Proś uniżenie, a ja się zastanowię

brown wooden blocks with letters on it on white table. Letter "i" is excluded from block

Ci, którzy mieszkają na co dzień w mediach społecznościowych, znajdą kontekst do tego tekstu bardzo łatwo, dla tych, co nie mają pojęcia co trzęsie polskim Twitterem i Facebookiem, kontekst nie powinien być niezbędny, by odnieść się do przesłania.


Przywiązanie do formy debaty (zwłaszcza w nowych mediach i Internecie) jest miarą przywileju. W brutalnym skrócie – form grzecznościowych, wielkich liter i stosownego tonu domagają się od interlokutora ci wszyscy, którzy nie mają w dyskusji poważniejszych problemów, niż stosownie wygięty zawijas pod podpisem. Ci, których istnienie, prawo głosu, prawo do związków, dziedziczenia, tożsamości, języka, identyfikacji etc. nigdy nie było podważane, ci w komfortowej sytuacji bycia zwykłą, statystyczną większością z reprezentacją w polityce, mediach, filmach, literaturze, wielkim świecie, ci wszyscy mają komfort niewiedzy. Nie wiedzą, jak to jest musieć uzasadniać swoje istnienie kolejnym rzeszom nieświadomych, sceptycznych, powątpiewających. Nie wiedzą, jak to jest całe życie edukować otoczenie o swojej odmienności. Jak to jest hodować już nie grubą skórę, a pancerz przeciwko kolejnym zamierzonym lub nieświadomym grubiaństwom, szyderstwom lub poniżeniom. Jak to jest zaczynać dzień prasówką, od inwektyw ze strony polityków a kończyć na groźbach śmierci, okaleczenia, gwałtu w wiadomościach prywatnych na mediach społecznościowych. Jak to jest przeskakiwać kilkanaście razy dziennie między podsyłaniem literatury medycznej i socjologicznej mającej przekonać rozmówców, że nie mają do czynienia z wynaturzeniem lub chorobą a odpieraniem najwulgarniejszych ataków pozbawionych podstawy czy merytorycznego uzasadnienia. Ludzie należący do większości nie widzą, jak wiele więcej godzin ma ich doba, w której nie trzeba zmieścić codziennych wykładów, negocjacji, edukacji i samoobrony (a później czasu na zmycie z siebie brudu interakcji z solą tej ziemi, prostym człowiekiem nauczonym ksenofobii w każdej możliwej postaci). Ludzie, których ta upiorna codzienność omija, spotykają w pewnej chwili przedstawiciela grupy niefaworyzowanej i zadają mu, niechaj i w dobrej wierze, swoje pytania o odmienność. Lub wygłaszają swoje opinie o tejże odmienności, opinie najczęściej powierzchowne i zapożyczone z przesądów lub stereotypu, bo hej, przecież nikt nie będzie się awansem zagłębiać w detale życia jakichś nisz, subkultur, mniejszości, dziwaków. Ludzie zatem wygłaszają najbzdurniejsze tezy, zadają najbezczelniejsze pytania, bo ich bezpieczny przywilej bycia w większości, w tzw. normie społecznej, tak ich trzyma w dystansie od INNEGO, że nie czują, jak te wszystkie stereotypowe, raniące, nacechowane, wścibskie bądź nadmiernie osobiste pytania odczłowieczają rozmówcę, odzierają go z godności, z wartości, z człowieczeństwa. Toż oni tylko się próbują dowiedzieć! Furia, że zamiast poszukać na własną rękę, doczytać, żądają natychmiast edukacji kosztem indagowanego, w formie, czasie i miejscu dogodnym tylko dla pytających, bo wszak mniejszość, ta dziwna, ta inna, ma obowiązek na zawołanie tysiące razy dokształcać leniwą, niechętną i uprzedzoną większość pod rygorem odrzucenia, upokorzenia i dyskryminacji.


Gdy zaś mniejszość traci siły i cierpliwość, i w pewnej chwili zamiast po raz nieskończenie wtóry uprzejmie i przystępnie tłumaczyć swoje istnienie, wyjawiać najintymniejsze detale, dowodzić swojego człowieczeństwa i prawa do życia, gdy wybucha i słowem grubym odpowiada natrętom i prześladowcom – o, wtedy jest koniec świata. Większość wówczas unosi się świętym oburzeniem, że jak to, jakim prawem, tak rozmawiać nie będziemy, żadnych tolerancji, żadnych praw, bezczelni dziwacy bez kindersztuby nic w ten sposób uzyskać nie będą, szantażom poddawać się nie będziemy, albo grzecznie, albo wcale.


I jest wcale.


Bo tu nie chodzi absolutnie o wymóg uprzejmości i stylu, acz owszem, czytanie jak pokolenie czterdziesto- i pięćdziesięciolatków obrusza się na język młodzieży, pozbawiony wszelkiej rewerencji ma swój nieodparcie naiwny wdzięk. Tu nie chodzi o elegancję. Tu chodzi o trzymanie tych nieznośnych, roszczeniowych [wstaw nazwę grupy represjonowanej] na odległość kija. Tu chodzi o nieświadome, acz przemożne poczucie, że większość ma w swym mniemaniu władzę nadać lub odebrać prawa grupie prześladowanej, może ją podnieść do poziomu, na którym domyślnie rezyduje większość, lub pozostawić gdzieś w mroku podziemi. I tylko od widzimisię, od humoru, od tego, czy mniejszość dość pięknie, cierpliwie, wytwornie i uniżenie będzie u kolan większości skamleć, błagać i się tłumaczyć, zależeć będzie tych praw nadanie. Odpyskowanie jak równy równemu obnaża to wielkopańskie poczucie urazy uprzywilejowanych i wywołuje natychmiastową reakcję: „ach, byłem dotąd za przyznaniem wam praw, ale w takiej sytuacji…” – co pokazuje, że osobisty dyskomfort wydaje się osobie z przywilejem większy i ważniejszy do punktu, gdzie przeważa podstawowe prawa człowieka – o ile chodzi o człowieka innego niż uprzywilejowany.


Dlatego nie wierzę w strażników kultury dyskusji. Nie w chwili, gdy od salonowego wdzięku i stylu uzależniają poparcie prawa mniejszości do życia, do zdrowia, do pracy, do identyfikacji, do funkcjonowania w społeczeństwie. Nie uznaję zasady, że prawa należą się tylko milutkim i pokornym. Prawa należą się wszystkim ludziom. Grzeczności i dusery są dekoracją, nie treścią. Można mieć rację i być prostackim i wulgarnym w formie, można mieć poszetkę, nienaganny manikiur i najlepsze maniery, jakie pałace tego świata widziały i być bezdusznym pasożytem odbierającym innemu prawo do życia. Bywa też na odwrót, choć rzadko widuje się, by ci, których życie upływa na nieustającej walce o przetrwanie, mieli czas polerować swoje salonowe umiejętności, może dlatego, że na salony nie bywają przyjmowani.


Dlatego też nie chcę, by lewica była miejscem, gdzie bardziej się patrzy na przestrzeganie protokołu dyplomatycznego i reguł grupy, niż zasad przyzwoitości i równości praw.