Znów im nie starcza do pierwszego…

Osoba w jeansach pokazuje pustą kieszeń, wyciągając palcami z niej podszewkę.

Za sprawą posła Gduli znów wrócił temat poselskich wynagrodzeń. Na antenie RMF FM, w rozmowie z Robertem Mazurkiem, szczerze przyznał, że popiera podniesienie pensji poselskich. Przekonywał, że „realnie poseł dzisiaj zarabia ok. 5500 złotych. (…) To jest bardzo mało. Znam ludzi, którzy mówią, że w życiu by się nie zdecydowali, żeby być posłem, bo by ich to finansowo wykończyło„.

Pominę to, że „realnie” poseł dostaje co najmniej 8 tys. „na rękę” (poseł Gdula raczył odjąć od tego koszty, jakie poniósł na kampanię). Nie będę przekonywał, że niegodziwe jest dopominanie się o podwyżkę, gdy mediana płac wynosi 2900 netto. Nie będę argumentował, że pensję poselską należałoby powiązać z pensją minimalną (najlepiej nie więcej niż 3 krotność). Znamy te argumenty, znamy te dyskusje. Przytoczę tylko bardzo dobre podsumowanie tego poselskiego oczekiwania, autorstwa Karola Muszyńskiego:

Dlaczego @m_gdula (Maciej Gdula) nie ma racji w sprawie podwyżek dla pol.? Porównywanie zarobków polityków do elit zarobkowych nie powinno mieć miejsca, bo mamy nierówne ekonomicznie społ. Klasa polityczna prowadziła polityki zwiększające nierówności ekonomiczne przez ostatnie 30 lat, a teraz będzie dawać sobie podwyżki argumentując to porównaniem do najlepiej zarabiających. Fakt, że elity zarabiają tyle (netto) na tle reszty społ. to efekt PORAŻKI pol. publ., którą powinno się naprawiać, a nie pogłębiać.

Natomiast to, co mnie uderzyło w tej dyskusji, to fakt, że znów na (przynajmniej nominalnie) lewicy rozmawiamy o tym, co może być dobre a co nie dla małej, już dziś uprzywilejowanej, grupy. Merytoryczni komentatorzy martwią się, że dla osób z górnego decyla dochodowego „kandydowanie do Sejmu oznacza dla niej pogorszenie sytuacji dochodowej”. Wyrażają obawy, czy dobrze zarabiający lekarze i prawnicy zdecydują się na to poświęcenie, jakim jest czteroletnia praca za 8 tys. na rękę. Niechby to nawet było 5,5 tys. posła Gduli.

Dlaczego nie rozmawiamy o tym, że polityka już dziś jest „zabawą” dla bogatych? Że większości z nas, tych niemieszących się w górnym decylu, kandydowanie w wyborach jest praktycznie nieosiągalne? Tak, z list partii Razem można było kandydować, mając na kampanię 100 czy 200 złotych (nawet będąc jedynką). Ale to jest ekstremalny wyjątek od reguły. Pamiętacie regularne doniesienia o „wycenach” wysokich pozycji na listach? Tu 20 tys., tam 50 tys.? Takich wkładów własnych oczekuje się od kandydatów. To dlatego oświadczenia majątkowe posłów wyglądają dla przeciętnych Polek i Polaków jak oświadczenia kosmitów.

Ale bariera finansowa to nie wszystko. By móc zostać posłanką lub posłem trzeba móc poświęcić czas w kampanii. Bardzo dużo czasu przez 2-3 miesiące. To jest praca na więcej niż etat. Jeśli jesteś przedsiębiorcą, to sobie poradzisz. Pracownikiem naukowym? Poradzisz sobie. Stać Cię na bezpłatny urlop? Poradzisz sobie. Pracujesz za ladą lub przy linii montażowej? Uwierz mi – dziennikarzy to nie ruszy i nie przyjdą na konferencję prasową o 19:00, bo Ty miałeś problem z powrotem autobusem z pracy.

Mamy więc system polityczny, który wyklucza większość z nas. Tak, możemy pobiegać i pozbierać podpisy pod listami poparcia. Czasem potrzymać plansze na konwencji. Może nawet dostaniemy 19 miejsce z puli partii Razem i nie będzie trzeba brać kredytu na wybory. Ale jeśli nie wierzymy w bajki o kowalach własnego losu – to chyba widzimy systemowe bariery dla większości z nas? A jednak znów i znów lewica staje na głowie i prowadzi dyskusje, które kręcą się wokół uprzywilejowanych elit.

Może więc zacznijmy najpierw dyskutować o tych barierach, które dotyczą NAS? O realnych problemach, które uniemożliwiają NAM równy udział w życiu politycznym? Może pomyślmy nad rozwiązaniami, które sprzedawczyni z Biedronki pozwolą na kandydowanie na tych samych warunkach, na jakich kandyduje majętny przedsiębiorca? Elity sobie poradzą i bez lewicowej troski.