Kapitulanctwo

Na niebieskim tle wizerunek człowieka w białej koszuli i czarnych spodniach. Trzyma on uniesioną ku górze białą flagę.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego, praktycznie zakazującego aborcji w Polsce, to kulminacja oderwania polskich polityków od społeczeństwa. Rządzący PiS, przy aplauzie ekstremistów z Konfederacji i pozaparlamentarnych talibów, tchórzliwie przepycha przez TK wyrok, który stoi w sprzeczności z oczekiwaniami zdecydowanej większości Polek i Polaków.

Co najmniej 2/3 polityków (i na szczeblu krajowym i samorządowym) odstaje w prawo w stosunku do społeczeństwa. Od trochę do bardzo. Widać to i w sprawach praw człowieka (czy to aborcja, czy akceptacja postulatów osób LGBT+) i w sprawach społeczno-gospodarczych. Takie odklejenie kasty politycznej nie może się niczym dobrym skończyć. No i mamy barbarzyński wyrok.

Ale to się nie zmieni, dopóki nie zerwiemy z dogmatycznym „mniejszym złem”. Dopóki pragmatycznie będziemy pobłażali tym, którzy są tylko trochę mniej szurowaci niż konkurencja. Ktoś chce totalnego zakazu aborcji? To „mój” kandydat zadowala się „kompromisem” – dobre i to. Ktoś chce karać za homoseksualność? No to „mój” kandydat nie chce tylko równości małżeńskiej – w sumie to znacząca różnica, prawda?

Jest jeszcze gorzej. Od wyborczego zadowalania się mniejszym złem – co jeszcze może mieć jakieś uzasadnienie – już dawno przeszliśmy do rezygnacji z jakichkolwiek oczekiwań wobec polityków. Nawet poza cyklem wyborczym nie umiemy stawiać im żądań. Kapitulujemy, zanim rozpoczniemy walkę. Do upadłego gotowi jesteśmy bronić ich umiarkowanego braku ekstremizmu, bojąc się – w sumie nie wiem czego? Tego, że ich reakcja rozwieje nasze złudzenia?

Wyrok powinien je rozwiać doszczętnie. Jeśli chcemy cywilizowanych standardów w zakresie praw człowieka, to czas porzucić umiarkowanie i żądać wszystkiego. Zmuszać polityków do deklarowania się. Jeśli nie będziemy stawiali oczekiwań – to dlaczego politycy mieliby im sprostać?