuższą chwilę; mnie – i jak mniemam jeszcze kilka osób w kraju – interesuje, co faktyczny wynik wyborów oznacza i czy nadchodzą zmiany.

Tak i nie.

Z jednej strony – mamy to samo, co mieliśmy przed 12 lipca: ten sam parlament, rząd i ten sam prezydent usłużnie sygnujący wszystko, co ma priorytet dla jego macierzystej formacji oraz pieczątkę „cito” z Nowogrodzkiej. W zakresie realizacji funkcji prezydenckich nie zmieni się zatem absolutnie nic. Andrzej Duda nie tylko uzyskał absolutorium za poprzednią kadencję, ale też zgodę na kontynuowanie swojego zupełnie żadnego kursu prezydentury. Będzie zatem prawdopodobnie tak samo milczący, tak samo uśmiechnięty i tak samo skory w przepychaniu ustaw jak dotąd, nie ma bowiem żadnych już powodów, by zdobywać aprobatę wyborców niechętnych jego stylowi sprawowania urzędu, trzeciej kadencji bowiem konstytucja (na razie) nie przewiduje.

Czy jest choćby teoretycznie możliwe, żeby ten uległy i bierny styl się zmienił? To zależy wyłącznie od dwóch osób: od Andrzeja Dudy i od Jarosława Kaczyńskiego. Ten pierwszy musiałby uznać, że w swojej drugiej kadencji już nic nie musi spłacać partii-matce, o nic już nie musi zabiegać, więc może sobie pozwolić na luksus własnego zdania – o ile jakieś posiada – i autonomii w procedowaniu. Jeśli odrzucić spiskowe teorie kolekcji teczek personalnych na Nowogrodzkiej, szantaży, haków, itd., można uznać, że nie jest to wykluczone; wszelako w jaką stronę ta hipotetyczna niezależność miałaby się wybić, jest nie do przewidzenia na podstawie miałkich i bezbarwnych lat minionych. Zaś jeśli chodzi o zmiany leżące po stronie Kaczyńskiego – ten musiałby abdykować. Wówczas prezydent mógłby alternatywnie odzyskać niezależność swojego stanowiska lub poszukać nowego ośrodka władzy, któremu podporządkowałby się z równie sumienną gorliwością, co z kolei zależeć będzie zapewne tylko od tego, czy następca naczelnika państwa odziedziczy również sekret władzy nad prezydentem. Rozpisawszy sobie wszystkie możliwe opcje, mniej lub bardziej realistyczne, przyjmuję, że z największym prawdopodobieństwem zmian w sprawowaniu urzędu w drugiej kadencji nie zobaczymy. (Zastrzegam sobie prawo do radosnego zdumienia, jeśli nastąpią, ale bynajmniej nie liczę na tę przyjemność.)

Co zatem za przyszłość widzę w mojej kryształowej kuli? Jakie zmiany?

Wróżę niniejszym, że będzie tak jak było, tylko bardziej. Zmiana, jeśli zajdzie, będzie ilościowa, nie jakościowa.

Władza się umocniła i zapewniła sobie ciągłość stanowienia prawa na swoich warunkach na najbliższe trzy lata, co powinno wystarczyć nie tylko na załatwienie prywatnych korzyści wszystkim swoim i kolegom swoich, ale też uchwalenie dowolnych niemal ustaw. Mając perspektywę trzech lat (minus te parę miesięcy na kampanię wyborczą pod koniec), podczas których w zasadzie nic nie muszą, politycy PiS i stowarzyszeni dostaną wolną rękę bez większych hamulców w sprawie doboru środków i stylu (nie żeby przedtem poczucie obciachu, odstawania od europejskich standardów czy rozjeżdżania się z zapisami prawa im w czymkolwiek psuło pracę). Początek mamy – obiecany w trakcie kampanii Fundusz Medyczny już zleciał z wokandy – w parę godzin po ogłoszeniu wyniku Elżbieta Witek po prostu zmieniła godziny i program posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia. Marchewka wyborcza spełniła swoje zadanie, można ją odłożyć do archiwum innych pomysłów kampanijnych, które były zachęcające, ale zbyt pracochłonne lub kosztowne, by naprawdę się nimi zajmować.

