Wyjdziemy na ulicę, by powstrzymać wirus fanatyzmu

Zdjęcie przedstawia tłum zgromadzony podczas Marszu Suwerenności. Uczestnicy mają biało-czerwone flagi. Na froncie wielki banner z przekreślonym logo UE i napisem "NIE DLA UE"
Zdjęcie: Marcin Obara / PAP

Przeczytałem kiedyś, że mam obsesję na punkcie Krzysztofa Bosaka czy Konfederacji. Że jest to zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę moją przeszłość w środowisku narodowców, zrażenie się nim i zerwanie kontaktów z dawnymi znajomymi. I być może rzeczywiście moja niechęć do obozu najprawdziwszych z prawdziwych, najdzielniejszych z dzielnych, jest dyktowana moim doświadczeniem w kontaktach z nimi. Ale istnieje spora szansa, że ten niesmak, gdy słyszę zachwyt nad ponoć merytorycznymi wypowiedziami Konfederatów, wynika z całkowitej niezgody na wizję świata, którą próbują narzucać. Ostatnie słowo jest tu zresztą bardzo ważne – oni nie chcą rozmawiać. Oni chcą narzucać. Jeśli twoja wizja jest inna, musisz pogodzić się z tym, że twój głos nie będzie słuchany. Tak, jak i ich głos nie był słuchany, co prawdopodobnie spowodowało, że stali się bardziej radykalni i bardziej przekonani, że racja leży po ich stronie, bo skoro są ignorowani, to ich przeciwnicy muszą się ich bać.

Dlatego teraz trzeba postawić zdecydowany opór radykalnym pseudopatriotycznym ruchom, niosącym na plecach sekciarskich organizacji Polskę bez różnorodności, bez tolerancji i akceptacji dla mniejszości. Polskę zamkniętą i zadufaną, w której nie szczęście jednostki jest ważne, a szczęście narodu – które więcej wspólnego ma z abstrakcją i populizmem niż z rzeczywistością. Trzeba ten opór postawić, gdy dyskusja publiczna dominowana jest przez wizję mizoginów i homofobów, którzy opacznie rozumieją wolność słowa i prawo do wyrażania myśli. Bezceremonialnie obrażają i manipulują faktami. Po prostu – trzeba ten opór postawić, by zachować przyzwoitość.

Ale godność, której nie można porzucić, nakazuje wejść z nimi w dyskusję. Ignorowanie, uznawanie, że nie istnieje taka partia jak Konfederacja – że nie istnieją ludzie, którzy ulegli złudnemu czarowi upudrowanych, eleganckich smutnych panów, których docenia się za merytoryczność czy umiejętności aktorskie, będzie sprawiało, że będą rosnąć w siłę. Umocnią się jeszcze bardziej w swojej nieomylności i słuszności. Dlatego tak ważne jest, by nie bać się wchodzić w konfrontację z Konfederatami. Obnażać ich rzeczywiste zamiary i ukazywać świat, który chcą nam zgotować, bo wielu popiera ten nacjonalistyczny twór znając tylko wybiórcze hasełka. Wielu wyrabia sobie pogląd na podstawie artystycznego występu i ładnie brzmiących sloganów. Nie brakuje osób, które po krótkiej rozmowie ze mną zmieniały swoje zdanie i przyznawały rację, że wierząc w wartości takie jak wolność czy równość – Konfederacji popierać nie mogą. I to właśnie te osoby pozwalają mi nie tracić nadziei, że Polska nie zradykalizuje się totalnie – że koniec końców znów zwycięży przyzwoitość.

Natomiast czuję się zobowiązany do przeprosin. Bo choć moja osoba nie była wybitną, od której zależały dzieje środowiska narodowego w Małopolsce czy w kraju, to swoją twarzą i swoim nazwiskiem firmowałem obóz, który dziś tak mocno zagraża Polsce różnorodnej. Już wielką, osobistą porażką jest to, że na stronę prawicy przeciągnąłem w tamtych czasach swoich rodziców, którzy do dziś mocno stoją po jej stronie. I nie tłumaczy mnie młodość czy oderwanie od rzeczywistości – dałem twarz nacjonalistom, którzy dziś najchętniej, by na nią napluli. Z tego powodu, czuję, że słowo ‘przepraszam’, niewiele znaczy. Że czynnie muszę uczestniczyć w tym zbiorowym oporze, bo nie można pozostać biernym – bo to właśnie wtedy, gdy brakiem reakcji pozwalamy rozzuchwalać się Bosakom, Winnickim, Braunom czy Godkom, wtedy Polskę zatruwa wirus fanatyzmu. I naprawdę nie przerażałaby mnie wizja kłótni na tematy gospodarcze – być może udałoby się tu wypracować rozwiązania, które poprawiłyby jakość życia jednostek. Ale już rzeczywistość wojny światopoglądowej, podczas której wyciągnęli broń w postaci szczucia, zastraszania, wzgardzania i chowania do szafy, budzi wewnętrzny sprzeciw, którego nie można bać się głośno wykrzykiwać.

Na ulicy. Bo niewątpliwie, wszyscy ci, którzy poczuli się w Polsce niebezpiecznie, powinny wyjść na ulicę i powiedzieć stanowcze „NIE” fundamentalistom.