(źródło: strona internetowa Sejmu)

Można śmiało przypuszczać, że inne projekty, którymi Andrzej Duda pozyskiwał sympatyków i głosy, trafią w to samo ciemne i ciche miejsce – spełniły bowiem swoje zadanie. Sejm będzie wszelako miał co robić, jak też i rząd nie pozostanie bez zajęcia. W innych warunkach bowiem uzyskanie ośmiu lat bezkonfliktowej przewagi można byłoby poświęcić na spokojne celebracje, spożywanie owoców sukcesu i przypisywanie sobie autorstwa ogólnej górki autonomicznej – niestety, obecna władza na początku drugiej kadencji znalazła się w środku światowej pandemii, na którą jakoś trzeba było zareagować.

Reakcja i przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu, jakkolwiek chaotyczne i niespójne, pochłonęły ogromne zasoby z budżetu. Wbrew pozorom i chęciom zagrożenie nie mija, więc rząd będzie miał malejące zasoby do dyspozycji z powodu spadających wpływów z podatków oraz konieczności dokładania do gałęzi przemysłu i administracji w celu utrzymania ich przy życiu. Kurczący się budżet mocno ograniczy zdolność utrzymania popularności przy pomocy transferów socjalnych i kolejnych dopłat dla poszczególnych grup społecznych. Co prawda jeśli PiS nie będzie celować w trzecią kadencję, może sobie teoretycznie pozwolić na beztroskę i zakładać, że to kolejny rząd będzie musiał się martwić debetem, dziurą budżetową i poziomem zadeklarowanych wydatków, wszelako mają do tej chwili zrzucenia na następców jeszcze trzy lata, co może być nieoczekiwanie problemem.

W tej sytuacji rząd ma do rozwiązania zagadkę: jak nie przegrać przed czasem, nie wywołać rozruchów i zachować potencjał na jeśli nawet nie utrzymanie, to odzyskanie władzy. Transfery socjalne, będące realnym sukcesem i dobrym ruchem PiS, będą zapewne podtrzymywane jak długo się da (PiS co prawda już w kampanii próbował straszyć, że w przypadku wygranej Trzaskowskiego 500+ może zniknąć – teraz nie bardzo może zatem szybko je wycofać), gdzie indziej zatem nastąpią cięcia i oszczędności. Poparcie i zrozumienie dla tych ruchów trzeba będzie znaleźć środkami pozabudżetowymi, aby utrzymać władzę i uniknąć rozruchów czy innych niedogodności. Nie wymaga doktoratu z socjologii czy psychologii społecznej odgadnięcie, jak najłatwiej i najtaniej daje się skupić ludzi i uzyskać ich tolerancję na niewygody czy trudności. PiS już od jakiegoś czasu stosuje w praktyce zasadę divide et impera, należy się spodziewać, że szukanie wspólnego wroga i straszenie nim tylko się zintensyfikuje. Czy będzie to wróg zewnętrzny, zła Unia, która nie rozumie idei polskości i narzuca wrogie reguły, czy będzie to wróg lokalny – jakaś niepopularna mniejszość lub zwolennicy opozycji, którzy rzucają piach w tryby skądinąd idealnie funkcjonującej machiny państwa, okaże się w miarę potrzeb i zagadnień do obrony.

Możemy się spodziewać, że pokojowe i idealistyczne wystąpienie córki prezydenta w wieczór wyborczy będzie mieć znaczenie wyłącznie estetyczne, i w żaden sposób nie wyznacza kursu władzy na przyszłość. Spodziewać się należy, że sondy nienawiści zapuszczone w trakcie kampanii były właśnie tym – sposobem na ustalenie, która grupa czy organizacja najlepiej się sprawdzi w roli kozła ofiarnego i wspólnego wroga, którego egzekucją zajmie się władza w ramach rozliczania własnych niepopularnych ruchów, których nieuchronnie musi wkrótce dokonać. Jeśli którakolwiek dyskryminowana grupa miała nadzieję, że po zakończeniu kampanii złapie oddech i przestanie być pod ostrzałem, to było to zapewne złudzenie. Jakiekolwiek poluzowanie szczucia nastąpi wyłącznie kosztem innych czarnych owiec tej narracji (mniejszości etnicznych, seksualnych, religijnych).

Mamy krótkie okienko, podczas gdy partia rządząca celebruje, by się przegrupować, wzajemnie wzmocnić i przygotować na to samo, co działo się przez ostatnie parę lat – tylko bardziej.